Ivan Krastev zwraca uwagę, że choć Bułgaria i Rumunia wspólnie wchodzą do UE i bywają traktowane jak państwa bliźniaczo podobne do siebie, ich stanowiska w rozmaitych kwestiach unijnych są bardzo rozbieżne. Rumuni pozostają bardzo proamerykańscy, gdy tymczasem Bułgarzy wiążą swoją przyszłość z Rosją, Rumuni stawiają na rozszerzenie UE o państwa postsowieckie, natomiast Bułgarzy woleliby włączyć do Unii Turcję itd. Oba państwa mają też zdecydowanie różne pomysły, gdy chodzi o "sposób zaznaczenia swej obecności wewnątrz Unii".
p
Wstąpienie Bułgarii i Rumunii do UE w dniu 1 stycznia powitano wielkimi uroczystościami w Sofii i Bukareszcie, nerwowością w Berlinie i Paryżu oraz całkowitym brakiem zainteresowania w Warszawie i Budapeszcie. Czytając najświeższe doniesienia mediów z dwóch nowych państw członkowskich, sceptyczny analityk odnosi wrażenie, że Bułgaria i Rumunia są traktowane jak "towary z przemytu" - tanie, niebezpieczne i nieznanej jakości. Społeczeństwa są niezadowolone, tabloidy złośliwe, poważne media zdezorientowane albo obojętne, a rządy mało entuzjastyczne. W opublikowanym kilka dni temu sondażu większość Niemców sprzeciwiła się dalszemu powiększaniu Unii. "Dzisiaj Bułgaria i Rumunia, jutro Turcja" - oto scenariusz grozy, któremu większość Niemców chciałaby zapobiec. W starej Europie narasta zmęczenie ekspansją UE, ale dlaczego Bułgaria i Rumunia wstępują do Unii, czy są do tego przygotowane i czy będą umiały się dostosować do naszych norm - to są pytania na wczoraj. Dzisiaj kraje te należą już do UE i prawdziwe pytanie brzmi, jakimi będą członkami.
Bułgarzy i Rumuni są witani tym chłodniej, że dwa lata po akcesji Europa Środkowa jest pogrążona w politycznym chaosie. Czego Bruksela może się spodziewać po Sofii i Bukareszcie, mając w pamięci rozwój sytuacji na Węgrzech, Słowacji i w Polsce? Niezbyt zachęcający jest również model czeski - aby nie dopuścić do powstania złego rządu, na siedem miesięcy zrobiono z tego kraju największą organizację pozarządową w Europie.
Czego zatem może się spodziewać Unia po dwóch nowych państwach członkowskich, które są biedniejsze od swoich środkowoeuropejskich kuzynów, uchodzą za jeszcze bardziej od nich skorumpowane i przez wieki należały do niecieszących się na Zachodzie dobrą sławą imperiów - osmańskiego i rosyjskiego? Fakt, że Bułgaria jest krajem prawosławnym z mniejszością muzułmańską, a Rumunia krajem prawosławnym z mniejszością katolicką cieszy zapewne miłośników różnorodności, ale ich liczba obniżyła się w ostatnim roku. Miłośnicy różnorodności przypuszczalnie radują się również z tego, że Bułgaria wnosi do Unii cyrylicę, ale to istotne wzbogacenie europejskiego pejzażu kulturowego raczej nie wzbudzi emocji u większości Europejczyków.
Zbitką "Bułgaria i Rumunia" posługiwano się w ostatnich latach niemal jak nazwą jednego kraju. To jest pierwsza iluzja, z którą przyjdzie teraz zerwać: kraje te przystępowały do Unii jako małżeństwo, ale będą w niej mieszkały osobno. Pobieżny obserwator uzna zapewne, że w ważnych kwestiach dzielących dzisiaj Europę Bułgaria i Rumunia mają równie zbliżone stanowiska jak Belgia i Holandia, tymczasem kraje te przypuszczalnie będą się od siebie różniły tak jak Francja i Wielka Brytania. Dotyczy to na przykład modelu podejmowania decyzji w UE. Obciążeniem dla Unii mogą być nadmierne ambicje i wybujałe wizje geopolityczne Rumunii oraz brak jakichkolwiek ambicji i gotowość przystosowania się do każdej sytuacji ze strony Bułgarii.
