"Podjęli decyzję, której myśmy nie musieli" - mówi podpułkownik Marc Sasseville, opowiadając o tym, co zdarzyło się 11 września 2001, gdy on i jego skrzydłowa - porucznik Heather "Szczęśliwa" Penney, zostali wysłani, by przechwycić samolot lotu 93. "Nie mieliśmy pocisków, by zestrzelić ten samolot" - dodaje porucznik Penney. "Gdy zakładaliśmy skafandry lotnicze, mój dowódca spojrzał na mnie i powiedział: >Staranuję kokpit<. Ja podjęłam decyzję, że uderzę w ogon samolotu" - dodaje kobieta. Fox News przytacza bowiem nieznane szczegóły z dnia ataku na World Trade Center, które Gareth M. Graff opisał w książce "Jedyny samolot w powietrzu. Ustna historia 9/11". Okazało się jednak, że wojskowi nie musieli poświęcać swojego życia. Pasażerowie próbowali bowiem odbić samolot z rąk terrorystów, a w czasie walki na pokładzie, maszyna runęła na ziemię. Nikt się nie uratował.

Decyzję o strąceniu samolotu podjął wiceprezydent Dick Cheney, który przebywał wtedy w specjalnym bunkrze pod Białym Domem. Schronienie to przygotowano na wypadek ataku jądrowego na USA, ale do 11września, nikt z władz nie potrzebował się w nim schować. Jako, że atak na cywilny samolot i zabicie jego pasażerów, było niesamowicie trudną decyzją, Cheney skonsultował ją jeszcze z prezydentem Bushem, który przebywał na pokładzie Air Force One. "To musiało być zrobione. Gdy samolot został porwany i po tym, co stało się w Nowym Jorku i Pentagonie, nie miałem innego wyjścia" - tłumaczy były wiceprezydent USA.