Dziennik Gazeta Prawana logo

Izrael kończy 58 lat

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 28 minut

Zmiana stosunku światowej opinii publicznej do Izraela w ostatnich latach jest faktem niezmiernie istotnym, na który zwraca uwagę wielu komentatorów. Tony Judt analizuje tę zmianę, próbując jednocześnie odpowiedzieć na pytanie, jakie będą jej długofalowe skutki. Aż do lat 90. Izrael korzystał (przynajmniej na Zachodzie) ze swoistej taryfy ulgowej - pamięć o wojnie i Zagładzie sprawiała, że nawet działania nieodpowiedzialne i z humanitarnego czy politycznego punktu widzenia naganne (udział Izraela w konflikcie sueskim w 1956 roku czy interwencja w Libanie) spotykały się z pobłażliwą reakcją światowej opinii. Sytuacja się jednak zmieniła: "W oczach obserwującego świata fakt, że prababka izraelskiego żołnierza zginęła w Treblince, nie tłumaczy upokarzającego traktowania Palestynki w punkcie kontrolnym. Odpowiedź >>Pamiętajcie o Auschwitz<< jest nie do przyjęcia". Izrael musi pogodzić się z tym, że będzie traktowany jak wszystkie inne państwa, a w przyszłości nie może już liczyć na bezwarunkowe poparcie USA.

p

W wieku 58 lat kraj - tak samo jak człowiek - powinien osiągnąć pewien stopień dojrzałości. Po bez mała sześciu dekadach istnienia już wiemy, kim jesteśmy, czego dokonaliśmy i jak wyglądamy w oczach innych, ze wszystkimi naszymi wadami i zaletami. Przyznajemy się - nawet jeśli niechętnie i tylko wobec siebie samych - do naszych błędów i niedociągnięć. I chociaż wciąż jeszcze hołdujemy pewnym złudzeniom co do własnych osiągnięć i perspektyw, starcza nam rozsądku, by przyznać, że nie jest to nic innego jak właśnie złudzenie. Jednym słowem, jesteśmy dorośli.

Tymczasem państwo izraelskie pozostaje dziwnie (i pośród demokracji zachodnich bezprzykładnie) niedojrzałe. Przeobrażenia społeczne w tym kraju - i niemałe sukcesy gospodarcze - nie przyniosły ze sobą mądrości politycznej, która zazwyczaj towarzyszy znacznej liczbie przeżytych lat. Widziany od zewnątrz, Izrael nadal zachowuje się jak dorastający chłopiec: zarazem zakompleksiony i pewny siebie, przeświadczony o swojej wyjątkowości, przekonany, że nikt go nie rozumie i wszyscy uwzięli się na niego, wiecznie obrażony i napastliwy. Jak wielu nastolatków Izrael uważa - co często i agresywnie komunikuje - że ma prawo robić, co chce, że jego działania nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji i że jest nieśmiertelny. Co ciekawe, kraj, który z jakiegoś powodu nie dorósł, do niedawna wciąż znajdował się w rękach pokolenia, które dominowało w życiu publicznym przed 40 laty: gdyby izraelska Śpiąca Królewna zasnęła - powiedzmy - w 1967 roku i obudziła się w 2006, byłaby mocno zaskoczona, że Szimon Peres i generał Ariel Szaron nadal są obecni w polityce - aczkolwiek ten ostatni tylko duchem.

Izraelski czytelnik powie mi na to, że prezentuję uprzedzone spojrzenie osoby z zewnątrz. To, co z zagranicy wygląda na niestawiający sobie żadnych barier moralnych chuligański kraj - niewywiązujący się ze swoich zobowiązań międzynarodowych i gardzący tym, co o nim myśli światowa opinia publiczna - w rzeczywistości jest małym niepodległym państwem, które robi to, co zawsze robiło: walczy o swoje interesy w niegościnnym zakątku świata. Dlaczego zmagający się z wrogim otoczeniem Izrael miałby w ogóle słuchać zagranicznej krytyki, nie mówiąc już o braniu jej pod uwagę? "Oni" - goje, muzułmanie, lewacy - mają swoje powody, by nie lubić Izraela. "Oni" - Europejczycy, Arabowie, faszyści - zawsze wybierali Izrael jako przedmiot krytyki. Ich pobudki są ponadczasowe. Nie uległy zmianie. Dlaczego zatem sam Izrael miałby się zmieniać?

