Tylko w przypadkach bezpośredniego zagrożenia życia, nowotworów, opieki nad kobietami w ciąży i leczenia dzieci będziemy mieć dostęp do opieki medycznej bez limitów i kolejek. Pozostałe usługi państwo będzie reglamentować - pisze DZIENNIK.
Minister zdrowia Zbigniew Religa przygotowuje się do przeprowadzenia najważniejszej reformy w służbie zdrowia. Jej podstawą jest wprowadzenie koszyka świadczeń
gwarantowanych. Koszyk precyzyjnie określi, które usługi medyczne należą się nam w ramach składki zdrowotnej, a za które będziemy musieli dodatkowo zapłacić. Minister zapowiada, że koszyk
świadczeń gwarantowanych zostanie przedstawiony w czerwcu.
Religa ujawnił nam wczoraj swoje propozycje. Zgodnie z nimi z koszyka świadczeń gwarantowanych będzie mogło skorzystać pięć kategorii pacjentów: z chorobami układu krążenia, nowotworowymi, ofiary wypadków, dzieci oraz kobiety w ciąży.
Pozostałe choroby także mają być finansowane z pieniędzy publicznych, ale w kolejności zgłoszeń i limitów przyznanych szpitalom. Jak limit się wyczerpie - trzeba będzie czekać.
Zuzanna Dąbrowska, Iwona Dudzik: Kiedyś często pan powtarzał, że Polaków nie stać na dopłacanie do leczenia. A teraz zapowiada pan radykalne zmiany w systemie finansowania opieki zdrowotnej. Czy to znaczy, że jako minister musiał pan skonfrontować się z rzeczywistością i zmienił zdanie?
Zbigniew Religa: Uważam, że dostęp do opieki medycznej powinien być równy, ale w ramach tego, ile jest pieniędzy publicznych. Już wkrótce bardzo precyzyjnie będziemy mogli powiedzieć, ile wynosi różnica między potrzebami zdrowotnymi ludzi a możliwościami finansowymi NFZ i budżetu państwa. W czerwcu przedstawimy koszyk świadczeń gwarantowanych. A ponieważ jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc w Europie, jeśli chodzi o nakłady na opiekę zdrowotną, a inne, bogatsze kraje i tak mają problemy z finansowaniem opieki zdrowotnej, jest oczywiste, że u nas okaże się, że pieniędzy jest za mało. Istotne będzie to, jak się wtedy zachowamy. To już będzie decyzja polityczna - nie tylko moja, ale też rządu i premiera.
Taka decyzja zależy od pana siły politycznej. Tymczasem opozycja cały czas panu wytyka, że nie ma pan zaplecza politycznego w rządzie.
Oczywiście minister zdrowia musi mieć siłę, by swoje idee realizować. A ja jestem tylko Zbigniewem Religą na tym stanowisku. Nie mam za sobą posłów, zaplecza politycznego i możliwości rozgrywania swoich spraw, jak wicepremierzy Lepper czy Giertych. Wobec tego jestem w gorszej sytuacji, zwłaszcza że na początku prezentowałem inny program niż PiS. Wszystkim też wiadomo, że moje stosunki przez pierwsze pół roku z posłami PiS nie były najlepsze i dlatego, nie widząc możliwości porozumienia z nimi, złożyłem rezygnację. Ale to przeszłość. Dziś każdy punkt mojego programu jest stopniowo realizowany.
Koszyk będzie kolejnym sprawdzianem, czy nadal ma pan poparcie?
Będą to dwie polityczne decyzje: w sprawie koszyka i ubezpieczeń dodatkowych. Na dzisiaj, jeśli chodzi o ubezpieczenia dodatkowe, mam poparcie wszystkich sił politycznych.
A premiera?
On jest osobą, którą można lubić lub nie, ale jest to człowiek inteligentny, do którego argumenty trafiają.
A jaką wizję koszyka przedstawi pan politykom do zaakceptowania?
