Fragmenty filmu znalazły się w reklamówce krytykującej rząd Jarosława Kaczyńskiego oraz Centralne Biuro Antykorupcyjne. Na wykorzystanie "Rozmów kontrolowanych" Sojusz nie uzyskał jednak zgody Filmoteki Narodowej.
Jej szef Waldemar Piątek nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji, czy przeciwko SLD wystąpić do sądu. Wpierw musi poradzić się prawników. Tym bardziej, że za wykorzystane fragmenty filmu SLD nawet nie zapłaciło. Dla partii nie są to szokujące sumy. Minuta kosztuje tysiąc złotych.
Największe kontrowersje wywołało jednak wykorzystanie wizerunku aktorów, którzy nie chcą występować w materiałach propagandowych SLD. Aktor Jerzy Turek uznał to za kradzież własności intelektualnej i "zwykłe świństwo". Oburzony jest również Henryk Talar. Nikt mu nawet nie powiedział, że fragmenty filmu zostaną użyte w reklamówce.
SLD broni natomiast wiceprzewodnicząca klubu parlamentarnego Jolanta Szymanek-Deresz. Tłumaczy, że to nie Sojusz jest winien, a firma, której zlecono wykonanie reklamówki.
Chcieli zaatakować rząd i CBA, a teraz sami mają kłopoty. Dyrektor Filmoteki Narodowej może pozwać SLD do sądu, bo Sojusz wykorzystał w swojej reklamówce fragmenty filmu "Rozmowy kontrolowane". Zapomniał jednak, że jest coś takiego, jak prawa autorskie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama