Komisja Europejska pierwszy raz reagowała trzy lata temu i wysłała upomnienie. Później ponaglała Polskę kilkakrotnie, teraz zdecydowała się skierować pozew do Trybunału. - Nie mówimy o tym, czy jesteśmy za metodą in vitro, czy przeciwko. W Polsce jest ona stosowana, a jeśli tak, to muszą być przestrzegane unijne zasady, w Polsce nie są, bo przepisy tego nie gwarantują - tłumaczył rzecznik Komisji Frederic Vincent.

Reklama

Polska ma teraz około dwóch lat na nadrobienie zaległości, bo tyle zwykle mija od czasu wysłania pozwu do Trybunału do momentu ogłoszenia orzeczenia. Jeśli tego nie zrobi, a sędziowie orzekną niedopełnienie obowiązków, wtedy mogą nałożyć karę finansową.

Brak przepisów wynika z problemem z osiągnięciem kompromisu politycznego wokół sprawy stosowania metody in vitro. Tymczasem, jak wyjaśnia w rozmowie z IAR ginekolog profesor Rafał Kurzawa, w dyrektywie chodzi o określenie standardów leczenia i bezpieczeństwa in vitro. A nie o to, czy ta metoda może być stosowana, czy nie.

Przewodniczący Sekcji Płodności i Niepłodności Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego uważa, że problem z dostosowaniem polskiego prawa do unijnych przepisów wynika z tego, że gdyby Sejm uchwalił ustawę związaną z jakością i bezpieczeństwem leczenia in vitro, nie byłoby powrotu do dyskusji, czy in vitro można wykonywać, czy powinno być zakazane.

Od lipca w Polsce działa rządowy program refundacji in vitro, który ma objąć 15 tysięcy par w ciągu 3 lat. Program jest zgodny z dyrektywami unijnymi, bo zawiera wszystkie elementy związane z bezpieczeństwem przeprowadzania zapłodnienia pozaustrojowego. Nie ma jednak rangi ustawy.