Są obszary chorób, których nie wolno limitować: po pierwsze choroby układu krążenia. Mówię tak nie dlatego, że jestem kardiologiem. Ale dlatego, że w dalszym ciągu jest to zabójca numer jeden - odpowiada za połowę śmierci. Procedury związane z ratowaniem życia nie mogą być limitowane. Leczenia świeżego zawału serca angioplastyką i zakładaniem stentów nie wolno limitować. Oczywiście to pochłonie bardzo dużo pieniędzy. Ale warto, bo śmiertelność w zwykłym leczeniu zawałów wynosi 15-17 proc., a przy angioplastyce - 2 proc. Znając zapotrzebowanie na to leczenie, wiemy, ile to będzie kosztowało. Druga rzecz: choroby nowotworowe. Nie wolno ich limitować. Oprzemy się na faktach, wiemy, ile to musi kosztować. Trzecia grupa to zdarzenia nagłe: wypadki, zatrucia itp. Po czwarte nie limitujemy leczenia dzieci. Po piąte - opieki nad kobietami w ciąży. Po obliczeniu, ile to wszystko kosztuje, zobaczymy, ile zostało pieniędzy na całą resztę leczenia.
Czyli pan wskaże tych pięć dziedzin, które będą dostępne bezpłatnie bez limitów, a na resztę kto ma szukać pieniędzy?
Ta reszta to np. leczenie przepukliny, zapalenia płuc, wrzodów żołądka i innych chorób przewlekłych. Obawiam się, że po odliczeniu z ogólnej puli tych pięciu najpilniejszych dziedzin okaże się, że zostało na to niewiele pieniędzy. I tu dochodzimy do decyzji politycznej, co zrobić z resztą. I jedyne, co możemy zrobić, to limitowanie, czyli określenie, ile określonych procedur możemy sfinansować w danym roku. Inną możliwością byłoby powiedzenie, że za wszystko, co wypadło z koszyka, trzeba po prostu zapłacić i jak kogoś nie stać, to trudno. A ja proponuję, żeby przyznać otwarcie: tak, są kolejki, ale można się doczekać na dany zabieg. Kolejki przeskoczyć nie można, to rzecz święta. I to jest lepsze rozwiązanie. Bo wielu ludzi nie stać na płacenie. Natomiast jeśli pacjent z jakichś powodów nie chce czekać, damy mu prawnie taką możliwość, że za pieniądze sobie zrobi to, co jest mu potrzebne.
W publicznym szpitalu?
Dochodzimy do ważnego problemu, do którego wczoraj przekonywałem posłów koalicyjnych i zyskałem ich akceptację. Mamy szpitale publiczne i niepubliczne. Dziś szpitale niepubliczne mogą mieć kontrakty z NFZ, a także leczyć odpłatnie. Takiej możliwości nie mają szpitale publiczne, choć medycznie stoją na wyższym poziomie. Dlaczego szpital publiczny mamy karać? Dla mnie to bez sensu. Dlatego chcę wprowadzeniem koszyka gwarantowanych usług pokazać zupełnie nowe podejście do zakładów opieki zdrowotnej: wyrównać w prawach placówki publiczne i niepubliczne.
Ten, kto będzie chciał zrobić mniej pilną operację, zapłacić i nie stać w kolejce, będzie miał do tego prawo. Uważam, że to jest fair. Jeśli będziemy udawać, że to jest nieuczciwe, to doprowadzimy do sytuacji, że pacjenci z pieniędzmi będą wyjeżdżać na Zachód i tam się operować.
Czy to nie łamie konstytucyjnej zasady równego dostępu do opieki zdrowotnej?
Proszę przeczytać konstytucję: ona nie mówi, "wszystko macie za darmo", ona mówi: "macie równy dostęp do tego, co jest możliwe w ramach środków publicznych". Ale wiem, że ludzie tej świadomości nie mają.
Więc pan będzie musiał im to powiedzieć.
Ale ja cały czas mówię im prawdę! I lekarzom też: jeśli zastrajkujecie, to mnie w tej kolizji nie będzie, bo ja mówię od razu, że podwyżek w tym roku nie będzie i ja nie zrobię nic w tej sprawie. Po prostu uważam, że to by było bardzo nieuczciwe.
Czyli przystępuje pan teraz do akcji koszyk, a potem wróci sprawa dodatkowych ubezpieczeń?
