Zrobione zupełnie na poważnie specjalne wydanie dziennika miało zdaniem autorów być wstępem do debaty o tym, czym jest tworzone od 1830 roku przez Flamandów i Walonów królestwo. Na kilka
godzin Belgia zamarła. Później na dziennikarzy posypały się gromy; protestuje pałac królewski, rząd centralny oraz politycy - zarówno walońscy, jak i flamandzcy.
DZIENNIK rozmawiał z Filipem Dewinterem, 44-letnim przywódcą lider partii Interes Flamandzki (Vlaams Belang), która domaga się rozwiązania Belgii i utworzenia niepodległej Flandrii. Dewinter -
w odróżnieniu od większości Belgów - jest zachwycony, że zobaczył w telewizji, jak rodzi się jego państwo. "Wierzę, że niepodległa Flandria kiedyś powstanie naprawdę"
- mówi.
Jakub Kumoch: Belgia jest oburzona fałszywym newsem telewizyjnym o ogłoszeniu przez Flandrię niepodległości, a pan się z tego cieszy. Dlaczego?
Filip Dewinter: Jest mi niezmiernie miło, gdy widzę niepodległą Flandrię, nawet jeżeli to tylko telewizyjny żart. Gratuluję dziennikarzom, zrobili świetną robotę, a ci, którzy ich
atakują, zapominają o podstawowych wartościach, takich jak wolność słowa. Cieszę się, że teraz nawet Walonowie dzięki swojej telewizji widzą, że dążenia mojego narodu do
niepodległości to nie żart. Niepodległa Flandria może powstać i wierzę, że powstanie. Jestem separatystą i jakże mógłbym się nie cieszyć z takiego programu.
Podobał się panu scenariusz wydarzeń: król uciekający wojskowym śmigłowcem, flamandzka Straż Graniczna zatrzymująca tramwaj między dwiema dzielnicami podzielonej
Brukseli?
Trochę przesadzili, ale rozpatrywałbym to raczej w kategoriach humorystycznych. Nie zamierzamy wyrzucać króla, nie chcemy wprowadzać terroru, nie jesteśmy bojownikami - tylko partią
polityczną, walczącą o swoje postulaty metodami pokojowymi. Bardzo mi się podobało, że w scenariuszu rozpadu Belgii, który zaprezentowała telewizja, nie było przemocy, tylko suwerenna
decyzja flamandzkiego parlamentu. Walonowie zobaczyli, że my, Flamandowie, jesteśmy w stanie w sposób pokojowy wywalczyć niepodległe państwo. Któregoś dnia stanie się tak naprawdę.
Za co pan tak nie lubi Belgii?
Nie ma czegoś takiego jak Belgia; to sztuczny twór utworzony ponad 170 lat temu, w czasie, kiedy miał być państwem buforowym między Francją i Holandią. Flamandowie są w nim większością, a
traktowani są jak mniejszość. Czy my coś mamy wspólnego z Walonami? Mówimy dwoma różnymi językami, mamy różną historię, jesteśmy po prostu całkowicie innymi narodami. Osobno będzie
nam lepiej. Rozpad sztucznych państw to pewna naturalna tendencja w całej Europie. Bardzo lubię przykład czechosłowacki. Czechosłowacja się rozpadła i dziś polepszył się poziom życia
zarówno w Czechach, jak i na Słowacji. Dlaczego Belgia nie miałaby się rozpaść?
Autorzy kontrowersyjnego programu tłumaczą, że nie chcieli rozpadu Belgii, a jedynie debaty na temat tożsamości narodowej jej mieszkańców. Czy flamandzcy nacjonaliści też chcą
takiej dyskusji?
Jasne, że tak. Chcę debaty i jestem gotów brać w niej udział. Będziemy bronić argumentu, że Flamandowie są odrębnym narodem i należy im się własne państwo. Mało tego, debata belgijska
właśnie się rozpoczyna. Pan ze mną rozmawia, dzwonią do mnie dziennikarze z całego świata, Flandria jest na czołówkach CNN i BBC, stała się nagle tematem newsów na całym świecie. Czy
jako separatysta i zwolennik niepodległego państwa flamandzkiego mógłbym się nie cieszyć?
Rozmawiał pan z autorami telewizyjnej prowokacji?
Nie rozmawiałem; to by była ingerencja w ich pracę. Media są wolne i robią, co chcą. Oczywiście powinny się kierować poczuciem odpowiedzialności i wierzę, że tak postępują. Wydałem
jedynie oświadczenie, w którym gratuluję dziennikarzom udanego programu i tego, że poruszyli bardzo ważki temat.