"Strona polska z pewnością wykaże zrozumienie, że o niemieckich kwestiach personalnych rozstrzyga się w Niemczech" - tak prezydent RFN odpowiedział na pytanie dziennikarzy, którzy chcieli dowiedzieć się co Horst Koehler sądzi na temat polskich obiekcji wobec przewodniczącej Związku Wypędzonych Eriki Steinbach.

Prezydent Niemiec udzielił obszernego wywiadu podsumowującego 2007 rok dla opiniotwórczego dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Sprawa upamiętnienia przesiedleń niemieckiej ludności po 1945 r. nie była główną częścią wywiadu. Jednak to ten fragment wzbudził w Polsce duże emocje.

Wprawdzie niemiecki prezydent nie ma zbyt mocnej pozycji w systemie konstytucyjnym RFN, ale słowa Horsta Koehlera mają ogromną wagę ze względu na wielką popularność tego polityka w jego kraju. W różnych sondażach popularności zajmuje on pierwsze miejsce, czasem tylko ustępując kanclerz Angeli Merkel.

Koehler jednoznacznie wypowiedział się, że w Berlinie powinno powstać Centrum przeciw Wypędzeniom. Zastrzegł się przy tym, że musi być to część większej europejskiej sieci upamiętniającej ucieczki i przesiedlenia. Jego słowa zbiegły się z innym sygnałem - niemiecki minister ds. mediów stwierdził, że decyzja o powstaniu w Berlinie takiej placówki zapadnie już niebawem.

"Projekt jest już bardzo zaawansowany i przemyślany" - powiedział w sobotę Bernd Neumann. Budowie takiego centrum w Berlinie sprzeciwiają się wszystkie polskie siły polityczne od prawa do lewa.

Kanclerz Niemiec Angela Merkel nie wyraziła jeszcze swojego stanowiska w tej sprawie. "Pani Merkel milczy w sprawie udziału Eriki Steinbach w <Widocznym znaku>, gdyż zbliżają się wybory" - ocenił w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" prof. Mariusz Muszyński, ekspert ds. stosunków polsko-niemieckich z Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

"Kanclerz milczy, gdyż z jednej strony nie chce zaogniać sytuacji, ale z drugiej nie wydaje się, by miała zrezygnować z udziału wypędzonych w tym projekcie. Wszystko wskazuje na to, iż będą oni w nim odgrywali znaczną rolę" - dodał Mariusz Muszyński.

"To batalia o pamięć. Przede wszystkim nie godzimy się na określenie <wypędzeni>. Niemiecka ludność została przesiedlona na mocy porozumień międzynarodowych" – przypomina w DZIENNIKU poseł LiD Tadeusz Iwiński.

Dla polityków PiS sygnały z Niemiec są dowodem klapy niemieckiej polityki rządu Donalda Tuska. "Przegrywamy, nasza sytuacja staje się gorsza. Gdyby zawczasu przypomniano Tuskowi, że zapis o utworzeniu centrum w Berlinie jest wpisany do umowy koalicyjnej między SPD a CDU/CSU i jak poważnie w Berlinie traktuje się politykę historyczną, to może nie byłoby tych słów Koehlera" – ocenia były wiceminister spraw zagranicznych Paweł Kowal z PiS.

"To policzek dla Polski. Steinbach to symbol tego, jak w Niemczech zmienia się historię II wojny światowej, kreując Niemców na jej współofiary" - dodaje poseł PiS, także były wiceminister Karol Karski.

Platforma na razie nie odpowiada na te zarzuty. Jej politycy nie chcieli wczoraj komentować słów Koehlera i odsyłali dziennikarzy do zajmującego się stosunkami z Niemcami Władysława Bartoszewskiego. "To szalenie delikatne i trudne sprawy. Sądzę, że jest jakaś podskórna dyplomacja toczona w tej materii przez profesora Bartoszewskiego" – mówił eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski. Jednak profesor Bartoszewski odmówił komentarzy, tłumacząc, że jest na urlopie i nie ma dostępu do potrzebnych mu dokumentów.

Dotychczasowej polityki rządu PO wobec Niemiec broni za to szef polsko-niemieckiego miesięcznika "Dialog” Basil Kerski będący zresztą dobrym znajomym Donalda Tuska. Twierdzi on, że słowa Koehlera nie są żadnym dowodem na rzekomą klapę polityki nowego polskiego rządu. Jego zdaniem to, że Koehler wsparł projekt gdańskiego muzeum II wojny światowej, jest ważnym gestem wobec Polski. Kerski zwraca też uwagę na słowa prezydenta RFN o tym, że Koehler nie czuje się wypędzonym.

To ważna deklaracja, bo Koehler urodził się w 1943 r. na Zamojszczyźnie w rodzinie niemieckich przesiedleńców z Besarabii, w domu, z którego wcześniej Niemcy wypędzili polskich mieszkańców. Według Kerskiego to oznaka dystansowania się Koehlera wobec środowisk wypędzonych.