Może nie żal, a poczucie zawodu. Ja sam byłem kiedyś dziennikarzem i miałem przez lata towarzyskie związki z bardzo mainstreamowymi kręgami dziennikarskimi. Z
ludźmi o mocno liberalnych poglądach. Dzieliły nas opinie na temat lustracji czy Europy, ale wydawało mi się, że oni chcą być sami przed sobą jakoś tam uczciwi. Szokiem był dla mnie
moment, gdy pewien dziennikarz "Gazety Wyborczej" zadzwonił wieczorem do Adama Bielana, powiedzieć mu o seksaferze. Byl bardzo podekscytowany: mamy newsa, który obali rząd
Kaczyńskiego! Zrozumiałem, że znaczna część ludzi, których lubiłem, jest na takich pozycjach.
Mnie nie chodzi o polemikę. Gdybym zgłaszał o to pretensje, ktoś mógłby wręcz odpowiedzieć: chłopaki, a gdzie są ci publicyści, którzy was popierają? Jeśli jest ich mniej, to może
wasza wina? Ale mam wrażenie, że część dziennikarzy - tak publicystów, jak i niestety ludzi od informacji, uznała, że ich powinnością jest obalenie rządu Kaczyńskiego. I że trzeba do
tego celu użyć wszelkich środków, na przykład naginać informacje.
Premier Kaczyński nie jedzie na szczyt do Davos. Media elektroniczne, w mniejszym stopniu też gazety, huczą, przepytują polityków, robią z tego sprawę. W rok później do Davos nie jedzie
premier Tusk. Minister Sikorski tłumaczy, że do Davos nie ma po co jeździć. I media to z pokorą przyjmują, sprawy nie ma. A Tomasz Lis w swojej najnowszej książce nadal gromi Kaczyńskiego,
że do Davos nie pojechał. Nie zauważa ani nieobecności Tuska, ani tłumaczenia Sikorskiego.
Nie tylko. Niech pan sobie przypomni sam początek rządu Marcinkiewicza, wtedy jeszcze nie ulubieńca mediów. W "Wyborczej" pojawia się tekst bijący na alarm:
"Marcinkiewicz pozdrawia Haidera". Następnego dnia okazuje się, że nie Marcinkiewicz, tylko eurodeputowany Konrad Szymański, i nie pozdrowił, tylko odmówił wizyty.
Najbardziej kuriozalne było zakończenie. Gazeta przyznała: zgoda, myśmy się pomylili, ale jaka musi być w Polsce atmosfera, skoro w to uwierzyliśmy.
Zgoda, ale jak? Fundamentalnym przykładem manipulacji jest rzekoma afera Beger i Lipińskiego. TVN nie pokazał przestępstwa. Pokazał niemiłe, ale typowe dla demokracji kaptowanie poparcia dla
rządu. To nie przeszkadzało wszystkim mówić o "aferze".
Bo my cały czas mówimy bardziej o kontekście niż o faktach. Ja nie twierdzę, że dziennikarze wymyślają fakty. To się zdarza rzadko - jak w tym przykładzie z pozdrawianiem Haidera. Rozmowy
Beger z Lipińskim to przykład politycznego folkloru. Ale tak ich nie potraktowano. Wokół tej historii wytworzono legendę. Doskonale pan wie, że media mogą całkiem zmienić sens historii
poprzez kontekst. Poprzez miejsce danej informacji, niekończące się debaty na jej temat. Równie dobrze wyobrażam sobie po ujawnieniu historii z instrukcjami dla posłów PO debatę o tym, że
rząd Tuska za pieniądze publiczne manipuluje swoim klubem, by zwalczać prezydenta. Takiej debaty nie było. A "afera Beger" poruszała społeczną wyobraźnię przez wiele dni.
Bo była historią niekorzystną dla PiS.
Ze szczegółowych badań wynikało, że ludzie nie przyjmowali do wiadomości nawet tego, że za rządów PiS poprawiała się sytuacja ekonomiczna. Można by o to winić nas, spin doktorów, że
nie potrafiliśmy informować. A ja odpowiem, że "choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów", to nie podołaliby. Media wykreowały nieistniejącą
rzeczywistość. Dowolną informację można przedstawić na sto różnych sposobów: łagodniej lub ostrzej.
Grzechy rządu Millera były nieporównywalne z polityką rządu Kaczyńskiego. PiS ścigało własnych urzędników. Miller - krył afery wbrew naciskowi mediów.
Za rządów AWS czy SLD dziennikarze przyjmowali zasadę: my jesteśmy od patrzenia władzy na ręce. Ale powinni być konsekwentni. Nie jak w tej anegdocie, w której prezes TVN Piotr Walter zebrał
swoich dziennikarzy po wyborach przegranych przez PiS i zapowiedział, że do tej pory zajmowaliśmy się władzą, teraz zajmiemy się opozycją. To Robert Mazurek jako jedyny przypomniał w
DZIENNIKU, że partia rządząca za pośrednictwem władz Warszawy przekazała ostatnio ITI, koncernowi posiadającemu TVN, kilkaset milionów na stadion Legii. Gdyby to zrobiło PiS - jakiż byłby
skandal. Jak się krzyczało, że Rydzyk dostał za naszych rządów 18 milionów z funduszy europejskich...
Ale czy organizuje się na ten temat przez wiele dni debaty? Czy Monika Olejnik pyta o to codziennie kolejnych polityków? Nie, woli w Radiu Zet prowadzić niekończące się dyskusje o PiS, choć my
nie rządzimy od roku.
Tylko że tamte gazety miały wyraźną identyfikację partyjną...
Te gazety były jednak ideowo łatwo rozpoznawalne. A dziś? "Krytyka Polityczna" czy "Gazeta Polska" nie ukrywają swoich ideowych zaangażowań. Ale główne
media twierdzą, że przede wszystkim informują, i to bezstronnie. Pan mi mówi, że gdzieś się pojawiły głosy krytyki wobec PO. No pewnie, to nie jest Rosja Stalina. Ale kiedy Donald Tusk
zapowiedział wprowadzenie euro w 2011 r., od razu było widać, że coś jest nie w porządku. Na przykład to, że minister finansów nic o tym nie wiedział. Ale w takich sytuacjach dziennikarze
patrzą rządowi na ręce bardzo pobieżnie albo wcale.
To trzeba powiedzieć, że jest się dziennikarzem w jakimś celu. Nie w celu informowania, tylko uprawiania propagandy.
Nie byli jednak propagandzistami służącymi jednej sile politycznej. Dziennikarze rozumują dziś w taki oto sposób: Kaczyński wkłada tenisówki, to my jesteśmy przeciw tenisówkom. Kaczyński
wkłada adidasy, my natychmiast jesteśmy przeciw adidasom.
Używa pan argumentu: a u was biją Murzynów. To charakterystyczne dla takich dziennikarzy jak pan.
Pan uchodził zawsze za dziennikarza konserwatywnego, prolustracyjnego. W latach 90. często stawał pan w poprzek mainstreamowi. Mam wrażenie, że na wyrost szuka pan zawsze wad u Kaczyńskiego i w
PiS. Nawet gdy zasadnicza treść pana wywodu świadczy o czymś przeciwnym. Jest pan ofiarą środowiskowego terroru.
Dyktat ideologiczny jednej opcji był może większy. Ale świat wyglądał inaczej. Mediów, które mogły kreować rzeczywistość, było niewiele. A i one kreowały rzeczywistość bardziej
nieśmiało. Nie było czegoś, co nazywamy infotaimentem. Ja powtarzam swoim kolegom z PiS, że na media nie ma się co obrażać. Ale rozumiem, jak trudno im się poruszać w świecie, w którym
informacja jest częścią przemysłu rozrywkowego. A poza tym weszły na rynek pokolenia, które mają do mediów stosunek bezkrytyczny. I pan, i ja byliśmy bardziej odporni - ze względu na
doświadczenia komunizmu.
A nie pamięta pan wspólnych imprez, na których bywali Andrzej Morozowski czy Edward Krzemień, a z drugiej strony Piotr Semka?
Byłem reporterem radiowym za rządu Pawlaka. I skłamałbym, gdybym nie powiedział: wszyscy poza jednym dziennikarzem telewizyjnej "Panoramy" byliśmy przeciw temu rządowi. Ale
nie przypominam sobie atmosfery medialnego linczu, który czułem na własnej skórze za rządu Kaczyńskiego. Kiedy stałem przed tłumem reporterów i czułem ich nienawiść. Pawlak tego nie
doznawał.
Pamiętam swoje uczucia, bo to ja mu podstawiałem radiowe sitko. Ja i moi ówcześni koledzy dziennikarze nie chcieliśmy obalać rządu Pawlaka.
Zawsze można powiedzieć, porównując to do zarzutów wobec PiS, że jak kobieta poszła do parku w minispódniczce, to jest współodpowiedzialna za gwałt.
Dla mnie metafora ze zgwałconą kobietą bardziej pasuje do tej sytuacji. Choć nie mówię, że nie zdarzały nam się błędy.