Ten proces się zaczął kilka miesięcy temu, kiedy kilkaset osób rozpoczęło pracę nad wyliczeniem koszyka. Natomiast akcja polityczna jeszcze się nie zaczęła, ale już trzeba ludzi przyzwyczaić do myślenia o tym. I jednocześnie wejdą w życie jeszcze dwie ustawy: o zakładach opieki zdrowotnej i ubezpieczeniach. To wszystko ma sens razem, jako pakiet ustaw.
Co się stanie, jeśli premier nie udzieli poparcia?
Proszę zrozumieć jedną rzecz: zostanie ministrem było dla mnie nieprawdopodobnie ciężką decyzją. Obawy wynikały z tego, co sobie ludzie pomyślą. Ale robię wiele rzeczy, nie patrząc na opinię publiczną. Gdy po telefonie prezydenta wyraziłem zgodę na szefowanie resortowi, to potem w rozmowie z premierem Marcinkiewiczem mówiłem: moje bycie ministrem ma sens, gdy mogę zrobić to i to. Jeśli nie, to nie ma sensu, bym był ministrem. I macie panie odpowiedź na pytanie. Ja wieczorem, przychodząc do domu, i rano, budząc się, myślę: czy ma jeszcze sens bycie ministrem? I wiem, że jeśli któregoś punktu mojego planu nie zrealizuję, to nie ma sensu być ministrem.
Jak koszyk będzie wyglądał w praktyce: czy jeśli zachorujemy np. na chorobę serca, to wszystko należy nam się bez kolejki i za darmo, a jeśli na chorobę ortopedyczną, to nie?
Musimy oferować metody o udowodnionej skuteczności. Na pewno moje ukochane operacje serca z użyciem robotów nie znajdą się w koszyku. Bo medycyna oparta na faktach nie udowodniła, że te operacje dają lepszy efekt. Myślimy tradycyjnie i całościowo. Będzie finansowane wszystko, od początku choroby, przez operacje, aż po rehabilitację.
Jeśli nadal będę ministrem, to wprowadzę wreszcie system konsultacji i zlikwiduję podziały na oddziały szpitalne. Dałem sygnał, że jestem zdecydowany na to przez zmianę rozporządzenia, która już teraz pozwala dyrektorom zrezygnować z ordynatorów. Ale tworzymy nową ustawę o zakładach opieki zdrowotnej, w której dajemy możliwość dyrektorowi niedzielenia szpitala na oddziały. To będzie całkiem inne funkcjonowanie szpitala - bez oddziałów i ordynatorów, gdzie specjaliści, czyli konsultanci, są niezależni i płaci im się w zależności od tego, ilu pacjentów uda im się zdobyć. Ja chcę dokonać tej zmiany.
Nienawidzę obecnego systemu i chcę go zmienić, nawet narażając się moim przyjaciołom, kolegom i profesorom.
Czy jeśli politycy zaczną panu majstrować przy koszyku, to się pan poda do dymisji?
Pokazanie koszyka to będzie wiele spotkań i mnóstwo dyskusji. Przecież ja się na wszystkich dziedzinach medycyny nie znam. Dopuszczam możliwość zmian, ale nie dopuszczam możliwości, że ktoś powie: rezygnujemy z koszyka. To będzie oszukiwanie ludzi i mówienie, że mają do wszystkiego dostęp. Koncepcja koszyka zostanie zaprezentowana posłom i premierowi. Zakładam, że musi być zaakceptowana. Nie dopuszczam możliwości, że ktoś tej koncepcji nie zaakceptuje.
Pogłębia się pana konflikt z własnym środowiskiem, szczególnie po tym, jak w głośnej sprawie zatrzymania transplantologa Mirosława G. stanął pan po stronie ministra Ziobry.
Mam odwagę i chęć walki z korupcją. Nie rozumiem tłumaczenia, że "my mało zarabiamy, wobec tego jesteśmy uprawnieni do brania pieniędzy na lewo". Nie ma usprawiedliwienia dla korupcji. Mówię to otwarcie, jestem przeciwny korupcji i chcę każdą metodą z nią walczyć. Uważam, że reakcja Izb Lekarskich, które same powinny dążyć do oczyszczenia sytuacji, powinna być inna.
