Strażacy kręcą głowami z niedowierzaniem. Mieli już do czynienia z różnymi wybrykami sympatycznych gryzoni. Ale takiego numeru to jeszcze nie widzieli. Zerwane kable wysokiego napięcia spadły na dach domu Turcotta, a zwarcie wywołało pożar.
Strażakom udało się ugasić ogień. Amerykanin zaczął już liczyć straty, jednak wtedy jeszcze nie wiedział, że to nie koniec katastrof. Osiem dni później gryzonie ponownie wskoczyły na słup. Znowu zerwały kable i... znów musieli interweniować strażacy.
Turcott jest wściekły. Ale nie wini wiewiórek. Zdaje sobie sprawę, że jeśli mieszka się przy lesie, to trzeba się spodziewać różnych przygód i szaleństw gryzoni. Oskarża za to lokalny zakład energetyczny, który - jego zdaniem - odpowiednio nie zabezpieczył przewodów.