Tymczasem pobudki uległy zmianie. I właśnie na tej zmianie - która w Izraelu przeszła w gruncie rzeczy niezauważona - chciałbym skupić uwagę. Przed 1967 rokiem Izrael był małym państwem zmagającym się z wrogim otoczeniem, ale nie był powszechnie znienawidzony, a już z całą pewnością nie na Zachodzie. W bloku sowieckim obowiązywała wprawdzie antysyjonistyczna linia, ale podnosiło to notowania Izraela u reszty świata, nawet wśród niekomunistycznej lewicy. W pierwszych 20 latach istnienia Izraela romantyczny obraz kibuców i ich mieszkańców budził za granicą powszechną sympatię. Większość miłośników Izraela (także samych Żydów) niewiele wiedziała na temat palestyńskiej tragedii z 1948 roku. Woleli widzieć w państwie żydowskim ostatnie zachowane wcielenie XIX-wiecznej idylli socjalizmu agrarnego - czy też wulkan energii modernizacyjnej, dzięki której "pustynia zakwita".

Doskonale pamiętam, że w 1967 roku ogromna większość studentów w Cambridge opowiadała się po stronie Izraela podczas tych kilku tygodni, które doprowadziły do wybuchu wojny sześciodniowej. Pamiętam, że nikt nie zaprzątał sobie głowy ani losem Palestyńczyków, ani współudziałem Izraela w fatalnej awanturze sueskiej w 1956 roku. Wśród polityków i komentatorów tylko staroświeccy konserwatywni arabiści występowali z jakąkolwiek krytyką państwa izraelskiego. Nawet neofaszyści byli prosyjonistyczni - z tradycyjnych antysemickich powodów.

Po wojnie sześciodniowej ten klimat opinii przez jakiś czas nie uległ zmianie. Propalestyńskie zapały radykalnych ugrupowań wyrosłych na gruncie kontrkultury lat 60. oraz ruchów nacjonalistycznych, znajdujące odzwierciedlenie we wspólnych obozach szkoleniowych i wspólnych projektach zamachów terrorystycznych, były równoważone przez potęgującą się obecność Holocaustu w programach nauczania i mediach: Izrael tracił na okupacji ziem arabskich, ale zyskiwał na tym, że był utożsamiany z odzyskaną pamięcią o pomordowanych Żydach europejskich. Nawet zapoczątkowanie programu nielegalnego osadnictwa i katastrofalna inwazja na Liban, chociaż dały dodatkowe argumenty do ręki krytykom Izraela, nie wpłynęły na ogólny bilans międzynarodowej opinii. Jeszcze na początku lat 90. większość ludzi na świecie miała tylko mgliste pojęcie o Zachodnim Brzegu i o tym, co się tam dzieje. Orędownicy sprawy palestyńskiej na forum międzynarodowym musieli pogodzić się z faktem, że nikt ich nie słucha. Izrael nadal mógł robić, co chciał.

Teraz jednak sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej. Z obecnej perspektywy widzimy, że zwycięstwo Izraela w czerwcu 1967 roku i trwająca do dzisiaj okupacja zdobytych wtedy terytoriów to było "nakbar" państwa żydowskiego: moralna i polityczna klęska. Działania Izraela na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy uwydatniły grzechy tego kraju i podsunęły je pod oczy światu, który zaczął się baczniej przyglądać. Godzina policyjna, punkty kontrolne, buldożery, publiczne upokorzenia, burzenie domów, konfiskaty ziemi, strzelanie do tłumów i zamachy na konkretnych ludzi, mur graniczny: o wszystkich tych rutynowych elementach okupacji i represji niegdyś wiedziała tylko wąska grupa specjalistów i obrońców praw człowieka. Dzisiaj może je obserwować w czasie rzeczywistym każdy, kto ma komputer podłączony do internetu albo antenę satelitarną - co oznacza, że zachowanie Izraela podlega codziennej ocenie setek milionów ludzi na całym świecie. Doprowadziło to do całkowitego przeobrażenia międzynarodowego sposobu postrzegania Izraela. Do niedawna dominował starannie pielęgnowany obraz ultranowoczesnego społeczeństwa, zbudowany przez ocaleńców z Holocaustu i pionierów, a zaludniony przez miłujących pokój demokratów. A dzisiaj? Jaki jest najczęściej spotykany symbol Izraela, którym opatruje się felietony gazetowe i umieszcza w rysunkach satyrycznych? Gwiazda Dawida na pancerzu czołgu.

