Dziennik Gazeta Prawana logo

Strażak mówi, jak łapał żywe pochodnie

14 kwietnia 2009, 20:57
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
"Podejmowaliśmy decyzje, kogo ratować najpierw, a kto, jeszcze stojąc w oknie, może poczekać. Nie chciałbym jeszcze raz stanąć przed takim wyborem" - mówi DZIENNIKOWI młodszy aspirant Przemysław Zbroński. Był jednym z pierwszych strażaków, którzy ratowali ludzi z pożaru w Kamieniu Pomorskim.


*: Nie. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego, a służę już 10 lat. Nie gasiłem jeszcze budynku, w którym w chwili pojawienia się ognia było tyle osób. To, co zobaczyłem, gdy dojechaliśmy przed hotel, cały czas stoi mi przed oczami. To był istny dramat. Gdy tylko zobaczyłem pożar, od razu wiedziałem, że nie ma sensu walczyć z ogniem, tylko trzeba natychmiast zająć się mieszkańcami. Ratownicy, podstawiając drabinę pod okna, musieli podejmować błyskawiczne decyzje: kogo ratować w pierwszej kolejności, a kto, jeszcze stojąc w oknie, może poczekać. Nie chciałbym jeszcze raz stanąć przed takim wyborem.


Byliśmy w akcji już po dwóch minutach od zgłoszenia, ale wtedy pożar zdążył się bardzo rozwinąć.


W nocy, gdy ludzie śpią, wybuch pożaru jest najgroźniejszy. Zaspani, zaskoczeni przez ogień i spanikowani ludzie często nie wiedzą, co robić. Dopiero po jakimś czasie wzywają pomoc.


Fachowo nazywa się to skokochron. Nie, nie mamy ich na wyposażeniu. Jednak nawet gdybyśmy je mieli, nic by nie dały. Liczyły się sekundy, a takie urządzenie trzeba przygotować do użytku. A na to nie było czasu. Gdybyśmy zamiast ratować ludzi, zaczęli rozkładać skokochron czy inne maty, ofiar byłoby więcej.


Konstrukcja budynku bardzo sprzyjała rozwojowi pożaru. W środku była tylko jedna klatka schodowa z rozchodzącymi się od niej korytarzami. Na ich końcu były okna. Nie wiem, czy ktoś je otworzył, czy szyby nie wytrzymały temperatury i pękły. W każdym razie powietrze, które wpadło przez nie do środka oraz rozkład pomieszczeń spowodowały zjawisko tzw. ciągu kominowego. Do źródła ognia dostaje się tlen, który podsyca płomienie. Całość dosłownie przypomina wybuch.


Mamy trzy duże samochody - ciężki gaśniczy z sześciotonowym zbiornikiem, ratowniczy i podnośnik mechaniczny z koszem z lat 80. Do tego mamy lekkie samochody, tzw. operacyjne, i 18-tonową cysternę. Przydałby się jeszcze jeden wóz. Marzymy o nowym ciężkim samochodzie gaśniczym z ośmiotonowym zbiornikiem, bo ten nasz jest już w takim stanie, że szkoda gadać. Podnośnik też przydałoby się wymienić.


To mała gmina i jestem przekonany, że wszyscy o nich wiedzą.

p



*młodszy aspirant Przemysław Zbroński, dowódca zmiany trzeciej PSP w Kamieniu Pomorskim. Dowodził pierwszym wozem, który przyjechał na miejsce pożaru.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj