Sprawą śmierci Litwinienki interesuje się także brytyjski rząd. I to właśnie ktoś z władz przekazał mediom informację, że Litwinience podano potężną dawkę polonu. Na tyle dużą, że napromieniowane zostały miejsca, w których przebywał w dniu otrucia.
I dlatego policja zaproponowała badania wszystkim, którzy mogli spotkać się z byłym rosyjskim szpiegiem. Z 18 przebadanych osób trzem lekarze wystawili, jak mówią - na wszelki wypadek, skierowania do szpitala na oddział radiologiczny.
Wiadomo już też, dlaczego nikt nie wykrył radioaktywnego polonu, którym otruto w Londynie byłego rosyjskiego szpiega Aleksandra Litwinienkę. Truciznę sprowadzili najprawdopodobniej rosyjscy dyplomaci. A ich poczty przecież nikt nie sprawdza...
Sam Litwinienko mówił przed śmiercią, że groził mu były dyplomata Wiktor Kirow, który już nie pracuje w Londynie, bo wrócił do Rosji. Powołując się na "dobrze poinformowane źródła", brytyjski dziennik "Daily Mirror" pisze, że "to dlatego substancji nie wykryli ani celnicy, ani policja", i że mogą być w to zamieszani dyplomaci.
Jeszcze za czasów zimnej wojny poczta dyplomatyczna była idealnym sposobem przewożenia każdej kontrabandy. Dziś przewozi się tą drogą np. afrykańskie dzieła sztuki, czy też większe - niż przepisy pozwalają - ilości alkoholu...