Grunt jest grząski, po rozmowach z Romanem Graczykiem, Jerzym Sosnowskim, Tomaszem Jastrunem i Michałem Cichym wiadomo, że inteligenckie spowiedzi traktowane są jako środowiskowe zdrady, a nam, "Europie", przypisywane są jedynie niskie intencje. Teraz podobnej reakcji spodziewać się możemy z prawej strony. Bierzemy się bowiem za sprawę dla zrozumienia polskiej prawicy absolutnie podstawową - za jej obłudę. Główną figurą na polskiej prawicy stał się bowiem Świętoszek, dwulicowy człowiek rozpięty między oficjalną moralistyczną ostentacją a wewnętrznym cynizmem. Oczywiście nie każdy na prawicy był świętoszkiem, jednak ten typ ludzki zdominował tę formację i stał się powodem jej moralnego rozkładu.

Reklama

Miałbym prośbę do młodych konserwatywnych publicystów, aby zanim rzucą w nas kamieniem, przeczytali kilka najbliższych numerów z poczuciem, że opowiadamy o ludziach, którzy kiedyś myśleli i czuli podobnie jak oni dziś. Zmienili zdanie dopiero wtedy, gdy zobaczyli, jak niemądrze i cynicznie te poglądy były w Polsce wykorzystywane.

Natomiast zarówno do prawicy, jak i lewicy adresowana jest debata między Paolo Floresem d’Arcais a Jürgenem Habermasem, którą dziś publikujemy. Dwóch twardych lewicowców spiera się o to, czy oświecenie potrzebuje Boga. Włoch Flores to postać barwna, ekskomunista, buntownik z 1968 roku, lewicowiec refleksyjny, zdolny do krytyki własnej formacji. Do tego filozof, redaktor pisma "MikroMega" i wręcz modelowy ateista. Boi się dominacji religii, a jego rozum obraża to, że w ogóle można wierzyć w Boga. Z drugiej zaś strony religia budzi w nim perwersyjny podziw, bo stale spotyka tęgie umysły, które świadomie wybierają wiarę. I z tymi umysłami Flores się zmaga. Wielokrotnie urządzał dyskusje w stylu Dostojewskiego - siadają Iwan i Alosza Karamazow i rozmawiają o tym, czy jest Bóg, czy go nie ma. Najsławniejsza z tych dysput odbyła się w 2000 roku, kiedy przeciwnikiem Floresa był sam Joseph Ratzinger.

Habermas ma w swoim życiu podobny epizod, cztery lata później on także usiadł za jednym stołem z Ratzingerem. Jednak ta sławna debata nie była już sporem, obie strony raczej podpisywały traktat pokojowy. Czołowy filozof europejskiej lewicy oraz główny strażnik katolickiej doktryny wspólnie szukali argumentów na rzecz tezy, że nie ma konfliktu między oświeceniem i religią. To był kolejny krok w ewolucji myśli Habermasa, który dziś stwierdza dobitnie, że oświecenie nie tylko powstało na gruncie religijnej tradycji, ale nadal jej potrzebuje. Nowe pozycje zajęte przez Habermasa to już nie jest tolerancja wobec religii, ale jej afirmacja. Skręt Habermasa jest dla lewicy szokujący, bo ten rzuca wyzwanie swemu własnemu obozowi. Niemiecki filozof twierdzi na przykład, że los ludzi wierzących w liberalnej demokracji nie jest tak komfortowy, jak się wcześniej wydawało. Zauważano dotąd jedynie opresje ze strony religii, a istnieje przecież liberalna opresja skierowana przeciw niej. Habermas konkluduje więc, że neutralne instytucje muszą dać poczucie zadomowienia ludziom wierzącym.

Krytyka ze strony Floresa pokazuje, że skręt, jakiego dokonuje Habermas, nadal budzi na lewicy wielkie emocje. Flores uważa, że Habermas wszedł w ślepą uliczkę, gdzie za chwilę zderzy się z religijnym fundamentalizmem, który nie zna pojęcia kompromis.

Reklama

Warto przełożyć tezy tej dyskusji na kontekst polski. Mamy dwóch lewicowców, którzy spierają się o to, czy demokracja i świecki rozum mogą skorzystać na katolicyzmie. Jeden mówi, że nie, bo polscy biskupi albo publicyści spod znaku "Frondy" i "Christianitas" zawsze pozostaną wrogami liberalnej demokracji. Drugi odpowiada, że dziś owszem trudno się dogadać z arcybiskupem Michalikiem albo Mielcarkiem lub Terlikowskim, ale gdyby się udało, układ byłby wzajemnie korzystny. Katolicy muszą się nauczyć tłumaczyć swoje racje moralne na język świecki, ale dzięki temu ich wpływ stanie się większy. Mało tego, lewica i liberałowie powinni im pomóc w dokonywaniu tego przekładu. Po pierwsze, bo wszyscy mają się dobrze czuć w liberalnej demokracji, dyskomfort Mielcarka i Terlikowskiego nie jest ich osobistą sprawą, ale defektem systemu. Po wtóre, bo liberalna demokracja ich potrzebuje, mają oni moralną wrażliwość na wiele spraw, na które lewica jest ślepa. Po trzecie, bo są sojusznikiem w zmaganiu się ze słabością we własnym obozie: z coraz bardziej trywialnym spojrzeniem na świat. Bez Boga świat miał się stać głębszy, bardziej ludzki, a jest tymczasem odczarowanym przez naukę i technikę miejscem konsumpcji. Ów głód głębszych sensów na masową skalę produkuje dziś już tylko religia, dlatego trzeba z nią się dogadać.

Robert Krasowski