Ministrem się jest, a potem się nie jest. Nie sądzi pan, że te wszystkie potyczki i bitwy spowodują, że będzie panu trudno pozostać lekarzem?
Nie. Moja ocena zależy ode mnie samego. Tak długo jak jestem zgodny z własnym sumieniem, reszta mnie nie obchodzi.
Religa ujawnił nam wczoraj swoje propozycje. Zgodnie z nimi z koszyka świadczeń gwarantowanych będzie mogło skorzystać pięć kategorii pacjentów: z chorobami układu krążenia, nowotworowymi, ofiary wypadków, dzieci oraz kobiety w ciąży.
Pozostałe choroby także mają być finansowane z pieniędzy publicznych, ale w kolejności zgłoszeń i limitów przyznanych szpitalom. Jak limit się wyczerpie - trzeba będzie czekać.
Zuzanna Dąbrowska, Iwona Dudzik: Kiedyś często pan powtarzał, że Polaków nie stać na dopłacanie do leczenia. A teraz zapowiada pan radykalne zmiany w systemie finansowania opieki zdrowotnej. Czy to znaczy, że jako minister musiał pan skonfrontować się z rzeczywistością i zmienił zdanie?
Zbigniew Religa: Uważam, że dostęp do opieki medycznej powinien być równy, ale w ramach tego, ile jest pieniędzy publicznych. Już wkrótce bardzo precyzyjnie będziemy mogli powiedzieć, ile wynosi różnica między potrzebami zdrowotnymi ludzi a możliwościami finansowymi NFZ i budżetu państwa. W czerwcu przedstawimy koszyk świadczeń gwarantowanych. A ponieważ jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc w Europie, jeśli chodzi o nakłady na opiekę zdrowotną, a inne, bogatsze kraje i tak mają problemy z finansowaniem opieki zdrowotnej, jest oczywiste, że u nas okaże się, że pieniędzy jest za mało. Istotne będzie to, jak się wtedy zachowamy. To już będzie decyzja polityczna - nie tylko moja, ale też rządu i premiera.
Taka decyzja zależy od pana siły politycznej. Tymczasem opozycja cały czas panu wytyka, że nie ma pan zaplecza politycznego w rządzie.
Oczywiście minister zdrowia musi mieć siłę, by swoje idee realizować. A ja jestem tylko Zbigniewem Religą na tym stanowisku. Nie mam za sobą posłów, zaplecza politycznego i możliwości rozgrywania swoich spraw, jak wicepremierzy Lepper czy Giertych. Wobec tego jestem w gorszej sytuacji, zwłaszcza że na początku prezentowałem inny program niż PiS. Wszystkim też wiadomo, że moje stosunki przez pierwsze pół roku z posłami PiS nie były najlepsze i dlatego, nie widząc możliwości porozumienia z nimi, złożyłem rezygnację. Ale to przeszłość. Dziś każdy punkt mojego programu jest stopniowo realizowany.
Koszyk będzie kolejnym sprawdzianem, czy nadal ma pan poparcie?
Będą to dwie polityczne decyzje: w sprawie koszyka i ubezpieczeń dodatkowych. Na dzisiaj, jeśli chodzi o ubezpieczenia dodatkowe, mam poparcie wszystkich sił politycznych.
A premiera?
On jest osobą, którą można lubić lub nie, ale jest to człowiek inteligentny, do którego argumenty trafiają.
A jaką wizję koszyka przedstawi pan politykom do zaakceptowania?
Są obszary chorób, których nie wolno limitować: po pierwsze choroby układu krążenia. Mówię tak nie dlatego, że jestem kardiologiem. Ale dlatego, że w dalszym ciągu jest to zabójca numer jeden - odpowiada za połowę śmierci. Procedury związane z ratowaniem życia nie mogą być limitowane. Leczenia świeżego zawału serca angioplastyką i zakładaniem stentów nie wolno limitować. Oczywiście to pochłonie bardzo dużo pieniędzy. Ale warto, bo śmiertelność w zwykłym leczeniu zawałów wynosi 15-17 proc., a przy angioplastyce - 2 proc. Znając zapotrzebowanie na to leczenie, wiemy, ile to będzie kosztowało. Druga rzecz: choroby nowotworowe. Nie wolno ich limitować. Oprzemy się na faktach, wiemy, ile to musi kosztować. Trzecia grupa to zdarzenia nagłe: wypadki, zatrucia itp. Po czwarte nie limitujemy leczenia dzieci. Po piąte - opieki nad kobietami w ciąży. Po obliczeniu, ile to wszystko kosztuje, zobaczymy, ile zostało pieniędzy na całą resztę leczenia.
Czyli pan wskaże tych pięć dziedzin, które będą dostępne bezpłatnie bez limitów, a na resztę kto ma szukać pieniędzy?
Ta reszta to np. leczenie przepukliny, zapalenia płuc, wrzodów żołądka i innych chorób przewlekłych. Obawiam się, że po odliczeniu z ogólnej puli tych pięciu najpilniejszych dziedzin okaże się, że zostało na to niewiele pieniędzy. I tu dochodzimy do decyzji politycznej, co zrobić z resztą. I jedyne, co możemy zrobić, to limitowanie, czyli określenie, ile określonych procedur możemy sfinansować w danym roku. Inną możliwością byłoby powiedzenie, że za wszystko, co wypadło z koszyka, trzeba po prostu zapłacić i jak kogoś nie stać, to trudno. A ja proponuję, żeby przyznać otwarcie: tak, są kolejki, ale można się doczekać na dany zabieg. Kolejki przeskoczyć nie można, to rzecz święta. I to jest lepsze rozwiązanie. Bo wielu ludzi nie stać na płacenie. Natomiast jeśli pacjent z jakichś powodów nie chce czekać, damy mu prawnie taką możliwość, że za pieniądze sobie zrobi to, co jest mu potrzebne.
W publicznym szpitalu?
Dochodzimy do ważnego problemu, do którego wczoraj przekonywałem posłów koalicyjnych i zyskałem ich akceptację. Mamy szpitale publiczne i niepubliczne. Dziś szpitale niepubliczne mogą mieć kontrakty z NFZ, a także leczyć odpłatnie. Takiej możliwości nie mają szpitale publiczne, choć medycznie stoją na wyższym poziomie. Dlaczego szpital publiczny mamy karać? Dla mnie to bez sensu. Dlatego chcę wprowadzeniem koszyka gwarantowanych usług pokazać zupełnie nowe podejście do zakładów opieki zdrowotnej: wyrównać w prawach placówki publiczne i niepubliczne.
Ten, kto będzie chciał zrobić mniej pilną operację, zapłacić i nie stać w kolejce, będzie miał do tego prawo. Uważam, że to jest fair. Jeśli będziemy udawać, że to jest nieuczciwe, to doprowadzimy do sytuacji, że pacjenci z pieniędzmi będą wyjeżdżać na Zachód i tam się operować.
Czy to nie łamie konstytucyjnej zasady równego dostępu do opieki zdrowotnej?
Proszę przeczytać konstytucję: ona nie mówi, "wszystko macie za darmo", ona mówi: "macie równy dostęp do tego, co jest możliwe w ramach środków publicznych". Ale wiem, że ludzie tej świadomości nie mają.
Więc pan będzie musiał im to powiedzieć.
Ale ja cały czas mówię im prawdę! I lekarzom też: jeśli zastrajkujecie, to mnie w tej kolizji nie będzie, bo ja mówię od razu, że podwyżek w tym roku nie będzie i ja nie zrobię nic w tej sprawie. Po prostu uważam, że to by było bardzo nieuczciwe.
Czyli przystępuje pan teraz do akcji koszyk, a potem wróci sprawa dodatkowych ubezpieczeń?
Ten proces się zaczął kilka miesięcy temu, kiedy kilkaset osób rozpoczęło pracę nad wyliczeniem koszyka. Natomiast akcja polityczna jeszcze się nie zaczęła, ale już trzeba ludzi przyzwyczaić do myślenia o tym. I jednocześnie wejdą w życie jeszcze dwie ustawy: o zakładach opieki zdrowotnej i ubezpieczeniach. To wszystko ma sens razem, jako pakiet ustaw.
