Miesiące suszy musiały skończyć się tragedią. Pożary lasów ogarnęły już trzy stany Australii. W popiół zamienił się obszar większy od Luksemburga. Ogień pojawił się, jak twierdzą strażacy, po uderzeniach piorunów.
Ściółka leśna wyschła na wiór, trawa staje w ogniu od jednej iskry. Pożoga rozszerza się w szalonym tempie, płonące gałęzie niesione są wiatrem na setki metrów. Burza ognia ma długość 250 kilometrów.
W jednym przypadku zawinili sami strażacy. W Nowej Południowej Walii wywołali pożar, który miał w kontrolowanych warunkach wypalić pas ziemi, odcinając tym samym drogę głównej linii ognia. Niestety, strażacy nie upilnowali płomieni. Przeniosły się na obszar rezerwatów chronionych w Górach Błękitnych na zachód od Sydney.
Wygląda na to, że strażacy nie będą mieli sprzymierzeńca w pogodzie. Najbliższe dni nie przyniosą żadnych zmian. Temperatury mają nie schodzić poniżej 40 st. C.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl