Tragedia miała miejsce kilka miesięcy temu, gdy do obozu dla młodzieży zarządzanego przez umundurowaną policję trafił Martin Lee Anderson, czarnoskóry nastolatek z trudnym charakterem.
Policyjne koszary miały być dla niego szkołą życia, a życia tego go pozbawiły. Na filmie widać, jak siedmiu strażników brutalnie szarpie chłopaka, a ten w pewnej chwili upada.
Przypatrująca się temu pielęgniarka podbiega i schyla się nad nim.
"Oskarżeni o zabójstwo dziecka zostali wszyscy, zarówno siedmiu strażników, jak i pielęgniarka. Jest to zabójstwo pierwszego stopnia, więc czekają ich wyroki więzienia do 30
lat" - mówił gubernator Florydy, brat prezydenta Busha, Jeb. Z autopsji ciała wiadomo już, że przyczyną śmierci było uduszenie. Na filmie widać, jak mężczyźni zatykają
nastolatkowi usta i coś przystawiają do twarzy.
"Stosowaliśmy kapsułki z amoniakiem, żeby go uspokoić. Nie chciał wykonywać naszych poleceń i był uparty" - bezczelnie tłumaczą dziś przed sądem. Po ostatnich wypadkach
w Nowym Jorku, gdy w dzień ślubu policja zabiła pana młodego i raniła jego przyjaciół, Amerykanie są wrogo nastawieni do brutalnej policji.