Kancelaria Prezesa Rady Ministrów przekonuje, że nie została złamana instrukcja HEAD, która reguluje transport najważniejszych osób w państwie. Wczoraj opublikowano – w formie pytań i odpowiedzi – wersję KPRM. TVP Info ujawniło z kolei kulisy ustaleń dotyczących tego, jak doszło do połączenia pokładów embraera i CAS-y. Decyzja miała być uzgodniona o godzinie 15.48. KPRM przekonuje, że "wszyscy pasażerowie mieli miejsca w samolocie. W żadnym momencie liczba pasażerów nie była większa niż ilość miejsc. Na potrzeby tego lotu było 67 miejsc. Do samolotu na podróż powrotną wpuszczone zostało, po uprzednim uzgodnieniu z PLL LOT, 67 osób". "Pozostałe osoby, które towarzyszył delegacji, miały wracać samolotem CASA. Ostatecznie kapitan samolotu podjął decyzję o opuszczeniu samolotu przez 8 osób. To polecenie zostało natychmiast wykonane i samolot mógł bez problemu wylecieć do Polski" – czytamy dalej. Taki opis wydarzeń pomija zamieszanie, które towarzyszyło ustaleniu, kto ma wysiąść (zarówno spośród dziennikarzy, jak i przedstawicieli delegacji rządowej). O czym informowali oprócz DGP reporter RMF FM (na blogu), dziennikarz "Pulsu Biznesu" (na Twitterze) i tygodnika "wSieci", którzy byli świadkami tych wydarzeń.
KPRM odniosła się również do zarzutu o złamanie instrukcji HEAD, formułowanego przez opozycję. Wczoraj w DGP napisaliśmy, że na pokładzie nie było prezesa Rady Ministrów i jego pierwszego zastępcy, czego zakazuje ta instrukcja. Problem jednak w tym, że w polskim systemie politycznym nie ma funkcji pierwszego zastępcy prezesa Rady Ministrów. Co wynika z Konstytucji RP i jej Rozdziału VI art. 147 oraz ustawy o Radzie Ministrów. W efekcie zapisy instrukcji HEAD są nieprecyzyjne, bo uwzględniają funkcję, która w polskim systemie politycznym nie istnieje.
– Ustawa zasadnicza nie zna takiej kategorii urzędnika państwowego (pierwszego wiceprezesa Rady Ministrów – red.) – potwierdza w rozmowie z portalem Dziennik.pl konstytucjonalista dr hab. Ryszard Piotrowski. – Nie ma kogoś takiego jak pierwszy wiceprezes Rady Ministrów w kontekście najwyższego aktu prawnego, bo ten w ogóle nie przewiduje żadnego ustopniowania znaczenia poszczególnych wiceprezesów Rady Ministrów. Status wiceprezesów jest jednolity – dodaje.
Reklama
Zatem: albo zapisy instrukcji są nieprecyzyjne (nie uwzględniają polskiego ładu konstytucyjnego, w którym nie ma funkcji pierwszego wicepremiera). Albo wiceprezes Mateusz Morawiecki, który był na pokładzie embraera, podlega pod definicję zawartą w instrukcji HEAD.
Według KPRM: "Zasady wykonywania lotów z najważniejszymi osobami w państwie (HEAD) wynikające z umowy zawartej z PLL LOT w 2013 r. dopuszczają taki skład delegacji (premier, wicepremier, szefowie MSZ, MON i MSW – red.)".
KPRM zadaje również na pytania: "Ile miejsc ma embraer? Czy to prawda, że na pokładzie znalazło się więcej osób, niż jest miejsc w samolocie?". I odpowiada: "Nieprawda. Wszyscy pasażerowie mieli miejsca w samolocie. W żadnym momencie liczba pasażerów nie była większa niż ilość miejsc. Na potrzeby tego lotu było 67 miejsc. Do samolotu na podróż powrotną wpuszczonych zostało, po uprzednim uzgodnieniu z PLL LOT, 67 osób. Pozostałe osoby, które towarzyszyły delegacji, miały wracać samolotem CASA. Ostatecznie kapitan samolotu podjął decyzję o opuszczeniu samolotu przez 8 osób. To polecenie zostało natychmiast wykonane i samolot mógł bez problemu wylecieć do Polski".
Jak informuje TVP Info, kłopot był w złym wyważeniu samolotu, które spowodowane było małą ilością bagaży. We wtorek szef MSZ przekonywał, że problemem były... zbyt duże bagaże. – Wyglądało to tak. Kilka miejsc w samolocie było wolnych. Zaproponowano więc dziennikarzom, by z nami polecieli, ale mieli duże bagaże i ostatecznie przesiedli się do CAS-y – mówił w rozmowie z Wirtualną Polską.
KPRM zapewnia, że decyzje związane z organizacją lotu były wykonywane zgodnie z procedurami. "W żadnym momencie nie było narażone bezpieczeństwo lotu. Zmiany w składzie pokładów były uprzednio uzgodnione z przewoźnikiem – czynności mają swoje potwierdzenie w dokumentach" – czytamy w oświadczeniu.