Oczywiście z powodu światowego kryzysu gospodarczego (śmiech).
Z pewnością mniejsze, niż prognozowaliśmy na ten rok. Wprawdzie w porównaniu z innymi moja branża w związku ze złą koniunkturą ponosi stosunkowo najmniejsze straty, ale gospodarka to system
naczyń połączonych. Jeśli jakiś przedsiębiorca musi zaciskać pasa, to automatycznie kupuje mniej naszych produktów. Kryzys w mniejszym lub większym stopniu odbija się więc na wszystkich.
Można więc uznać, że moje działania, mam na myśli zwolnienia, mają charakter profilaktyczny.
Nie, ja w ten sposób maksymalizuję zysk. Wiem, że może to zabrzmieć cynicznie, ale firma to nie jest organizacja charytatywna i kółko wzajemnej adoracji. Firma ma przynosić pieniądze.
Oczywiście mogłem - jak to robi wielu innych przedsiębiorców - obniżyć wszystkim wynagrodzenia. Wiem, że ludzie by się na to zgodzili, bo bardzo zależy im na utrzymaniu pracy. Ale ja,
korzystając z kryzysu, postanowiłem pozbyć się tych pracowników, do których miałem zastrzeżenia. Wolę mieć w firmie zadowolonych pracowników, którzy będą nadal nieźle zarabiali i
docenią, że uznałem ich za potrzebnych.
Niekoniecznie. Kryzys stał się dobrym momentem, aby wprowadzić pewne zmiany w organizacji pracy, z którymi nosiłem się od dłuższego czasu. Wszystko złe, co mówi się o polskiej wydajności
pracy, to prawda. W porównaniu z krajami Europy Zachodniej Polacy pracują dłużej, ale są znacznie mniej efektywni. A klimat paniki na rynku, który w dużym stopniu jest zresztą wywoływany
przez media straszące kryzysem, bardzo sprzyja zmianom.
Bo ludzie panicznie boją się o swoje miejsca pracy. Wiedzą, że teraz nikt nie czeka na nich z otwartymi rękoma, dlatego zgodzą się na różne zmiany, np. żeby pracować dłużej. Jeszcze rok
temu było nie do pomyślenia, żebym mógł obciąć premię czy kogoś zwolnić. Od razu wśród pracowników zacząłby się ferment, a być może niektórzy zaczęliby wręcz szukać innego
miejsca pracy albo mniej przykładać się do swoich obowiązków.
Dobre zarządzanie firmą oczywiście polega na budowaniu lojalności podwładnych, ale nie mam złudzeń, że gdyby rok temu któremuś z nich zaproponowano większe pieniądze, odszedłby bez
mrugnięcia okiem. I nie miałbym do niego żalu, bo „business is business”. Nikt jakoś nie roztkliwia się nad pracodawcą, któremu ktoś podkupił pracownika albo wręcz
kilku, więc nie może zrealizować jakiegoś kontraktu albo musi szukać na gwałt zastępstwa. Wszyscy wtedy sobie myślą: dobrze ten Kowalski zrobił, w nowej pracy będzie mu lepiej, jego
rodzinę będzie stać na więcej, kupi sobie lepsze auto. Ale bardzo chętnie wszyscy wieszają psy na złym szefie wyzyskiwaczu.
Nie czuję się z tego powodu winny. Uważam wręcz, że postępuję humanitarnie, bo taki zwolniony pracownik będzie mógł powiedzieć rodzinie i bliskim, że zwolniono go przez kryzys, a nie
dlatego, że marnie pracował. Myślę, że on naprawdę dzięki temu będzie się lepiej czuł i łatwiej to wszystko zniesie.
Zupełnie inaczej, niż wynika z mitycznych opowieści o dużych firmach. Słyszałem nawet o wręczaniu wypowiedzenia w obecności ochroniarzy, którzy od razu pomagają delikwentowi spakować się
i konfiskują mu komputer, zabierają karty dostępu. Wszystko oczywiście z zaskoczenia. To są jakieś bzdury. W szanującej się firmie, której zależy na dobrym wizerunku, zwolnienia odbywają
się z zachowaniem wszelkich cywilizowanych standardów.
Ja zacząłem od spotkania z pracownikami i wytłumaczyłem im, że niestety kryzys zmusza nas do redukcji zatrudnienia. Zapewniłem wszystkich, że jestem dumny z zespołu, który stworzyliśmy, ale
zwolnienia to niestety smutna konieczność. Potem zaprosiłem do siebie szefów poszczególnych działów i wyjaśniłem im, ile osób zwalniamy i kogo ja wytypowałem. Oczywiście nie wybierałem
ludzi pochopnie, ale na podstawie dość długiej analizy ich pracy i przydatności w przedsiębiorstwie. Szefom działów dałem też możliwość współdecydowania o tym, z kim chcą się
pożegnać. W ten sposób powstała ostateczna lista osób, których się pozbędziemy. Zwalnianym informację przekazywali bezpośredni przełożeni. Oczywiście wszyscy dostali odprawę.
Rozstawaliśmy się kulturalnie, w przyjacielskiej atmosferze. Raz byłem nawet na imprezie pożegnalnej takiej osoby.
Oficjalnie nikt. Nie dotarły do mnie też żadne plotki. Bo kryzys to idealne słowo wytrych. Ludzie po prostu przestali się zastanawiać, czy naprawdę dotyka ich kryzys. Oni uznali to za
pewnik.
To chyba oczywiste, nie jestem samobójcą. Z pewnością wiele osób by mnie potępiło, a moja wiarygodność z pewnością doznałaby uszczerbku.
*Tomasz ma 44 lata, jest dyrektorem zarządzającym dużej firmy z branży FMCG, czyli produktów łatwozbywalnych