Dane porównują luty 2009 roku z lutym roku 2008 i dotyczą wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw. Przeciętna pensja wynosi 3195 złotych i 56 groszy, o 5,1 proc. więcej niż 12 miesięcy temu. To jednak tylko i wyłącznie efekt ubiegłorocznych podwyżek. Sam wzrost jest przy tym najmniejszy od ponad dwóch lat.

Reklama

>>>Kurczą się majątki rekinów giełdowych

"Jest to bardzo znaczący spadek" - mówi ekspert Konfederacji Pracodawców Polskich "Lewiatan" Jeremi Mordasewicz. "Oznacza to, że przedsiębiorcy bardzo ostrożnie podchodzą do wynagrodzeń, mniejsza jest też presja ze strony pracowników, dla których coraz bardziej liczy się utrzymanie pracy niż podwyżka" - dodaje.

>>>Kryzys dotknął już połowę Polaków

Jeszcze kilka miesięcy temu płacowy zastój wydawał się nierealny. Kiedy pod koniec 2007 roku przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw przekroczyła 3 tysiące złotych, wydawało się, że może być tylko lepiej. Pracownicy firm dostawali kolejne podwyżki: 20-proc., jakie np. wynegocjowali pracownicy Zakładów Azotowych Puławy czy ponad 10-procentowe podwyżki w Orlenie nie były niczym nadzwyczajnym. I rzeczywiście przez kolejne miesiące wzrost wynagrodzeń sięgał około 12 procent.

Tąpnięcie nastąpiło pod koniec ubiegłego roku, kiedy dynamika ta zaczęła hamować. Jeszcze w styczniu 2009 roku mieliśmy ponad 8-procentowy wzrost płac w stosunku do roku poprzedniego. Już wtedy zauważono jednak, że firmy wprowadzają cięcia, a część z nich zaczyna oszczędzać na kosztach załogi.

Reklama

>>>Kulczyk: Na kryzys najlepsze są zakupy

Tak stało się na przykład w jednej z dużych firm meblarskich Black Red White, zatrudniającej około 11 tysięcy osób. "Wraz z pracownikami przygotowaliśmy plan na czas kryzysu, który obowiązuje od początku roku. Nie zwalnialiśmy pracowników, ale ograniczyliśmy wymiar pracy" - mówi prezes zarządu firmy Stanisław Bosak. "Zatrudniony pracuje w niepełnym tygodniowym wymiarze pracy. Z takiego układu pracownik otrzymuje średnio 80 procent wynagrodzenia" - dodaje.

W prawie każdej wielkiej firmie nie ma mowy o podwyżkach. Skąd więc utrzymujący się wzrost wynagrodzeń?

Zdaniem ekspertów są to jeszcze efekty zawieranych w ubiegłym roku porozumień i powolnego rozszerzania się kryzysu. Drugim powodem są pensje pracowników sektora publicznego, którzy mają ustawowo zagwarantowany wzrost płac. "W sektorze budżetowym bez względu na to, jaka jest sytuacja gospodarcza, płace rosną, wypłacane są np. trzynastki i to one odpowiadają za 5-procentowy wzrost" - mówi Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha.

Prognozy na ten rok są - zdaniem większości ekspertów - mizerne. Gospodarka działa jak rozpędzona maszyna, potrzebuje więc trochę czasu, aby wyhamować, dlatego efekty będą widoczne dopiero po kilku miesiącach.

"Wszystko wskazuje na to, że pensje wyhamują jeszcze bardziej" - mówi ekonomista Bohdan Wyżnikiewicz z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. "Będzie bardzo dobrze, jeśli ten wzrost nie spadnie poniżej inflacji, czyli w okolicach 2-3 procent" - mówi z kolei Mordasewicz.

Żaden z naszych rozmówców nie był w stanie przewidzieć, kiedy nastąpi to, co większość Polaków interesuje najbardziej - powrót epoki podwyżek.