W ubiegłym tygodniu opublikowany został Dekret ogólny Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wymagań stawianych kandydującym do stałej posługi katechisty. Kim jest katechista? Czy to nowa posługa w Kościele?
Biskup sosnowiecki Artur Ważny: To nie jest nowa nazwa dla katechety ani "świecki ksiądz". Katechista to kobieta lub mężczyzna, których Kościół po rozeznaniu i przygotowaniu ustanawia do stałej posługi głoszenia i przekazywania wiary. Sama posługa jest stara jak Kościół, nowe jest jej formalne umocowanie.
W praktyce katechista ma być człowiekiem, który bierze odpowiedzialność za to, by wiara nie kończyła się na szkolnej lekcji czy niedzielnym kazaniu. Ma pomagać w przygotowaniu do sakramentów, prowadzić katechezę dorosłych i rodzin, wspierać grupy parafialne, docierać do tych, którzy od Kościoła odeszli albo dopiero pytają, czy jest w nim dla nich miejsce. To także obecność przy człowieku w momentach granicznych: kryzysie wiary, chorobie, żałobie czy życiowym pogubieniu. I właśnie temu służy ten dekret: nie mnożeniu funkcji, ale nazwaniu odpowiedzialności. Kościół chce jasno powiedzieć, kogo formuje, komu ufa i kogo posyła, by wiara była przekazywana nie tylko z ambony, ale także od osoby do osoby.
Czy w polskich parafiach działają już katechiści? Jeśli tak, to ilu ich jest?
Tak, katechiści już są obecni w polskich parafiach, choć ich posługa rozwijała się dotąd nierównomiernie i przede wszystkim lokalnie. Są diecezje, które od lat przygotowują świeckich do prowadzenia katechezy parafialnej, towarzyszenia dorosłym, rodzinom czy osobom przygotowującym się do sakramentów. W niektórych miejscach są ich dziesiątki. Nie potrafimy jednak dziś podać jednej uczciwej liczby dla całej Polski, bo dotąd nie funkcjonował jeden ogólnopolski model tej posługi ani wspólny sposób jej ewidencjonowania.
"Parafia nie jest punktem usług religijnych"
W większości parafii, jeśli nie we wszystkich, katechezy odbywają się od dawna. Czym nowe katechezy, prowadzone według wskazań Zespołu roboczego ds. katechezy parafialnej, kierowanego przez księdza biskupa, będą się różnić od dotychczasowych?
Kościół nie czekał na nowy dokument, żeby zacząć katechizować, od lat prowadzi się przygotowanie do sakramentów, formację dzieci, młodzieży czy narzeczonych. Tego nie trzeba unieważniać. Trzeba to pogłębić i połączyć w jedną drogę. Katecheza parafialna nie może być tylko "przedsionkiem" do I Komunii czy bierzmowania albo swoistą "metą" wieńczącą przyjęcie sakramentów. Sakrament zaś nie jest nagrodą za ukończony kurs. Jest spotkaniem z Chrystusem, które domaga się dalszej drogi.
Dlatego parafia ma być miejscem, gdzie człowiek uczy się słuchać Słowa, modlić się, rozumieć liturgię, rozeznawać swoje życie, brać odpowiedzialność za innych i odkrywać, że wiara nie jest dodatkiem do codzienności, ale sposobem przeżywania każdego dnia powszedniego i świątecznego. Najważniejsza zmiana jest więc głębsza niż nowy program. Chodzi o przejście od katechezy, która przygotowuje do wydarzenia, do katechezy, która rodzi ucznia i misjonarza. Od przekazania treści do wtajemniczenia w życie z Chrystusem. Bo parafia nie jest punktem usług religijnych. Jest wspólnotą, w której człowiek ma nauczyć się żyć Ewangelią na co dzień, a potem pragnąć nią się dzielić.
"To dorośli kształtują klimat wiary w domu"
Kiedy mówimy o katechezach, mamy na myśli najczęściej katechezy dla dzieci. Czy dorośli też potrzebują dziś katechez?