Obecnie tylko nieliczna mniejszość zewnętrznej opinii postrzega Izraelczyków jako ofiary. W powszechnym odbiorze za prawdziwe ofiary uchodzą Palestyńczycy. Zastąpili oni Żydów w roli symbolu prześladowanej mniejszości: bezbronnej, poniżanej, pozbawionej swego państwa. To niechciane wyróżnienie nie posuwa naprzód sprawy palestyńskiej (tak jak nigdy nie pomogło Żydom), ale na zawsze odmieniło wizerunek Izraela. Na porządku dziennym jest dzisiaj porównywanie Izraela w najlepszym razie do okupanta i kolonizatora, a w najgorszym razie do RPA z jej ustawami rasowymi i bantustanami. Wcieliwszy się w tę rolę, Izrael nie budzi zbyt wielkiego współczucia, nawet kiedy cierpią jego obywatele: zabici Izraelczycy - tak samo jak nieliczni biali mieszkańcy RPA, którzy zginęli w zamachach w epoce apartheidu, czy brytyjscy koloniści zasieczeni przez tubylczych powstańców - z reguły są postrzegani za granicą nie jako ofiary terroryzmu, lecz jako "straty cywilne" wynikające z błędnej polityki ich rządu.

Takie porównania są zabójcze dla moralnej wiarygodności Izraela. Uderzają w jego niegdyś najsilniejszy atut: wizerunek wyspy demokracji i przyzwoitości na morzu autorytaryzmu i okrucieństwa, oazy praw i wolności obywatelskich na pustyni represji. Ale demokraci nie zamykają w bantustanach bezbronnych ludzi, którym zabrali ziemię, a ludzie wolni nie lekceważą prawa międzynarodowego i nie kradną innym domów. Sprzeczności w autoprezentacji Izraela - "jesteśmy bardzo silni - jesteśmy bezbronni", "mamy kontrolę nad swoim losem - jesteśmy ofiarami", "jesteśmy normalnym państwem - należy nas traktować na specjalnych prawach" - nie są niczym nowym: od samego początku towarzyszą osobliwej tożsamości tego kraju. Sympatię świata Izrael zawdzięczał niegdyś w dużym stopniu temu, że wykreował się na Dawida walczącego z Goliatem, czyli zarazem ofiarę i bohatera.

Dzisiaj jednak narodowy mit muskularnej ofiary przez resztę świata odbierany jest jako dziwoląg, symptom swoistej umysłowej niewydolności kultury politycznej Izraela. Od dawna kultywowana mania prześladowcza - "wszyscy chcą nas zniszczyć" - nie budzi już współczucia, lecz skłania do niezbyt zachęcających porównań: podczas odbytej niedawno konferencji międzynarodowej jeden z mówców, odwołując się do znanego powiedzenia Helmuta Schmidta, który nazwał Związek Radziecki "Górną Woltą z rakietami jądrowymi", określił Izrael mianem "Serbii z bronią jądrową".

