W Szpitalu Czerniakowskim w Warszawie wyjątkowo dużo pracy miał oddział laryngologii. "Bardzo wielu pacjentów zgłosiło się do nas po wigilijnej kolacji. Utkwiły im w gardle ości" - słyszymy w izbie przyjęć szpitala. Inni stołeczni lekarze musieli radzić sobie z nadętymi brzuchami i... ranami ciętymi. Sporo osób zbyt gwałtownie zabrało się do filetowania ryb i trzeba było szyć pocięte palce.
"W drugi dzień świąt najwięcej jest pacjentów z bolącymi brzuchami" - dowiadujemy się w jednym z trójmiejskich szpitali. "Ludzie najpierw myślą, że samo przejdzie. Kiedy nie przechodzi, idą do nas. Są też ludzie z chorobą wieńcową, którzy zapomnieli o niskokalorycznej diecie i łapią ich duszności. Problemy z oddychaniem pojawiają się szczególnie teraz, gdy zrobiło się zimno. Ostre powietrze może wywołać atak astmy" - wyjaśnia rejestratorka.
Do najbardziej nieodpowiedzialnych należeli jednak pacjenci warszawskiego Szpitala im. A Gostyńskiej. "Trafili do nas pijani, chorzy na padaczkę. Przecież to bezmyślność pić z taką chorobą..." - denerwują się w szpitalu.
Wszyscy przygotowują się na drugą, o wiele większą falę wypadków. Do tego dużo poważniejszych. Za chwilę przecież sylwester, a ten bez huku fajerwerków obejść się nie może.