Paradoksalnie powiedziałbym, że to właśnie dorośli najbardziej dziś potrzebują katechezy. Dziecko może nauczyć się modlitwy czy prawd wiary, ale to dorosły musi odpowiedzieć sobie na trudniejsze pytanie: co z tym wszystkim zrobić w życiu, które naprawdę boli, komplikuje się i stawia wymagania? Jednak także i wtedy, kiedy wszystko idzie po naszej myśli, sprawy się układają, pojawiają się nowe perspektywy, ale i pokusy. Wiara dorosłego nie może być tylko pamiątką po I Komunii. Musi umieć przejść przez małżeństwo, rodzicielstwo, pracę, kryzys, chorobę, stratę, aż po własne umieranie. I właśnie tu potrzebna jest katecheza: nie jako kolejna lekcja, ale jako pomoc w odczytywaniu własnego życia w świetle Ewangelii.
Kościół od dawna przypomina, że katecheza dorosłych jest jedną z podstawowych jej form, bo to dorośli kształtują klimat wiary w domu. To rodzice są pierwszymi katechetami dzieci. Dlatego jeśli chcemy mieć dojrzałe chrześcijaństwo, nie możemy katechizować wyłącznie dzieci. Trzeba formować tych, którzy potem zwłaszcza swoim życiem pokazują dzieciom, jak Ewangelia działa teraz, w tej sekundzie.
Dzieci i młodzież często przychodzą na katechezy, ponieważ udział w nich jest warunkiem dopuszczenia do I Komunii św. i bierzmowania. Jak przekonać zabieganych dorosłych, że warto znaleźć czas pomiędzy pracą zawodową i obowiązkami domowymi, żeby przyjść w tygodniu do kościoła na katechezę?
Nikogo nie przekonamy kolejnym obowiązkiem. Dorosły ma ich wystarczająco dużo. Jeśli katecheza parafialna będzie jeszcze jednym punktem do odhaczenia między pracą, zakupami i odbieraniem dzieci, przegra z codziennością. Musi odpowiadać na pytania, które dorosły nosi: jak kochać, kiedy jest trudno, brzydko, byle jak? Dlatego nie chodzi tylko o to, żeby człowiek przyszedł do kościoła posłuchać o Bogu. Chodzi o stworzenie takiej przestrzeni, w której odkryje, że Bóg mówi o jego życiu i do jego życia.
Dobra katecheza dorosłych powinna łączyć Słowo Boże z doświadczeniem człowieka, dawać miejsce na pytania, rozmowę, modlitwę i wspólnotę. Nie wykład dla "grzecznych katolików", ale spotkanie, po którym człowiek wraca do domu trochę bardziej zintegrowany, pojednany z Bogiem, sobą i drugim człowiekiem. Chrystus nie mówił ludziom: znajdźcie dla Mnie jeszcze jedną godzinę w kalendarzu. Pokazywał im, że właśnie w ich zwyczajnym życiu Bóg jest bliżej, niż sądzili. I takiej katechezy potrzebują dziś dorośli: nie kolejnego ciężaru, ale światła, z którym łatwiej nieść to, co dźwigają. Jeśli najpierw przez katechezę ewangelizacyjną odkryją i doświadczą spotkania oraz nawiążą żywą relację z Jezusem, wtedy nie boję się o to, czy znajdą czas, by poznawać Go w jakimkolwiek czasie. To trochę tak jak z zakochanymi, kiedy wybuchnie między nimi uczucie, wszystko zrobią, by znajdować czas na spotkania.
"Bywa, że z ambony powstaje obraz Boga surowego, podejrzliwego"
Jakiego typu duchowości poszukują dziś ludzie? Co mocniej przemawia: nabożeństwa majowe czy modlitwa uwielbienia na stadionie?
Bp A.W.: Nie wybierałbym między różańcem pod kapliczką a uwielbieniem na stadionie, bo nie ma Kościoła "tych od różańca" i "tych od uwielbienia", i jeszcze tych „od liturgii tradycyjnej”. Jest jeden Kościół, w którym Duch Święty daje różne języki modlitwy, wrażliwości i różne drogi dojrzewania do tej samej relacji z Chrystusem. Właśnie dlatego nie lubię logiki oblężonej twierdzy: "nasza forma jest prawdziwsza", "tamci przesadzają", "my robimy to po katolicku". Katolickość jest przecież czymś dokładnie odwrotnym. Jest pojemnością serca. Umiejętnością rozpoznania dobra także w formie, która nie jest moją ulubioną.
Benedykt XVI wielokrotnie przypominał, że jedność Kościoła nie oznacza identyczności. Jan Paweł II kochał różaniec, a jednocześnie z ogromną otwartością patrzył na nowe wspólnoty i charyzmaty. To nie są dwa Kościoły. Dlatego warto się tymi formami dzielić. Kto modli się różańcem, może kiedyś pójść na uwielbienie. Kto kocha uwielbienie, może usiąść przy kapliczce na majowym. Nie po to, żeby zmienić "barwy klubowe", ale żeby zobaczyć, że Bóg jest większy niż mój własny sposób przeżywania wiary. A może największym cudem nie będzie nawet to, że ktoś pokocha nową formę modlitwy. Może cudem będzie, że po wszystkim przestaniemy mówić "oni" i "my", a zaczniemy mówić po prostu: "Kościół". Bo Duch Święty naprawdę nie potrzebuje naszej zgody, żeby działać i przy różańcu, i przy gitarze, i przy liturgii.
Mam wrażenie, że przez wiele lat głównym tematem większości homilii parafialnych był przekaz zasad moralnych, czyli: co katolikom wolno, a co nie. Czy dziś to wystarczy? Co będzie sednem katechez: przekaz moralnej nauki Kościoła czy budowanie żywej relacji z Chrystusem?
Czasem naprawdę boję się, co myśli Jezus, kiedy słucha naszych homilii. Czy rozpoznaje w nich siebie? Bo bywa, że z ambony powstaje obraz Boga surowego, podejrzliwego, stojącego z notesem i sprawdzającego, kto czego nie dopilnował. A potem otwieramy Ewangelię i spotykamy Chrystusa, który jest Barankiem: pokornym, miłosiernym na wskroś, bliskim grzesznikom, cierpliwym wobec pogubionych. Oczywiście mówi też: "nawróć się", stawia wymagania, nazywa zło złem. Ale najpierw patrzy na człowieka z miłością.
"Sednem katechezy nie może być ani sama moralność, ani sama emocja religijna"
I czasem mam ochotę zapytać: czy przypadkiem nie próbujemy Jezusa trochę poprawić, żeby był bardziej surowy, bardziej przewidywalny, bardziej podobny do nas? Problem nie polega na tym, że Kościół ma przestać mówić o moralności. Ewangelia bez wezwania do przemiany byłaby niepełna. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zamieniamy kolejność. Chrześcijaństwo nie zaczyna się od: "to ci wolno, tego nie wolno". Zaczyna się od: "Jesteś kochany. Chrystus oddał za ciebie życie. Przyjmij Ducha Świętego. Chodź za Jezusem". Dopiero z tej relacji rodzi się sposób życia.
Człowiek nie rezygnuje ze zła po to, żeby zasłużyć na Boga. Rezygnuje ze zła, ponieważ spotkał Boga i nie chce już żyć tak, jakby Go nie znał. Dlatego sednem katechezy nie może być ani sama moralność, ani sama emocja religijna. Sednem jest Chrystus. Jego poznanie, spotkanie z Nim, wejście w Jego sposób patrzenia na siebie, drugiego człowieka i świat. A wtedy przykazania przestają być płotem ustawionym wokół życia. Największym zadaniem katechezy jest dziś nie nauczyć człowieka najpierw, czego Bóg od niego chce, ale pozwolić mu odkryć, jaki Bóg naprawdę jest.
"Chrystus nie przyszedł po to, aby wygrywać polityczne debaty i polaryzować społeczeństwo"
Na portalu X napisał ksiądz biskup mocne słowa: "Porzućmy manię manipulowania Słowem Bożym i czynienia z niego oręża w sporach. Przestańmy lepić własną, politycznie skrojoną ewangelię". Czy zdaniem księdza biskupa mamy z tym w Polsce problem?
