Na złym finansowaniu. Zilustruję to w prosty sposób: moja poradnia przy szpitalu w Katowicach jest jednostką przynoszącą straty. Kontrakt z Narodowym Funduszem
Zdrowia podpisano na tak niską kwotę, że żeby się zwróciło, każdemu pacjentowi powinnam poświęcić sześć minut! Bo w Polsce płaci się poradniom i szpitalom za ilość przyjętych
pacjentów, a nie za jakość leczenia. Wyobraża pan sobie? Sześć minut, by ocenić, co kogo i jak boli. Ja obliczam, że aby udzielić choremu fachowej pomocy, potrzebuję przynajmniej godzinę.
Zresztą nawet przyjęcie pacjenta nie gwarantuje, że mu pomogę. Jeszcze musi go być stać na leki.
Tak się akurat składa, że te przeciwbólowe nie zawsze. Lek, którego jedynym przeznaczeniem jest uśmierzenie bólu, to dla NFZ i dla państwa świetne miejsce do oszczędzania. Szczególnie
oszczędza się na lekach wykorzystywanych do zwalczania ciężkiego bólu neuropatycznego. Oczywiście, to pozorna oszczędność, bo pacjent, który nie odczuwa bólu, szybciej wraca do pracy ze
zwolnienia i przynosi mniejsze straty. W Polsce tymczasem z powodu przewlekłego bólu pacjenci często są inwalidami i przechodzą na rentę. Cała sytuacja z nierefundowaniem części leków
prowadzi do absurdu: pacjentom przepisuje się często środki dostępne na stacjach benzynowych, takie za kilka złotych.
To proszę się postawić w sytuacji lekarza. Terapia najnowocześniejszymi preparatami kosztuje kilkaset złotych miesięcznie. Tymi starszymi, gorzej działającymi, nawet kilka razy mniej. Po co
więc przepisywać drogie leki, których pacjent i tak nie wykupi. Na lekach się oszczędza i wreszcie czas, by ktoś to powiedział! A oszczędzanie prowadzi do kolejnego absurdu: leczenie słabymi
lekami prowadzi do uszkodzeń w jelitach i wątrobie. Wtedy sprawa może wymagać operacji, a to już koszty tysięcy złotych. W skrajnych sytuacjach chory zostaje inwalidą i musi przejść na
rentę. Oczywiście za pieniądze z budżetu, więc tylko pogratulować sposobu na oszczędzanie kosztem pacjentów.
Tak. Tylko system ich do tego zniechęca. Jeszcze raz mówię: po co się wysilać? Po co pisać cztery recepty na leki, których pacjent i tak nie wykupi, bo są nierefundowane. Wybiera się więc
jeden lek, wypisuje receptę albo w ogóle się nie wypisuje, tylko wysyła pacjenta do kiosku albo na stację benzynową. Ja mogę powiedzieć tylko jedno: sama nie mogę pojąć, dlaczego na rynku
są leki, a pacjent musi cierpieć.
Moje zdanie: w Polsce poradni, które odpowiednio potrafią zająć się cierpiącym pacjentem, jest zaledwie kilkadziesiąt na prawie tysiąc działających. Naprawdę dobrych specjalistów w tej
dziedzinie jest mniej niż setka. Leczeniem bólu zajmują się nie tylko anestezjolodzy, ale również lekarze innych specjalizacji. Cierpiących pacjentów mają również neurolodzy, reumatolodzy
czy ortopedzi. Niestety, często u ich pacjentów ból nie jest leczony zgodnie ze współczesną wiedzą.
Jak to wygląda w rozwiniętych krajach? Pacjent przychodzi do lekarza rodzinnego i mówi, że ma bóle. Lekarz diagnozuje np. chorobę zwyrodnieniową, która powoduje ból. Co robi w takiej
sytuacji? Powinien również zająć się chorobą bólową. Musi ocenić rodzaj bólu, jego natężenie za pomocą odpowiedniej skali. Znając jego parametry, dostosowuje terapię. Pacjent musi
mieć pewność, że lekarz się nim kompleksowo zajmie i zastosuje najlepsze możliwe leczenie. Ale lekarz też musi mieć do tego warunki. To rządzący powinni zrozumieć, że na leczeniu bólu
nie można oszczędzać i ograniczać do sześciominutowej wizyty. To się po prostu nie opłaca.
*Jawiga Pyszkowska jest konsultantem w dziedzinie medycyny paliatywnej i sekretarzem w zarządzie Towarzystwa Badania Bólu