Nie było nigdy takiego założenia. Jarosław Kaczyński ma prawo czuć się pokrzywdzony, bo jego wizerunek został gruntownie zafałszowany. Przedstawia się go jako człowieka żądnego władzy.
A on tę władzę oddał - w imię zasad.
Czytałem wspomnienia rosyjskiego polityka nacjonalistycznego Szulgina. On przed pierwszą wojną światową kandydował do Dumy na Kijowszczyznie. Na czym polegała jego kampania? Jeździł po
dworach. Siedział w każdym po pół dnia i gadał o polityce. Był on, gospodarze i książki, które przeczytali. W takim świecie czułbym się najlepiej. Ale tego świata nie ma.
Z Palikotem - nie. Ale to infotaiment dyktuje zasady, a nie ja. Ja się dostosowuję.
Wolałbym być Szulginem. A jestem Michałem Kamińskim. I dostaję boisko jak piłkarz. Mogę oceniać stan murawy, ale nie kształt boiska.
W każdym kraju dziennikarze mają predyleksję do ugrupowań lewicowo-liberalnych...
Znam media amerykańskie, brytyjskie, niemieckie, i widzę jednak różnicę. Nieprzychylne nastawienie wobec takich polityków jak liderzy PiS to raczej reguła. Ale tamtejsze media są mniej
zaangażowane politycznie. Nie manipulują tak mocno informacją. Informacja jest staranniej oddzielana od komentarza. Nie wyobrażam sobie, żeby gazeta amerykańska po takiej wpadce jak ta z
pozdrowieniami dla Haidera obracała te wpadkę na własną korzyść.
Z powodu poglądów. Także statusu materialnego. Trudno, żeby czołowi dziennikarze byli przeciw podatkowi liniowemu, skoro poziom ich dochodów jest dużo wyższy od przeciętnej. Każdy ma prawo
do egoizmu, choć zachwytu to we mnie nie budzi.
Nie wierzę, aby zachodnie koncerny inwestowały w polskie media tylko z powodów ekonomicznych.
Pan jako dziennikarz żąda ode mnie ujawnienia deklaracji majątkowej i dziesiątków innych informacji o moim życiu: gdzie pracuje moja żona, skąd brałem pieniądze na kampanię, czy nie ma
konfliktu interesów. Nie widzę w tym niczego złego. Mam przecież wpływ na rzeczywistość, na decyzje. Dziennikarze, media - są czwartą władzą, są częścią sfery publicznej.
Społeczeństwo ma prawo wiedzieć.
Nie wydobędzie pan ze mnie peanów na cześć kapitału niemieckiego. Z jakiegoś powodu sami Niemcy oburzyli się, gdy drugorzędny berliński dziennik miał przejść w ręce obcego kapitału.
PiS nie kwestionuje obecności obcego kapitału w mediach. Ale tak jak nasza przeszłość jest prześwietlana, ujawniana, tak my mamy prawo ujawniać.
Tak samo rozsądne, jak wiele zarzutów, które pojawiają się w wywiadach z nami. Zapytam pana, czy to jest problem, że pan Walter wziął od obecnej władzy 500 mln zł?
To ja się pana o to pytam jako dziennikarza. Czy warto się przyglądać, w jaki sposób ta telewizja przedstawia polityczną rzeczywistość?
Na podobnej zasadzie politycy mogliby być biznesmenami, a nakłada się na nich ograniczenia. Twierdzenie, że Piotr Walter czy Zygmunt Solorz nie prowadzą własnej polityki, jest grubą
naiwnością. Moim zdaniem po takiej decyzji na rzecz ITI ten koncern powinien szczególnie starannie przekonywać nas, ze TVN nie pokazuje polityki stronniczo - na rzecz Platformy. Można sobie
przecież wyobrazić, że powiedzą: wprawdzie zarabiamy dzięki PO, ale naszym jedynym zadaniem jest rzetelnie informować. (śmiech)
Ja dostałem dyspensę jako urzędnik prezydenta, więc ciężko mi się wypowiadać. Uważam, że PiS miało prawo czuć się traktowane przez TVN gorzej niż inne partie. Ale ja mam wrażenie, że
ostatnio TVN 24 mocno traci...
Nie ma starcia, konfliktu, a tym karmi się każda debata polityczna. Kubły wazeliny dla PO są nudne nawet dla zwolenników obecnego rządu.
Na to pytanie nie odpowiem.
Mnie nic naprawdę strasznego nie spotkało. Na paru bliskich osobach się zawiodłem, to wszystko. Ale skarżyć się nie mogę. Może nawet ze względu na dawne znajomości czasem bywam traktowany
ulgowo.
Nie mnie to oceniać.
O konkretnych zawsze.
*Michał Kamiński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP