Dziennik Gazeta Prawana logo

Upadek rządu. Wszystkie grzechy polskich polityków

23 marca 2013, 08:48
Ten tekst przeczytasz w 13 minut
Sejm
Upadek rządu. Wszystkie grzechy polskich polityków/sejm.gov.pl
Po co politycy mają nogi? By się o nie przewracać. Ten żarcik doskonale obrazuje naszą rzeczywistość: główną przyczyną wyborczych porażek wszystkich bez wyjątku partii były ich własne błędy.

W innych krajach rządy przegrywają z kryzysem czy protestami społecznymi, często u władzy pozostają tak długo, że zaczynają się po prostu nudzić. U nas żadna z ekip nie oddała władzy z powodu pogarszającej się sytuacji ekonomicznej. Przeciwnie – większość przegrywała w momencie, gdy gospodarka była w niezłym stanie, a przeciwnik nie stanowił zagrożenia.

– mówi Stanisław Żelichowski z PSL, jeden z parlamentarzystów z najdłuższym stażem. Jego diagnozę potwierdzają losy kolejnych ekip: rządów solidarnościowych i ich porażki w 1993 r., przegrana SLD oraz PSL w 1997 r., rozpad trzech obozów władzy – AWS-UW w 2001 r., SLD w 2005 r. i PiS-LPR-Samoobrony w 2007 r.

Dlaczego kilka wspaniałych wyborczych zwycięstw skończyło się jeszcze bardziej spektakularnymi porażkami? Dlaczego ci, którzy mieli przez lata dominować w naszej polityce, szybko pakowali walizki? Dlaczego gdy premier trzymał się mocno, jego współpracownicy wyskakiwali w pośpiechu za burtę? Przyczyn zawsze było kilka, działały z różnym nasileniem. Ale łączy je jedno: nieudolność prowadząca do błędów.

Po pierwsze arogancja

To powód, od którego zaczynają się kłopoty zwycięzców. Partia jest u szczytu siły, upojona wygraną, jej członkowie są pełni poczucia wyższości wobec pokonanych. Dlatego pokusa, by traktować ich jako nieudaczników, jest bardzo duża. Tak było, gdy w 1997 r. AWS wygrał wybory pod hasłem moralnej odnowy, i cztery lata później, gdy SLD szło do zwycięstwa pod hasłami uzdrowienia kraju po degrengoladzie AWS, i w 2005 r., gdy PO-PiS miał zbudować IV RP na gruzach trzeciej, skompromitowanej. – – broni lewicy Leszek Miller.

Gdy nowa ekipa wchodziła w prozę rządzenia, szybko się okazywało, że upodabnia się do poprzedników. Usuwała z ministerstw i urzędów, by w ich miejsce wypromować . – – mówi Marek Biernacki, minister w rządzie Jerzego Buzka. Przy czym arogancko zbywano jakąkolwiek krytykę.

Jest jeszcze jedna poważna konsekwencja pogardzania przegranymi: bagatelizowanie zagrożeń. Gdy rządzący oddają władzę, a przy okazji odchodzące ugrupowanie się rozpada – jak to się stało w przypadku AWS oraz SLD – u następców pojawia się przekonanie, że . Zwycięzcy tracą pokorę, a ambitni liderzy zaczynają się kłócić.

Po drugie: wojny liderów

Są nabuzowani wyborczą euforią dającą im poczucie bezpieczeństwa, przez które zapominają, że rządzi ten, kto w Sejmie ma większość. I nie mówimy tu o sporach, które są czymś naturalnym w polityce, ale o wojnach toczonych wewnątrz partii lub o walkach między formacjami.

Gdy w 2001 r. po kompromitacji AWS do władzy dochodzi SLD, wydaje się, że przy wsparciu Aleksandra Kwaśniewskiego może myśleć o panowaniu przez dwie kadencje. Znakiem czasu jest to, że premier Miller jest nazywany kanclerzem. Ale po ujawnieniu afery Rywina w 2002 r. jego pozycja słabnie, a jednocześnie nasila się konflikt z prezydentem. Koalicja z ludowcami rozpada się w 2003 r. z powodu głosowania nad wprowadzeniem winiet – opłat za korzystanie z dróg, co miało dać pieniądze na rozbudowę infrastruktury. Dziś taki pomysł wydaje się rozsądny, wtedy był powodem wojny. –– opowiada Miller. Identyczne odczucia są po drugiej stronie. – – dodaje Żelichowski.

Na konflikt SLD z PSL nałożył się inny: Leszka Millera z Aleksandrem Kwaśniewskim. Konstytucja z 1997 r. daje silną pozycję premierowi, ale prezydent może jego decyzje kontrować. – – mówi politolog Antoni Dudek. Z tego starcia zwycięsko wyszedł Kwaśniewski, który wymienił premiera. Koszt wygranej był jednak spory: odejście z SLD grupy Marka Borowskiego.

Partia Jarosława Kaczyńskiego też ma na koncie kłótnie liderów w obrębie własnej formacji – w wyniku sporu o wpisanie do konstytucji odszedł Marek Jurek – oraz z LPR i Samoobroną, czego efektem był rozpad rządu. – – mówi szef SLD Miller. – – odpowiada mu Adam Lipiński, jeden z prominentnych polityków Prawa i Sprawiedliwości.

PiS zaryzykował i stracił władzę, choć w przeciwieństwie do poprzednich ekip nie tylko się nie rozpadł, ale wzmocnił. – – podkreśla Dudek.

Po trzecie: rozłam

Gdy emocje stają tak wielkie, że nie ma już miejsca na racjonalne argumenty, w partiach często dochodzi do rozłamu. A to oznacza koniec rządów (a nawet istnienia tych struktur). Dobrym przykładem jest Unia Demokratyczna, symbol pierwszych solidarnościowych rządów, która jako Unia Wolności (po połączeniu z Kongresem Liberalno-Demokratycznym) współtworzyła rząd Jerzego Buzka, by na tym zakończyć swoją liczącą się polityczną historię.

Jest grudzień 2000 r. Kilka miesięcy wcześniej UW z niezrozumiałych do dziś powodów opuszcza rząd Buzka, jednak nie przechodzi do opozycji, bo popiera budżet, umożliwiając trwanie krytykowanego gabinetu. Sejm, głosami AWS, mianuje jej dotychczasowego szefa Leszka Balcerowicza na prezesa NBP, a kongres Unii Wolności wybiera na jego następcę Bronisława Geremka otwartego na sojusz z postkomunistyczną lewicą. Jego ludzie powołują nową Radę Krajową, ale w ten sposób, że ze skrzydła liberalnego wchodzi do niej tylko Donald Tusk. Wszystko odbywa się w atmosferze nieskrywanej radości oraz triumfu dawnych członków UD. To wyrównanie rachunków za rządy Balcerowicza musi doprowadzić do rozłamu. I doprowadza – już miesiąc później. Jednak scenariusz jest inny niż ćwiczony przy poprzednich podziałach ugrupowań solidarnościowych. Z jednej partii nie powstaną dwie, tylko na gruzach UW zostanie utworzona Platforma Obywatelska, zaś Unia (cztery lata później przemianowana na Partię Demokratyczną – demokraci.pl) zwiędnie na politycznym marginesie.

Jednak UW daleko było do AWS, który wyglądał, jakby był w stanie permanentnego rozkładu. Akcja Wyborcza Solidarność grupowała ponad 30 politycznych organizmów, które po trzech latach pracy u podstaw udało się scalić w pięć podmiotów: NSZZ "Solidarność", partię Ruch Społeczny AWS, ZChN, SKL i PPCHD. – – mówi Stanisław Żelichowski.

Zabiegi Krzaklewskiego przypominały proces scalania z ogromnej liczby maleńkich lenn państwa średniowiecznej Europy. Jednak cztery partie okazały się zbyt potężne, by spróbować zmusić je do uległości. W efekcie – podobnie jak w UW – emocje i ambicje wzięły górę nad rozsądkiem i formacja zakończyła polityczny żywot w wyborach 2001 r., a część jej liderów przeskoczyło do PO i PiS.

Po czwarte: wojny małych

Starcia liderów uruchamiają reakcję łańcuchową: skoro nie ma lojalności na górze, kłótnie schodzą na dół. Członkowie partii zamiast pracować na jej najlepszy wynik, zaczynają kalkulować: zostać czy tworzyć nowy polityczny byt?

To zjawisko najwyraźniej było widać w AWS. – – mówi Marek Biernacki. Zaczął on się pojawiać częściej, gdy notowania Akcji się kurczyły i nikt nie był w stanie znaleźć na to remedium. Duże ugrupowania, „Solidarność” i RS AWS, stały się zakładnikiem małych grup.

– mówi Leszek Miller, którego SLD też było koalicją mniejszych partii i ugrupowań. Doświadczył więc licznych pączkowań: najpierw były „borówki”, czyli stronnicy Marka Borowskiego, po nich powstała grupa „pierwszaków”, czyli posłów pierwszej kadencji. Przed oddaniem władzy przez AWS i SLD mieliśmy do czynienia z kompletnym chaosem w obozie rządzącym. Proces fermentu tylko pogarszał zamieszanie. Niech przykładem będzie grupa 21 posłów AWS, tzw. oczko, która zgłosiła wniosek o wotum nieufności wobec Emila Wąsacza, ministra skarbu z własnego rządu.