]Tak, mamy z tym problem. Czasem bierzemy Ewangelię do ręki nie po to, żeby ona nawróciła nas, ale żeby potwierdziła, że to my mamy rację. Wtedy Słowo Boże przestaje być lustrem, a staje się amunicją. Ewangelia jest pełna wolności i nie da się jej zamknąć po jednej stronie politycznego sporu. Upomni się o życie, rodzinę i prawdę, ale także o ubogiego, obcego, skrzywdzonego i odrzuconego. Jeśli zawsze zgadza się z moim obozem, a nigdy mnie nie uwiera, to być może nie słucham już Chrystusa. Słucham własnego ego i jego echa.
Kościół ma prawo mówić o sprawach publicznych. Ale czym innym jest oświetlać politykę Ewangelią, a czym innym przykrawać Ewangelię do polityki. I tej różnicy trzeba dziś pilnować bardzo mocno. Kiedy bowiem zamieniamy wiarę w ideologię, natychmiast tracimy z oczu konkretnego człowieka, a w jego miejsce wstawiamy przeciwnika, którego trzeba za wszelką cenę pokonać odpowiednio dobranym cytatem z Pisma Świętego. Tymczasem Chrystus nie przyszedł po to, aby wygrywać polityczne debaty i polaryzować społeczeństwo, lecz aby szukać tego, co zginęło – a nasza Eucharystia traci swój głęboko jednoczący sens, jeśli prosto od ołtarza idziemy na mentalne barykady, by bezwzględnie zwalczać tych, którzy myślą inaczej.
Ponadto, sprowadzając Dobrą Nowinę do roli partyjnego manifestu, dramatycznie i na własne życzenie osłabiamy nasz potencjał ewangelizacyjny, na co ze szczególną, krytyczną wrażliwością reagują dziś ludzie młodzi. Mają oni absolutnie bezbłędny radar na duszpasterską hipokryzję i natychmiast odrzucą religię będącą jedynie narzędziem społecznej mobilizacji, chociaż – jestem o tym z częstych spotkań z nimi głęboko przekonany – w głębi serca wciąż pozostają niesamowicie głodni autentycznego, niefiltrowanego przez żadną partię, kochającego Jezusa.
Kiedy katechezy w nowej odsłonie rozpoczną się w parafiach?
Formalnie jeszcze czekamy na zatwierdzenie wytycznych podczas październikowych obrad Konferencji Episkopatu Polski, ale już od września br. zaczyna się szersze wdrażanie nowych założeń w parafiach. Nie będzie jednego dnia "startu". To proces. Zależy nam przede wszystkim na tym, aby w ramach tego trwającego już procesu przejść od szkolnego przekazywania suchej wiedzy do tworzenia przestrzeni pogłębionego spotkania z żywym Bogiem i drugim człowiekiem. Taka głęboka zmiana duszpasterskiej mentalności wymaga od nas wszystkich ogromnej cierpliwości, duszpasterskiej wrażliwości i wzajemnego słuchania, ponieważ prawdziwego nawrócenia pastoralnego nie da się przecież zadekretować zza biurka jednym urzędowym pismem. Zamiast więc narzucać sztywne ramy, chcemy mądrze i z miłością towarzyszyć każdej wspólnocie w jej własnym tempie dojrzewania, by nasze parafie stawały się żywymi, otwartymi domami, w których młodzi ludzie oraz dorośli nie będą tylko anonimowymi słuchaczami, lecz zaproszonymi do współtworzenia Kościoła.
Marta Kawczyńska – dziennikarka Dziennik.pl. Ukończyła Filologię Polską na Uniwersytecie Warszawskim ze specjalizacją animacja kultury, jest też psychoterapeutką tańcem i ruchem (DMT). Pracowała m.in. w Gazecie Stołecznej, Super Expressie, TVP. Jest autorką książki "Alopecjanki. Historie łysych kobiet" oraz współautorką poradników "#Nastolatka". Specjalizuje się w tematyce show-biznesowej oraz społecznej. W Dziennik.pl zajmuje się działem życie gwiazd, nostalgia, kultura. Prowadzi podcasty "Kawka z…" i "Dziennik Kryminalny" emitowane na kanale DGP Infor na Youtubie.
