Generał broni Leszek Surawski został wczoraj nowym szefem sztabu Wojska Polskiego. Funkcję objął po odchodzącym z wojska na własną prośbę gen. Mieczysławie Gocule. O tym, że Gocuł odejdzie, było wiadomo od dawna. Mimo to wyłonienie następcy nie było łatwe. Jeszcze kilka tygodni temu wielu wysokich oficerów mówiło, że to gen. Marek Tomaszycki, dowódca operacyjny, któremu właśnie kończyła się kadencja, zostanie pierwszym żołnierzem.
Problem w tym, że była to kandydatura ministra obrony Antoniego Macierewicza, do której nie był przekonany prezydent Andrzej Duda. A zgodnie z konstytucją to „Prezydent Rzeczypospolitej mianuje Szefa Sztabu Generalnego i dowódców rodzajów Sił Zbrojnych”. Procedura wymaga kontrasygnaty premiera. Generał Surawski to kompromis między Pałacem Prezydenckim a resortem obrony i kolejna odsłona wojenki podjazdowej między obydwoma ośrodkami władzy.
Wczoraj krążyły niepotwierdzone informacje, że gen. Tomaszycki żegna się ze służbą wojskową.
– – komentuje były minister obrony Tomasz Siemoniak. – – dodaje polityk.
Warto przypomnieć wcześniejsze spięcie dotyczące odejścia dowódcy generalnego gen. Mirosława Różańskiego. – – mówił w połowie grudnia rzecznik resortu obrony Bartłomiej Misiewicz.
Tymczasem podlegające prezydentowi Biuro Bezpieczeństwa Narodowego szybko opublikowało komunikat, że to prezydent przyjmuje dymisję i to „on podejmie decyzję w sprawie zwolnienia gen. broni Mirosława Różańskiego z zajmowanego stanowiska dowódcy generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych po otrzymaniu wniosku od ministra obrony narodowej”. Minęło półtora miesiąca i szef państwa ciągle tej decyzji nie podjął. To prztyczek dany w nos ministrowi i próba walki o wpływy. Ale wydaje się, że jak na razie raczej mało skuteczna.
Dowodem jest choćby ubiegłoroczna uroczystość opłatkowa, której scenariusz, tak jak rok wcześniej, przewidywał telekonferencję prezydenta z żołnierzami w Afganistanie. Z otoczenia ministra Macierewicza, który zaraz miał wylatywać pod Hindukusz i spotkać się z wojskowymi na misji dzień później, wyszło polecenie, żeby telekonferencji nie organizować. Więc jej nie zorganizowano. Minister porozmawiał z żołnierzami osobiście, prezydent w ogóle. Głośnym echem odbiło się także spotkanie prezydenta z najwyższą kadrą dowódczą, na którym Duda w obecności Macierewicza prosił, by żołnierze szczerze mówili, co w Wojsku Polskim wymaga poprawy.
Odezwało się czterech oficerów. Wszyscy są już w rezerwie kadrowej, czyli swego rodzaju zamrażarce, po której najczęściej odchodzi się z wojska. Prezydent próbował się też spotykać indywidualnie z niektórymi oficerami. Minister co najmniej jednemu żołnierzowi wprost zakazał takiego spotkania. Zapytaliśmy jedną z osób z otoczenia prezydenta, czy Andrzej Duda abdykował z roli zwierzchnika Sił Zbrojnych. – – opisuje nasz rozmówca.
Niemniej poprzedni prezydenci III RP w kwestiach wojska mieli zdecydowanie więcej do powiedzenia. Można choćby przypomnieć Bronisława Komorowskiego, który w trakcie kampanii wyborczej ogłaszał, że będziemy negocjować zakup systemu Patriot i śmigłowców Caracal (a była to decyzja Rady Ministrów), czy Lecha Kaczyńskiego, który potrafił zablokować 12 z 15 nominacji generalskich zaproponowanych przez ówczesnego ministra obrony Bogdana Klicha. Takich demonstracji w wykonaniu obecnego prezydenta dotąd nie doświadczyliśmy.