Chaos ma też konkretny wymiar: rząd traci kontrolę nad tym, jakie ustawy wychodzą z Sejmu. Doświadczył tego AWS – jego posłowie przed wyborami na wyścigi rozdawali bonusy, aż zaniepokojony minister finansów Jarosław Bauc przedstawił prognozę wszystkich możliwych wydatków. To wyliczenie przeszło do historii jako 90-miliardowa dziura Bauca.

Podobne zjawisko wystąpiło kadencję później w 2005 r., gdy SLD zamiast wprowadzić emerytury pomostowe, przedłużyło dotychczasowe przywileje i przegłosowało idącą kompletnie w poprzek założeń reformy emerytalnej specjalną ustawę o emeryturach górniczych. Z kolei rząd PiS w finale kadencji wstrzymał się z gotowym projektem emerytur pomostowych, by nie drażnić wyborców.

Po piąte: alienacja

Przejęcie władzy często okazuje się kłopotem. Bo nie tyle się rządzi, ile administruje, zmagając się z bieżącymi sprawami. Aż w końcu administrowanie nadaje ton sprawowaniu władzy. Na dodatek wymyślone w spokojnych ławach opozycji recepty na pobudzenie gospodarki, wzbogacenie oświaty oraz służby zdrowia, na walkę z bezrobociem zawodzą. – – mówi jedna z osób z PO.

Ale to zjawisko nie dotyczy jedynie premiera, zaczyna przenikać na dół. Rządząca formacja ma poczucie zmagania się z wielkimi problemami i podkładania nóg przez opozycję oraz media, które zajmują się nieistotnymi sprawami. – – mówi poseł PO Antoni Mężydło. Choć problemy wcale nie muszą być drobne, najważniejsze, że z punktu widzenia władzy są marginalne. Tak było, gdy wybuchała afera starachowicka, a pytani o komentarze politycy SLD zbywali dziennikarzy. Dzięki temu mediom łatwo było ją uogólnić i pokazać aferę jako symbol rządów lewicy.

– mówi osoba biorąca udział w najważniejszych kampaniach wyborczych ostatnich lat. A za błędy w diagnozie płaci się utratą władzy, bo wyborcy od razu szukają czegoś nowego. – – mówi wiceprezes PiS Adam Lipiński. Podobnie było w 1993 r., gdy liderzy solidarnościowych rządów nie dostrzegli, że ich skłócenie promuje lewicę.

Po szóste: zmęczenie

Ofiarą tego zjawiska padają ci, którym uda się dotrwać do końca kadencji. Politycy czują się zmęczeni rutyną rządzenia, sporami wewnątrz formacji, kłótniami z koalicjantem, utarczkami w parlamencie. – – mówi o 1997 r. wicemarszałek Sejmu Eugeniusz Grzeszczak z PSL.

Lipiec 1997: dziennikarze pytają premiera Włodzimierza Cimoszewicza o pomoc dla powodzian. Szef rządu, który był na zalanych terenach, mówi, że powinni się byli wcześniej ubezpieczyć, by dostać odszkodowanie, choć zapewnia o pomocy państwa. Gdy to mówi, skala zjawiska – choć duża – nie jest zatrważająca. Jednak przez cały dzień leje, po południu dociera fala powodziowa z Czech i nagle rząd staje już nie wobec klęski żywiołowej, ale powodzi tysiąclecia. Całkiem rozsądne słowa wobec dramatyzmu wydarzeń nabierają nowego znaczenia: stają się symbolem obojętności rządu wobec tragedii. Polska nie była przygotowana na powódź w takiej skali, żywioł wystąpił tuż przed kampanią wyborczą, a rządzące SLD i PSL były już zmęczone zwarciami i władzą. Dwukrotnie dochodziło do wymiany premiera i choć za każdym razem pozwalało to odbudować poparcie dla rządu, a lewicy poprawić wyborczy wynik, to koalicja po wyborach musiała władzę oddać.

Te błędy sprawiały, że wszystkie kolejne ekipy rządzące – poza PO – musiały oddawać władzę. Dlatego ponowna wygrana w 2011 r. partii Donalda Tuska była tak wielkim fenomenem. Jednak teraz, gdy Platforma rządzi już drugą kadencję, jej politycy zaczynają potykać się o własne nogi. Na czym wpadną? Arogancji, wojnie liderów, rozłamie, wojnie małych czy zmęczeniu władzą?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj