Co roku do Europy trafia 36 mln ton soi. Nasiona służą głównie jako pasza dla zwierząt. Import w takiej skali od dawna budzi poważne zastrzeżenia ekologów, które nabrały mocy po zeszłorocznych pożarach lasów deszczowych w Ameryce Południowej.

Reklama

Problem kurczącej się w zawrotnym tempie powierzchni Puszczy Amazońskiej doprowadził na szczycie G7 w sierpniu 2019 r. do spięcia między brazylijskim prezydentem Jairem Bolsonaro a jego francuskim odpowiednikiem Emmanuelem Macronem, który wezwał Unię Europejską do odzyskania samodzielności w produkcji białka roślinnego. Uprawiając soję na własnym terytorium, Europa zrzuciłaby z siebie odpowiedzialność za wylesianie w Brazylii, które jest prowadzone m.in. właśnie z powodu rosnącego popytu na soję. Wkład UE może być rzeczywiście imponujący, biorąc pod uwagę, że na świecie pod względem importu tych nasion Wspólnotę wyprzedzają jedynie Chiny.

Sojowy problem poważnie traktuje komisarz rolnictwa Janusz Wojciechowski, który już w czasie swojego październikowego wysłuchania w europarlamencie zadeklarował wsparcie finansowe hodowców, którzy nie korzystają z importowanych pasz. O soi mówił również niedawno w kontekście nowego zielonego ładu, który ma prowadzić do osiągnięcia przez UE neutralności klimatycznej. W obszarze rolnictwa kluczowe będzie skrócenie łańcucha prowadzącego od gospodarstwa rolnego na talerz konsumenta.

Korzystanie z lokalnych pasz dla zwierząt ma być tego ważnym elementem. Polski komisarz zauważa, że problemu nie da się rozwiązać z dnia na dzień, ale zmiany muszą być wprowadzane stopniowo. Wsparcie miałoby zostać wpisane w drugi filar Wspólnej Polityki Rolnej, która w przyszłej perspektywie finansowej ma służyć również realizowaniu celów klimatycznych UE. Rolnictwo odpowiada za 10 proc. gazów cieplarnianych emitowanych przez Wspólnotę.

Komisja Europejska musi działać jednak ostrożnie, bo soja jest istotnym elementem kruchego rozejmu pomiędzy USA a UE w wojnie handlowej prowadzonej przez Waszyngton. Kiedy amerykański prezydent Donald Trump groził wprowadzeniem ceł na europejską stal i aluminium, w lipcu 2018 r. w Waszyngtonie ówczesny przewodniczący KE Jean-Claude Juncker przekonał lokatora Białego Domu do odejścia od tego pomysłu, godząc się na zwiększenie importu soi do Europy.

Ten wątek był podobno kluczem do zawarcia porozumienia, bo z powodu napięć w relacjach handlowych z Chinami eksport soi w USA wyhamował praktycznie do zera i prezydentowi Donaldowi Trumpowi zależało na znalezieniu nowego dużego nabywcy. Rzeczywiście, porozumienie w krótkim czasie przyniosło zawrotny wzrost sprzedaży amerykańskich nasion do Europy. W ciągu pół roku import soi wzrósł o 112 proc., a USA stały się sojowym dostawcą numer jeden. Przy czym KE nie wprowadziła żadnych kwot, po prostu importerzy w Europie wykorzystali fakt, że ceny amerykańskiej soi stały się niezwykle konkurencyjne.

Komisja Europejska zezwoliła przy tym na stosowanie soi w biopaliwach. Ale i paliwa uzyskiwanie z biokomponentów znalazły się pod ostrzałem Brukseli, która zdecydowała, że za 10 lat przestaną być zaliczane do "zielonych paliw", co będzie oznaczać koniec ich dotowania. Okazuje się bowiem, że tworzenie w miejscu zróżnicowanego ekosystemu monokultur pod produkcję biopaliw przynosi o wiele gorsze skutki dla środowiska niż spalanie konwencjonalnych paliw. Jak podaje organizacja Transport & Environment, biopaliwa uzyskane z soi powodują dwukrotnie większą emisję dwutlenku węgla niż diesel.

Uniezależnienie się Europy od importu pasz też stoi pod znakiem zapytania. W UE hoduje się ok. 8 mld zwierząt, a ich wykarmienie jest wyzwaniem znacząco przekraczającym europejskie możliwości. Greenpeace liczy, że bazowanie wyłącznie na lokalnych paszach wymagałoby prowadzenia upraw o wielkości 15 mln ha – powierzchni, jaką łącznie dają Austria, Belgia i Słowacja. To w ocenie ekologów oznacza, że w dłuższej perspektywie Unia Europejska, chcąc ograniczyć wpływ na środowisko i sprostać ambitnym celom klimatycznym, będzie musiała po prostu zmniejszyć hodowlę zwierząt.