4 czerwca, Gdańsk

W cieniu wielkich wydarzeń opozycja podejmuje próbę ratowania Stoczni Gdańskiej.

Msza w kościele św. Brygidy. Po prawicy Lecha Wałęsy zasiada jego żona Danuta z jedną z córek. Po lewicy Barbara Piasecka-Johnson. Wdowa po Johnie Seward Johnsonie. Rozpoczęła karierę jako kucharka i pokojówka w jego domu, choć studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim. Te zainteresowania połączyły ich na tyle, że w 1971 zostaje jego trzecią żoną. Dziedziczy po nim pół miliarda dolarów.

>>> Wałęsa: Za 20 lat będzie komunizm

W Gdańsku przyjmowana jest z wielkimi honorami. Gdy wchodzi z Lechem Wałęsą do kościoła, witają ich brawa, palce podniesione w górę na znak zwycięstwa i wspólnie odśpiewana pieśń "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie". Na wiecu przed kościołem duszpasterz stoczniowej "S” ks. Henryk Jankowski przedstawia Piasecką-Johnson jako nadzieję stoczni. Zadeklarowała 100 mln dolarów na ratowanie "kolebki” w zamian za 55 procent akcji po jej sprywatyzowaniu. 1 czerwca podpisała w tej sprawie wstępne porozumienie.

"Odśpiewajmy Sto lat! Imieninowe!" - ks. Jankowski wskazuje na Wałęsę. Piasecka-Johnson skromnie stoi obok. "Jestem wzruszona serdecznym przyjęciem" - przemawia do mikrofonu. Potem kolejno podchodzą przedstawiciele Polonii w USA i Francji i emigracji solidarnościowej. "To dzięki tym wyborom i wam możliwy jest nasz powrót do kraju" - przemawiają. "So-li-dar-ność! So-li-dar-ność!" - skanduje tłum.

Parę dni później Wałęsa przekaże Piaseckiej-Johnson list do byłego prezydenta USA Ronalda Reagana, zasłużonego w pomocy polskiej opozycji. Piasecka obieca, że list dostarczy osobiście.

15 września "nadzieja stoczni' spotyka się z premierem Tadeuszem Mazowieckim. Ze złożonych wówczas deklaracji nic nie wyszło. Po ekspertyzach, które kosztowały ją 7 mln dolarów, rezygnuje z ratowania kolebki "S".

5 czerwca, Warszawa, Gdańsk

Znane są już szacunkowe wyniki wyborów. Na Żoliborzu, w siedzibie Komitetu Obywatelskiego, na szybie wisi kartka: "35 procent to pierwszy krok". Obok wyniki: Jacek Kuroń - 66,65 proc. głosów. "Czy to możliwe?" - pytają stłoczeni przed szybą warszawiacy.

Tłumy zbierają się też pod kawiarnią Niespodzianka przy pl. Konstytucji. Tu ma swoją siedzibę Warszawski Komitet Obywatelski "S". Ma szybie wyniki wyborów do Senatu: Władysław Findeisen - 72,11 proc., Anna Radziwiłł - 73,12 proc., Witold Trzeciakowski - 72,50 proc. Lista krajowa:Mikołaj Kozakiewicz - 42 proc.

Prof. Kozakiewicz, socjolog, publicysta, działacz ZSL, jako jedyny obok Adama Zielińskiego uzyskał mandat posła z 35-osobowej listy krajowej obejmującej czołowych działaczy ówczesnej władzy. W Sejmie kontraktowym objął stanowisko marszałka.

W środku kawiarni Niespodzianka Andrzej Łapicki. Przyszły poseł wstaje, kłania się i wreszcie wychodzi na ulicę. "Zaskoczyła nas nowa sytuacja polityczna, wygraliśmy z naddatkiem. Musimy pamiętać, co mówi Wałęsa, że trzeba iść krok po kroku, ewolucyjnie" - studzi nastroje.

W tym samym czasie w Gdańsku Wałęsa przyjeżdża do siedziby Komitetu Obywatelskiego. Parkuje volkswagena vana. Jest zdenerwowany. Nie chce komentować wyników. "Nie będę, dopóki nie ma danych. Trzeba łączyć ludzi, a nie antagonizować". "Ale mniej więcej już wiadomo, jakie są wyniki" - naciskają dziennikarze. Wałęsa zły: "Ja nie jestem na mniej więcej! Ja muszę wiedzieć, jak wygląda konkretnie sytuacja!".

Parę dni później na plebanii u ks. Henryka Jankowskiego Wałęsa skomentuje: "Polskę musimy budować dla wszystkich, nie w kierunku walki, a porozumienia. Wynik wyborów to krzyk o reformę, ale nie po to, żeby się bić. Potrzebna jest nam droga ewolucyjna. Dziś nie ma innej grupy politycznej, która by wzięła stery kraju".

29 czerwca Gdańsk, siedziba Komitetu Obywatelskiego i regionu gdańskiego NSZZ "S" przy Wałach Piastowskich

Konferencja prasowa Lecha Wałęsy. Za stołem prezydialnym siedzi także rzecznik prasowy przewodniczącego "S" Piotr Nowina-Konopka i Jarosław Kaczyński, który uzyskał mandat senatora z województwa elbląskiego. Jest jednym z sekretarzy Krajowej Komisji Wykonawczej "S".