Izrael pozostał taki sam, ale - jak już wspomniałem - świat się zmienił. Niezależnie od tego, jaki wpływ wciąż wywiera wizerunek Izraela na wyobraźnię jego mieszkańców, poza granicami przestał on już działać. Nawet Holocaustu nie da się już dłużej instrumentalnie wykorzystywać do usprawiedliwiania zachowań Izraela. Upływ czasu sprawił, że większość państw zachodnioeuropejskich przestała się samobiczować z powodu swego udziału w Szoah, czego jeszcze ćwierć wieku temu nie można było powiedzieć. Z izraelskiego punktu widzenia pociąga to za sobą paradoksalne konsekwencje: do zakończenia zimnej wojny rządy izraelskie wciąż mogły grać na poczuciu winy Niemców i innych Europejczyków, wyzyskując fakt, że popełnione na terytorium ich krajów zbrodnie przeciwko Żydom były częściowo przemilczane. Dzisiaj, kiedy historia II wojny światowej przenosi się ze sfery publicznej do sali lekcyjnej i z sali lekcyjnej do książek historycznych, rosnąca większość wyborców (przede wszystkim młodych) w Europie i gdzie indziej po prostu nie rozumie, jak można powoływać się na okropności ostatniej europejskiej wojny dla uzasadnienia czy usprawiedliwienia nagannych zachowań, do których dochodzi w innym czasie i miejscu. W oczach obserwującego świata fakt, że prababka izraelskiego żołnierza zginęła w Treblince, nie tłumaczy upokarzającego traktowania Palestynki w punkcie kontrolnym. Odpowiedź "Pamiętajcie o Auschwitz" jest nie do przyjęcia.

Krótko mówiąc, Izrael jest w oczach świata normalnym państwem, które zachowuje się anormalnie. Ma kontrolę nad swoim losem, ale ofiary są gdzie indziej. Jest silne (bardzo silne), ale jego zachowania czynią wszystkich innych bezbronnymi. Ponieważ wszystkie inne usprawiedliwienia zostały mu odebrane, Izrael wraz ze swoimi zwolennikami coraz bardziej histerycznym głosem odwołuje się do najstarszego argumentu: Izrael jest państwem żydowskim i dlatego ludzie go krytykują. Teza o podskórnie antysemickim charakterze tej krytyki uchodzi zarówno w Tel Awiwie, jak i w Stanach Zjednoczonych za asa atutowego Izraela. W ostatnich latach Izraelczycy coraz częściej i coraz agresywniej grają tą kartą, bo tylko ona im została.

Zwyczaj naznaczania wszelkiej zagranicznej krytyki piętnem antysemityzmu jest głęboko wrośnięty w izraelskie instynkty polityczne: Ariel Szaron stosował tę zagrywkę z typową dla siebie przesadą, ale był tylko ostatnim z długiego szeregu przywódców izraelskich, którzy posługiwali się tym argumentem. David Ben Gurion i Golda Meir też od niego nie stronili. Ale Żydzi poza Izraelem płacą wysoką cenę za tę taktykę. Po pierwsze boją się krytykować Izrael, żeby mimowolnie nie wplątać się w złe towarzystwo, a po drugie inni patrzą na nich jak na wspólników Izraela w jego zbrodniczych działaniach. Kiedy Izrael łamie prawo międzynarodowe na terytoriach okupowanych, kiedy poddaje ludność zajętych przez siebie obszarów publicznym upokorzeniom, a potem obrzuca swoich krytyków głośnymi oskarżeniami o antysemityzm, w gruncie rzeczy stwierdza, że nie są to działania izraelskie, tylko żydowskie, że okupacja nie jest izraelska, tylko żydowska i jeśli komuś nie podobają się takie metody załatwiania spraw, to tylko dlatego że nie lubi Żydów.

W wielu częściach świata częste powtarzanie tego argumentu może sprawić, że stanie się on prawdziwy: brutalne poczynania Izraela i utożsamianie wszelkiej krytyki z antysemityzmem stanowią główne źródło antyżydowskich uczuć w Europie Zachodniej i na znacznych obszarach Azji. Przestał natomiast działać tradycyjny mechanizm uboczny: skoro antyżydowskie uczucia są splecione z niechęcią do Izraela, to przyzwoici ludzie powinni stanąć w jego obronie. W związku z tym wielu obserwatorów wyraża rozsądną opinię, że jedynym sposobem na rozbrojenie nasilającego się antysemityzmu na przedmieściach Paryża i ulicach Dżakarty jest zwrócenie Palestyńczykom ich ziemi przez Izrael.

