Jeden z mnichów zginął, gdy chciał odebrać żołnierzowi broń, dwóch innych pobito na śmierć. Bo władze Birmy żadnych świętości już nie uznają. Przeciwko demonstrującym od ponad tygodnia bezbronnym mnichom wysłały uzbrojonych po zęby żołnierzy i policjantów.
Otoczyli oni szczelnym kordonem najważniejszą w kraju buddyjską świątynię Szwegadon. A na duchownych, którzy chcieli do niej wejść, by się pomodlić, puścili gazy łzawiące. Otumanionych gazem ludzi mundurowi zaczęli bić. Słychać było strzały. Do szpitali trafiło kilkudziesięciu rannych.
Eksperci ostrzegają, że pokojowa z początku demonstracja może przerodzić się w krwawą rzeź, jeśli mnisi i sympatyzujące z nimi ugrupowania polityczne nie ustąpią, czyli nie uznają wojskowej władzy.
Protestujący chcą, by w ich ojczyźnie znów była demokracja - jak przed 45 laty - i by mogli żyć normalnie. Wojsko nie dopuści do tego. Bo powrót demokracji oznaczałby, że ludzie, którzy teraz terroryzują naród, mordują i bezkarnie zamykają w więzieniach przeciwników panującego ustroju, zostaliby surowo osądzeni. Doskonale wiedzą, że wielu z nich grozi za zbrodnie kara śmierci.