Wałęsa zagaja: "Podwyżki cen wywołują napięcia w kraju, nie ma obiecanej indeksacji wynagrodzeń, rząd nie panuje nad sytuacją gospodarczą". Oddaje głos Kaczyńskiemu. Ten wietrzy intrygę w postępowaniu partii i rządu: "Wewnątrz władzy są jakieś rozgrywki, nie wiadomo, o co chodzi". Wałęsa grozi: "Przestajemy hamować nastroje".

Ale po chwili uspakaja: "Przejęcie władzy jest przyszłościowe, wygraliśmy wybory, ale jesteśmy nieprzygotowani, chcemy iść bezpiecznie, musimy iść na ustępstwa, ta władza długo będzie nie do ugryzienia". Kaczyński słucha i przytakująco kiwa głową.

Wałęsa kontynuuje: "Na 35 procent się umówiliśmy i tak trzeba iść na rzeczy umówione. Za trzy lata, rok przed końcem kadencji, przygotujemy wolne wybory."

XXX

Później Krzysztof Dubiński, sekretarz Czesława Kiszczaka, powie Witoldowi Beresiowi i Jerzemu Skoczylasowi, że natychmiast po wyborach generał skontaktował się z przedstawicielami Kościoła. Uzgodniono, że strona opozycyjna powstrzyma nastroje triumfalistyczne. Obawiano się reakcji partyjnego betonu i bloku wschodniego.

W konsekwencji Biuro Polityczne KC PZPR wydało oświadczenie, w którym uznało wyniki wyborów, a więc zwycięstwo „Solidarności”. Z kolei Janusz Onyszkiewicz, rzecznik "S", w swoim oświadczeniu podtrzymał kontrakt zawarty przy okrągłym stole. Opozycja zadeklarowała, że nie zgłasza żadnych pretensji do nieobsadzonych mandatów przez stronę partyjno-rządową. Zgadza się też na zmianę ordynacji między pierwszą i drugą turą wyborów, po to by władza mogła zdobyć te miejsca. 18 czerwca frekwencja wynosi zaledwie 26 procent, ale nie ma to znaczenia, bo miejsca i tak już są rozdane.

4 lipca, I posiedzenie Sejmu X kadencji

Na miejscu dla dziennikarzy 250 ekip. Strażnicy żartują, że trzeba się będzie nauczyć nowych nazwisk i twarzy. Proszą posłów opozycji o pokazywanie przepustek. Z niecierpliwością wypatrują Adama Michnika i Jacka Kuronia, przez lata przedstawianych przez komunistyczną propagandę jako największych wrogów Polski Ludowej.

Później obsługa sejmowa będzie wielbić Kuronia. Zawsze uściskiem ręki wita się ze strażnikami, całuje sprzątaczki, przenosi wiadra, 8 marca przychodzi z naręczem kwiatów, by starczyło dla każdej spotkanej dziewczyny, jak mówił o wszystkich kobietach, młodych i starych. Tych z lewicy też.

Pierwszego dnia życie toczy się przede wszystkim na korytarzach. W Sejmie jak w ulu. Lider ZSL Roman Malinowski spojrzy na kuluary pełne opozycyjnych działaczy i powie jak z "Samych swoich": "Co tak demokrację wymęczyli? Aaa?"

Posiedzenie Sejmu rozpoczyna się tuż po godzinie 12. Od tej pory będzie nazywany kontraktowym.

XXX

23 czerwca w Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego powstaje Obywatelski Klub Parlamentarny. Przewodniczącym zostaje Bronisław Geremek. Jacek Kuroń zostaje jednym z jego zastępców. Parlamentarzystów zaczyna dzielić obietnica dana przy okrągłym stole - wybór Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta. 30 czerwca i 3 lipca przeciwko generałowi demonstrują KPN i Solidarność Walcząca. ZOMO pacyfikuje manifestacje. 19 lipca Zgromadzenie Narodowe jednym głosem wybiera generała na prezydenta. Regulamin głosowania zabrania zadawania pytań kandydatowi.

Jaruzelski początkowo - wobec klęski strony partyjno-rządowej w wyborach - chciał ustąpić miejsca Czesławowi Kiszczakowi. 19 czerwca Kiszczak leci nawet do Gdańska wysondować nastroje. Wałęsa przy ks. Alojzym Orszuliku odmawia poparcia dla Jaruzelskiego. Na placu boju pozostaje Kiszczak.

Głosowanie miało się odbyć 6 lipca, ale je przełożono, bo Jaruzelski poleciał do Bukaresztu na naradę państw Układu Warszawskiego. Wraca zmieniony. Już nie odmawia prezydentury. Tuż po nominacji proponuje, by Kiszczak został premierem, ale opozycja stanowczo się temu sprzeciwia.

Według relacji Kiszczaka Bronisław Geremek tak to tłumaczył: "Tak jak popieraliśmy pana na prezydenta, tak nie możemy zaakceptować układu, że prezydentem jest Jaruzelski, premierem Kiszczak, a w dodatku Mieczysław Rakowski I sekretarzem KC PZPR".

3 lipca w "Gazecie Wyborczej" ukazuje się tekst Adama Michnika "Wasz prezydent, nasz premier". Parę tygodni później Jarosław Kaczyński powie, że to on z bratem podsunęli ten pomysł Wałęsie. Tadeusz Mazowiecki był jedynym kandydatem, na którego zgodzili się komuniści.

XXX

Przy pisaniu artykułu korzystałam z archiwum filmowego Video Studio Gdańsk, a także z książki „Generał Kiszczak mówi... prawie wszystko” Witolda Beresia i Jerzego Skoczylasa, Warszawa 1991.