Jeśli przywódcy izraelscy mogli sobie pozwolić na ignorowanie tych zmian, to przede wszystkim dlatego, że do tej pory mogli liczyć na bezwarunkowe poparcie Stanów Zjednoczonych - jedynego kraju, w którym teza, że antysyjonizm równa się antysemityzm, znajduje odbicie w poglądach nie tylko wielu Żydów, ale również polityków i dziennikarzy. Jednak to bezrefleksyjne, atawistyczne przekonanie o bezwarunkowej aprobacie Amerykanów - i towarzyszącym jej wsparciu moralnym, wojskowym i finansowym - może przynieść Izraelowi zgubę. W Stanach Zjednoczonych też bowiem można zaobserwować pewne zmiany. To prawda, że zaledwie kilka lat temu doradcy premiera Ariela Szarona mogli z zachwytem świętować swój sukces, kiedy udało im się podyktować George'owi W. Bushowi treść publicznego oświadczenia, w którym prezydent zaaprobował nielegalne osiedla izraelskie. Żaden amerykański kongresman nie zaproponował zmniejszenia lub zlikwidowania trzymiliardowego rocznego wsparcia dla Izraela (jest to 20 proc. sumy przeznaczanej przez USA na pomoc zagraniczną), które pozwala utrzymywać izraelski budżet wojskowy na obecnym poziomie i budować nowe osiedla na Zachodnim Brzegu. Poza tym Izrael i Stany Zjednoczone coraz mocniej splatają się w symbiotycznym uścisku, kiedy na skutek swoich działań stają się jeszcze bardziej nielubiane na świecie, a krytycy w coraz większym stopniu utożsamiają ze sobą te państwa.

Izrael nie ma innego wyboru, jak tylko szukać pomocy w Ameryce - nie posiada innych przyjaciół, może liczyć co najwyżej na warunkową sympatię wrogów swoich wrogów (takich jak Indie). Stany Zjednoczone są natomiast wielkim mocarstwem, a wielkie mocarstwa mają interesy, które prędzej czy później muszą przeważyć nad lokalnymi obsesjami choćby najwierniejszych państw klienckich i satelitów. Uważam za bardzo znaczące, że niedawno opublikowany esej Johna Mearsheimera i Stephena Walta o "lobby żydowskim" wzbudził tak wielkie zainteresowanie i wywołał zażarte spory. Mearsheimer i Walt są renomowanymi naukowcami o niepodważalnie konserwatywnej proweniencji. To prawda, że - jak sami relacjonują - nie udało im się zamieścić swego miażdżącego potępienia wpływu lobby żydowskiego na amerykańską politykę zagraniczną w pewnym prestiżowym piśmie amerykańskim (artykuł ukazał się w końcu na łamach "London Review of Books"), ale rzecz w tym, że jeszcze 10 lat temu nie napisaliby takiego tekstu, a gdyby napisali, przypuszczalnie nie udałoby im się go nigdzie opublikować. Co prawda w wywołanym przez artykuł sporze jest więcej bicia piany niż rzeczowych argumentów, ale nie sposób przecenić znaczenia tej debaty: jak powiedział doktor Johnson o kobietach pastorach: nie robią tego zbyt dobrze, lecz jest rzeczą zdumiewającą, że w ogóle to robią.