Co się stanie, jeśli premier nie udzieli poparcia?
Proszę zrozumieć jedną rzecz: zostanie ministrem było dla mnie nieprawdopodobnie ciężką decyzją. Obawy wynikały z tego, co sobie ludzie pomyślą. Ale robię wiele rzeczy, nie patrząc na opinię publiczną. Gdy po telefonie prezydenta wyraziłem zgodę na szefowanie resortowi, to potem w rozmowie z premierem Marcinkiewiczem mówiłem: moje bycie ministrem ma sens, gdy mogę zrobić to i to. Jeśli nie, to nie ma sensu, bym był ministrem. I macie panie odpowiedź na pytanie. Ja wieczorem, przychodząc do domu, i rano, budząc się, myślę: czy ma jeszcze sens bycie ministrem? I wiem, że jeśli któregoś punktu mojego planu nie zrealizuję, to nie ma sensu być ministrem.
Jak koszyk będzie wyglądał w praktyce: czy jeśli zachorujemy np. na chorobę serca, to wszystko należy nam się bez kolejki i za darmo, a jeśli na chorobę ortopedyczną, to nie?
Musimy oferować metody o udowodnionej skuteczności. Na pewno moje ukochane operacje serca z użyciem robotów nie znajdą się w koszyku. Bo medycyna oparta na faktach nie udowodniła, że te operacje dają lepszy efekt. Myślimy tradycyjnie i całościowo. Będzie finansowane wszystko, od początku choroby, przez operacje, aż po rehabilitację.
Jeśli nadal będę ministrem, to wprowadzę wreszcie system konsultacji i zlikwiduję podziały na oddziały szpitalne. Dałem sygnał, że jestem zdecydowany na to przez zmianę rozporządzenia, która już teraz pozwala dyrektorom zrezygnować z ordynatorów. Ale tworzymy nową ustawę o zakładach opieki zdrowotnej, w której dajemy możliwość dyrektorowi niedzielenia szpitala na oddziały. To będzie całkiem inne funkcjonowanie szpitala - bez oddziałów i ordynatorów, gdzie specjaliści, czyli konsultanci, są niezależni i płaci im się w zależności od tego, ilu pacjentów uda im się zdobyć. Ja chcę dokonać tej zmiany.
Nienawidzę obecnego systemu i chcę go zmienić, nawet narażając się moim przyjaciołom, kolegom i profesorom.
Czy jeśli politycy zaczną panu majstrować przy koszyku, to się pan poda do dymisji?
Pokazanie koszyka to będzie wiele spotkań i mnóstwo dyskusji. Przecież ja się na wszystkich dziedzinach medycyny nie znam. Dopuszczam możliwość zmian, ale nie dopuszczam możliwości, że ktoś powie: rezygnujemy z koszyka. To będzie oszukiwanie ludzi i mówienie, że mają do wszystkiego dostęp. Koncepcja koszyka zostanie zaprezentowana posłom i premierowi. Zakładam, że musi być zaakceptowana. Nie dopuszczam możliwości, że ktoś tej koncepcji nie zaakceptuje.
Pogłębia się pana konflikt z własnym środowiskiem, szczególnie po tym, jak w głośnej sprawie zatrzymania transplantologa Mirosława G. stanął pan po stronie ministra Ziobry.
Mam odwagę i chęć walki z korupcją. Nie rozumiem tłumaczenia, że "my mało zarabiamy, wobec tego jesteśmy uprawnieni do brania pieniędzy na lewo". Nie ma usprawiedliwienia dla korupcji. Mówię to otwarcie, jestem przeciwny korupcji i chcę każdą metodą z nią walczyć. Uważam, że reakcja Izb Lekarskich, które same powinny dążyć do oczyszczenia sytuacji, powinna być inna.
Ministrem się jest, a potem się nie jest. Nie sądzi pan, że te wszystkie potyczki i bitwy spowodują, że będzie panu trudno pozostać lekarzem?
Nie. Moja ocena zależy ode mnie samego. Tak długo jak jestem zgodny z własnym sumieniem, reszta mnie nie obchodzi.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|