Tygodnik zapewnia na swoich stronach internetowych, że jest wyłącznym właścicielem praw do rozpowszechniania nagrań z wykładu o. Rydzyka. I nie udzielił zgody PO na użycie tych nagrań w kampanii wyborczej. Co więcej, twierdzi, że Platforma nawet o to nie zapytała.

Redakcja zgodziła się jedynie udostępnić nagrania niektórym mediom.

"Wprost" zapytał PO, dlaczego partia wykradła nagranie. "Skończmy tą głupią gadkę. Pan zadzwoni za 10 minut, to będę wiedział" - odpowiedział dziennikarzowi arogancko Jan Ciechulski z biura prasowego Platformy. Po 15 minutach nadal nie potrafił odpowiedzieć. W końcu stwierdził, że partia podpisała w tej sprawie umowę z Agencją Informacji TVP.

"Wprost" twierdzi jednak, że telewizja publiczna nie ma praw do sprzedaży taśm Rydzyka. I grozi, że jeśli Platforma nie wycofa spotów albo nie umieści tam logo "Wprost", to sprawa znajdzie finał w sądzie.

Julia Pitera z PO powiedziała dziennikowi.pl, że Platforma nie boi się ewentualnegio procesu z tygodnikiem. "To byłoby nawet zabawne. Tygodnik dowodziłby, że słowa o. Rydzyka są własnością redakcji. To tak jakby minister Ziobro mówił, że może rozpowszechniać nagraną rozmowę z Lepperem, bo taśma należy tylko i wyłącznie do Zbigniewa Ziobry. To nonsens" - broni się Pitera.

Bardziej ugodowy jest sztabowiec Platformy, Jakub Szulc, który powiedział PAP, że fragment nagrania PO kupiła od TAI, a ta nie informowała o konieczności opatrzenia spotu logo redakcji. I zapewnił, że jeśli rzeczywiście "Wprost" ma prawa do tego nagrania, to logo zostanie uwidocznione.

Telewizyjna premiera spotów PO planowana jest na sobotę.