Nie ulega wątpliwości, że katastrofalna inwazja na Irak i jej dalszy ciąg przyczyniły się do zakwestionowania wielu utartych pewników w amerykańskiej debacie o polityce zagranicznej. Dla wybitnych myślicieli ze wszystkich stron sceny politycznej - od niegdysiejszych neokonserwatywnych interwencjonistów w rodzaju Francisa Fukuyamy po bezkompromisowych realistów takich jak Mearsheimer - staje się oczywiste, że na skutek awantury irackiej Stany Zjednoczone w ogromnym stopniu utraciły międzynarodowe wpływy polityczne i doznały fatalnego uszczerbku na swoim wizerunku moralnym. Ostatnie poczynania zagraniczne USA przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych, a niektóre z nich zasługują na miano irracjonalnych. Czeka nas długi okres naprawy stosunków, zwłaszcza z ekonomicznie i strategicznie istotnymi państwami i regionami od Bliskiego Wschodu po Azję Południowo-Wschodnią. Odbudowa wizerunku i wpływów Ameryki za granicą nie może się powieść, dopóki polityka zagraniczna USA będzie złączona pępowiną z potrzebami i interesami (swoiście pojmowanymi) jednego małego kraju bliskowschodniego, który ma niewielkie znaczenie z punktu widzenia długofalowych interesów USA - kraju, który, by posłużyć się fragmentem artykułu Mearsheimera i Walta, jest strategicznym obciążeniem: "utrudnieniem w wojnie z terrorem i w szerszym dążeniu do zrobienia porządku z państwami bandyckimi".

Tekst Mearsheimera i Walta jest zatem swoistym papierkiem lakmusowym - wskazuje przypuszczalny kierunek przyszłej debaty wewnątrzamerykańskiej na temat szczególnych związków tego kraju z Izraelem. Artykuł spotkał się ze zmasowaną krytyką z przewidywalnej strony, autorów zaś - tak jak się tego spodziewali - oskarżono o antysemityzm (albo o sprzyjanie interesom antysemitów, czyli o, by tak rzec, "obiektywny antysemityzm"). Zafrapowało mnie jednak, jak niewiele osób spośród tych, z którymi rozmawiałem na ten temat, potraktowało ten rutynowy zarzut poważnie. To zły znak dla Żydów, ponieważ może dojść do tego, że autentyczny antysemityzm również nie będzie traktowany poważnie na skutek nadużywania tego pojęcia przez lobby izraelskie. Ale ta zmiana postawy społeczeństwa amerykańskiego bardziej uderza w sam Izrael.

Dystansowanie się od Izraela nie obejmuje bowiem wyłącznie ekspertów od polityki zagranicznej. Jako nauczyciel akademicki podobne zjawisko zaobserwowałem w ciągu kilku ostatnich lat wśród studentów. Jeden przykład z wielu: w ubiegłym miesiącu prowadziłem na New York University zajęcia z historii powojennej Europy. Próbowałem wyjaśnić młodym Amerykanom znaczenie hiszpańskiej wojny domowej w politycznej pamięci Europejczyków oraz wytłumaczyć, dlaczego Hiszpania generała Franco zajmuje tak szczególne miejsce w naszej wyobraźni moralnej: jako memento przegranych bitew, jako symbol opresji w epoce liberalizmu i wolności, jako kraj hańby, który ludzie bojkotowali za jego zbrodnie i prześladowania. Nie przychodzi mi do głowy żaden inny kraj, który budziłby równie negatywne skojarzenia w świadomości dzisiejszych społeczeństw demokratycznych, powiedziałem studentom. Myli się pan, powiedziała pewna młoda kobieta: a Izrael? Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu większość studentów (łącznie z liczną grupą osób pochodzenia żydowskiego) przytaknęła temu poglądowi. Czasy naprawdę się zmieniają.

Fakt, że zdaniem amerykańskiej młodzieży Izrael może być obecnie porównany z Hiszpanią generała Franco, powinien być dla Izraelczyków szokiem i sygnałem do przebudzenia się. Nic nie trwa wiecznie i wydaje mi się prawdopodobne, że za jakiś czas będziemy patrzyli na lata 1973-2003 jako na epokę tragicznych złudzeń Izraela: lata zjedzone przez szarańczę, pożarte przez kuriozalne przekonanie, że cokolwiek uczyni Izrael, może zawsze liczyć na bezwarunkowe wsparcie Stanów Zjednoczonych i nie grozi mu żadna negatywna reakcja ze strony tego kraju. Ta zaślepiona arogancja znajduje tragiczne odzwierciedlenie w stwierdzeniu wygłoszonym przez Szimona Peresa w przededniu katastrofalnej wojny, która - jak przewiduję - zostanie w przyszłości uznana za początek procesu odsuwania się Stanów Zjednoczonych od swego izraelskiego sojusznika: "Kampania przeciwko Saddamowi Husajnowi jest koniecznością".