Według sondażu German Marshall Fund Rumunia jest najbardziej proamerykańskim krajem Europy i nieprzypadkowo rząd rumuński chętnie rzuca pomysł osi Waszyngton-Londyn-Bukareszt. Można więc oczekiwać, że Rumunia wcieli się w rolę rzecznika bliższej współpracy Unii z USA oraz że Bukareszt będzie się stanowczo przeciwstawiał wszelkim próbom wciągnięcia dawnych republik sowieckich z powrotem w strefę wpływów Moskwy.
Z tego samego sondażu wynika, że społeczeństwo bułgarskie jest najbardziej prorosyjskie w całej Europie i należy oczekiwać, że Sofia będzie się starała za wszelką cenę zapobiegać konfrontacjom między Moskwą i Brukselą. Ostatnim przejawem naturalnej prorosyjskości Sofii była podjęta tuż przed świętami decyzja o podpisaniu umowy z Gazpromem, która zapewnia rosyjskiemu gigantowi monopol na dostawy gazu do roku 2030. Pod względem energetycznym Bułgaria jest zatem dzisiaj najbardziej "niezależnym" krajem w Europie - w tym sensie, że nic od niej nie zależy.
Społeczeństwa Bułgarii i Rumunii mają najbardziej entuzjastyczny w całej Unii stosunek do jej dalszego poszerzania i w tym kontekście wydają się naturalnymi sojusznikami, ale Rumunia jest zainteresowana akcesją państw posowieckich, zwłaszcza Mołdawii, natomiast Bułgarii leżą na sercu Bałkany, przede wszystkim Macedonia. A zatem wspólne poparcie dla ekspansji UE jest poparciem dla różnych kierunków tej ekspansji.
Rumunia opowiada się za akcesją Turcji, mając na uwadze względy bezpieczeństwa. Stanowisko Bułgarii jest bardziej złożone. Istnieją tam wpływowe kręgi polityczne stanowczo przeciwne członkostwu Turcji, ale rząd żywi uprawnione obawy, że antyeuropejska Turcja na rubieżach UE będzie bardziej szkodliwa dla interesu narodowego Bułgarii niż proeuropejska Turcja w Unii. O bardziej przychylnym stanowisku rządu decyduje również fakt, że partia reprezentująca mniejszość turecką jest istotnym członkiem koalicji rządowej. W kwestii konstytucji europejskiej rządy Bułgarii i Rumunii należą do obozu protraktatowego, ale społeczeństwa obu krajów nie mają pojęcia, o co toczy się w tej sprawie spór. Gospodarki obu krajów już teraz są całkowicie zintegrowane z gospodarką unijną (do UE idzie trzy czwarte eksportu rumuńskiego i dwie trzecie bułgarskiego), ale pod względem ekonomicznym Bułgaria i Rumunia nie mają większego znaczenia.
Jednak czynnikiem w największym stopniu odróżniającym Bułgarię i Rumunię jako członków UE będzie moim zdaniem sposób zaznaczenia swej obecności wewnątrz Unii. Rumunia chce być drugą Polską, asertywną, agresywną i nielękającą się konfrontacji ze starą Europą, natomiast Bułgarię zadowoliłaby pozycja Węgier - kraju cichego i zgodnie współpracującego, ale sprytnie rozgrywającego swoją kartę w kwestiach finansowych. Niestety Bruksela nie darzy wielką miłością ani Polski, ani Węgier. A prawdziwy problem jest taki, że w obu krajach brakuje autentycznego poczucia europejskiej solidarności. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie jest to problem wyłącznie bułgarski i rumuński.
p
, ur. 1965, politolog, analityk spraw międzynarodowych, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii - think tanku doradzającego w obszarze polityki zagranicznej i wewnętrznej. Wykłada na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie i w Instytucie Remarque'a na New York University. Zajmuje się przede wszystkim zagadnieniami związanymi z sytuacją społeczeństw postkomunistycznych. Autor m.in. książki "The Anti-Corruption Trap" (2004). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - w nrze 50 z 16 grudnia ub.r. zamieściliśmy jego tekst "Upiory przeszłości".