Z pewnej perspektywy przyszłość Izraela maluje się w ponurych barwach. Nie po raz pierwszy w dziejach państwo żydowskie znajduje się na niebezpiecznych peryferiach czyjegoś imperium: zbyt pewne siebie w poczuciu słuszności swoich racji, notorycznie ślepe na zagrożenie, że jego frywolne ekscesy mogą w końcu wzbudzić w imperialnym mentorze irytację (albo coś jeszcze gorszego) i niedbające o to, by pozyskać sobie innych przyjaciół. Oczywiście dzisiejsze państwo żydowskie dysponuje potężną bronią, ale co może osiągnąć za jej pomocą? Co najwyżej narobić sobie jeszcze więcej wrogów. Przed współczesnym Izraelem otwierają się jednak również inne możliwości. Właśnie dlatego, że kraj ten budzi powszechną nieufność i niechęć - że ludzie spodziewają się po nim dzisiaj tak niewiele dobrego - prawdziwie dojrzała zmiana polityki (likwidacja większych osiedli, rozpoczęcie negocjacji z Palestyńczykami bez warunków wstępnych, sprawdzenie intencji Hamasu poprzez zaproponowanie jego przywódcom poważnych ustępstw w zamian za uznanie prawa Izraela do istnienia i zawieszenie broni) mogłaby przynieść nieproporcjonalnie duże korzyści.

Taka radykalna zmiana izraelskiej strategii wymagałaby jednak trudnego wyzwolenia się od wszystkich frazesów i złudzeń, w których ten kraj i jego elity polityczne tkwiły niemal przez całe swoje życie. Wymagałaby przyznania, że Izrael nie może już rościć sobie szczególnego prawa do międzynarodowego współczucia i wyrozumiałości; że Stany Zjednoczone nie będą zawsze stały u jego boku; że broń i mury nie obronią Izraela po wieczne czasy, tak jak nie obroniły Niemieckiej Republiki Demokratycznej czy dominacji białej ludności w Republice Południowej Afryki; że każdy prędzej czy później straci swoje kolonie, chyba że wysiedli bądź wymorduje ludność tubylczą. Inne kraje i ich przywódcy zrozumieli to i zdobyli się na porównywalną zmianę myślenia: Charles de Gaulle zdał sobie sprawę, że posiadłości kolonialne w Algierii (znacznie starsze i silniej ugruntowane niż osiedla izraelskie na Zachodnim Brzegu) są dla Francji katastrofalnym obciążeniem politycznym i moralnym, po czym w akcie niezwykłej politycznej odwagi wycofał się z Algierii. Ale de Gaulle był już wtedy dojrzałym politykiem, bez mała 70-letnim. Izrael nie może sobie pozwolić na tak długie czekanie. Ukończył 58 lat i już najwyższa pora, by wreszcie dorósł.

p

, historyk, profesor New York University, zajmuje się przede wszystkim najnowszymi dziejami Europy oraz historią idei. Kilka książek poświęcił historii intelektualnej francuskiej lewicy, m.in.: "Marxism and the French Left: Essays on Labour and Politics in France, 1830-1981" (1986), "Past Imperfect: French Intellectuals 1944-1956" (1993), oraz "The Burden of Responsibility: Blum, Camus, Aron and the French Twentieth Century" (1998). Współzałożyciel i dyrektor utworzonego w 1995 roku Instytutu Remarque'a, który zajmuje się m.in. badaniem historycznych relacji między Europą i Ameryką. W Polsce wydano jego esej o Europie "Wielkie złudzenie?" (PWN, 1998). Ostatnio opublikował "Postwar. A History of Europe since 1945". W "Europie" nr 17 z 26 kwietnia br. ukazał się tekst Judta "Krzepiąca opowieść z happy endem. Zimna wojna według Johna L. Gaddisa".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj