Dziennik Gazeta Prawana logo

Kto jest wrogiem systemu?

5 listopada 2007, 12:17
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Jaki charakter mają istniejące dziś w świecie ruchy antysystemowe? Czy są w stanie na serio zagrozić liberalno-demokratycznemu konsensusowi? Te pytania zadaliśmy uczestnikom dzisiejszej ankiety "Europy" - Frankowi Furediemu, Michaelowi Walzerowi, Marshallowi Bermanowi i Tarikowi Ramadanowi. Walzer i Berman udzielają odpowiedzi zatrącającej o paradoks: tak naprawdę to Zachód sam jest dla siebie największym zagrożeniem - liberalna demokracja sama wytwarza siły, które mogą ją zniszczyć. W przypadku Ameryki taką siłą jest agresywny autorytaryzm napędzany strachem przed terrorystycznym zagrożeniem i paraliżujący politykę. Jak zauważa Berman "leninowskie przekonanie, że tylko my możemy rozdawać karty, a cały świat musi nas słuchać, jest powszechne w dzisiejszej polityce amerykańskiej. Dlatego nie wahałbym się nazwać obozu George'a W. Busha antysystemowym - prowadzi on politykę w stylu: daj bogatym, zabierz biednym, przewróć cały świat do góry nogami i nie przejmuj się niczym".

p


Byłbym ostrożny w definiowaniu ruchów antysystemowych we współczesnym świecie, w oparciu o założenie, że istnieją bardziej i mniej niebezpieczne ideologie. Nawet budowanie demokracji może mieć różne oblicza. Przypomina ono nieco prowadzenie samochodu przez osobę, która ma co prawda prawo jazdy, ale nie do końca wie, jak należy zachować się na drodze. Trzeba przez cały czas bardzo uważać, bo inaczej spowoduje się śmierć swoją i innych ludzi. Innymi słowy, każdy rodzaj polityki i każdy rodzaj ideologii, które próbujemy wcielać w życie, może mieć groźne i niepożądane konsekwencje - również demokracja. Zdawali sobie z tego doskonale sprawę starożytni Grecy - nie bez przyczyny jednym z najważniejszych pojęć w ich słowniku był "demagog". Wiedzieli, że w słowie, czyli w tym, na czym opierała się ich demokratyczna polis, tkwi zagrożenie dla całego systemu. Obywatele poruszeni słowami polityka mogą zniszczyć demokrację i samych siebie.

Ten sam problem dotyczy marksizmu. Fundamentalnym elementem myślenia Marksa było założenie, iż społeczeństwa w większości składają się z ludzi, którzy muszą sprzedawać swoją pracę, by mieć środki do życia. Ludzie ci muszą zorganizować się sami, najlepiej w jakiś rodzaj związków zawodowych. Czyż nawet dziś nie brzmi to sensownie? W Ameryce do pewnego stopnia ta wizja już się spełniła: istnieją bardzo liczne związki zawodowe, które aktywnie współtworzą społeczeństwo obywatelskie. Myślę, że jeśli ta tendencja się utrzyma, Ameryka zmieni swoje oblicze na lepsze w XXI wieku.

Jeśli natomiast chodzi o Lenina, w jego pismach można odnaleźć co najmniej dwie, radykalnie różne wizje świata. Jedna z nich była projekcją możliwego rozwiązania sytuacji w Rosji w początkach XX wieku. W rosyjskim społeczeństwie miała powstać wąska grupa - awangarda rewolucji - która doprowadzi do przełomu i odmieni oblicze społeczeństwa. Ta wizja została wcielona w życie w Rosji bolszewickiej. Jednak u Lenina można znaleźć również inne wątki: na przykład ten, że istnieje pewien rodzaj ludzi, którzy są powołani do tworzenia nowych idei i zmieniania świata. Myślę, że wielu dzisiejszych amerykańskich polityków w istocie bardzo by pragnęło dokonać tego typu zasadniczych zmian w świecie.

Reasumując, grupy i działania antysystemowe można wyróżnić nie tyle ze względu na ideologię, co ze względu na konkretne działania. A fakty są następujące: leninowskie przekonanie, że tylko my możemy rozdawać karty, a cały świat musi nas słuchać, jest powszechne w dzisiejszej polityce amerykańskiej. Dlatego nie wahałbym się nazwać obozu George'a W. Busha antysystemowym - prowadzi on politykę w stylu: daj bogatym, zabierz biednym, przewróć cały świat do góry nogami i nie przejmuj się niczym. Możesz śmiać się z każdego, ponieważ jesteśmy bardzo potężni. Możesz rozstawiać inne kraje po kątach. To złowieszcza polityka niedojrzałości, która jest potężnym zagrożeniem dla demokracji.

Kilka lat temu, gdy rozpoczęła się wojna w Iraku, uczestniczyłem w wielu demonstracjach, które odbywały się na ulicach Nowego Jorku. Próbowaliśmy pokazać, wykrzyczeć, że wojna będzie katastrofą. Nie mieliśmy jednak absolutnie żadnego wpływu na politykę władz. Przypominało to czasy wojny w Wietnamie. Byłem wtedy studentem, co chroniło mnie przed wyjazdem na wojnę, ale bardzo aktywnie brałem udział w manifestacjach i zostałem za to ostatecznie aresztowany. Bardzo trudno jest mi opisać, jak strasznie czuliśmy się, gdy trwała tamta wojna. Byliśmy zrozpaczeni i mieliśmy poczucie absolutnej bezradności. Po Wietnamie wydawało mi się, że Ameryka czegoś się nauczyła. Myliłem się. Zaraz po

1989 roku pojawiło się w Ameryce przekonanie, że skoro pokonaliśmy naszego najgorszego wroga, jesteśmy w stanie porwać się na jeszcze większe rzeczy. Dlatego ani wtedy, ani kilka lat temu nikt nie słuchał przepowiedni, że rozpętanie wojny może się skończyć jedynie jeszcze większym chaosem. Wydawało mi się, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat mogliśmy nauczyć się, jak wybierać przywódców godnych zaufania. A jednak, gdy przyglądam się dzisiejszym demokratycznie wybranym władzom, dochodzę do wniosku, że nie jest to rodzaj ludzi, którym chciałbym powierzyć swoje życie. Sądziłem również, że w systemie wolnych wyborów kolejni urzędnicy będą rozliczani z tego, czy wywiązują się dobrze ze swoich obowiązków. Jeżeli nie, powinni być zastępowani innymi, lepszymi. Niestety doszło do tego, że amerykańska polityka została całkowicie sparaliżowana.

Tym, co moim zdaniem mogłoby zmienić całą sytuację, jest rodzaj rządu światowego. Mielibyśmy wtedy do czynienia z zupełnie innym typem władzy, która generowałaby zupełnie różne, ścierające się ze sobą wizje osiągnięcia szczęścia i wolności w świecie. Moglibyśmy wtedy osiągnąć jakiś rodzaj kompromisu. To oczywiście bardzo trudny do zrealizowania pomysł i wątpię, czy coś takiego jest dziś możliwe. Być może cokolwiek by się zmieniło, gdyby ludzie, którzy rządzą dziś Ameryką, nauczyli się zachowywać odrobinę dystansu w stosunku do samych siebie. Być może byłoby lepiej, gdyby ludzie tacy jak ja byli bardziej aktywni. W innym wypadku nie widzę szans na poprawę sytuacji, dopóki nie odbędą się następne wybory prezydenckie i Demokraci nie przejmą władzy. Nie jestem zresztą pewien, czy po ewentualnym zwycięstwie pchnęliby oni Stany Zjednoczone na nowe tory. Nie sądzę, by istniał dziś ktokolwiek, kto miałby odwagę i pomysł, jak podjąć walkę z Bushem. Możemy narzekać, ale jesteśmy zupełnie bezradni.

p


W Stanach Zjednoczonych raczej nie używa się sformułowania "grupy" czy "dyskursy antysystemowe". Znacznie bliższe wydaje mi się sformułowanie "zagrożenia dla liberalnej demokracji" lub - by użyć języka Karla Poppera - "wrogowie społeczeństwa otwartego". Te zagrożenia są bardzo zróżnicowane, a w konsekwencji często błędnie rozpoznawane.

Ludzie żyjący w liberalnych demokracjach dostrzegają przede wszystkim zagrożenie ze strony społeczeństw, które możemy opisać jako "zamknięte". Chodzi o kraje, w których władzę przejęli radykałowie islamscy - jak choćby Somalia, Iran czy dawny Afganistan. Przejęcie władzy przez radykałów nie odbyło się tam kosztem społeczeństwa otwartego - które raczej nie było rozwinięte - poskutkowało za to stworzeniem bardziej zamkniętego systemu społecznego. Kolejnym zagrożeniem, dostrzeganym przez ludzi żyjących w państwach liberalnej demokracji, są ataki terrorystyczne zagrażające im bezpośrednio.

Podkreślam raz jeszcze: wymienione przeze mnie zagrożenia są najważniejszymi spośród tych, które dostrzegają dzisiejsze społeczeństwa demokratyczne. W rzeczywistości nie są one największym niebezpieczeństwem. To my nim jesteśmy.

Ataki terrorystyczne nie wystawiają na próbę instytucji demokratycznych - chyba że przybiorą znacznie większe rozmiary niż cokolwiek, z czym dotąd mieliśmy do czynienia. Największe zagrożenie dla społeczeństwa otwartego może więc przyjść ze strony samego państwa demokratycznego, które będzie pragnęło obronić swoich obywateli przed atakami terrorystycznymi. To właśnie wydarzyło się kiedyś w Peru, gdy rząd usiłował zwalczać maoistowskich partyzantów ze Świetlistego Szlaku. Powstał system dyktatorski oparty na terrorze stosowanym przez wojsko, wszechwładną policję oraz służby specjalne. Terroryzm jest zagrożeniem przede wszystkim w tym właśnie kontekście - najbardziej powinniśmy obawiać się naszej reakcji na terrorystyczne działania.

Prawdziwe zagrożenia dla demokracji liberalnej niemal zawsze łączą się z pewnego rodzaju ideologią. W dzisiejszym świecie istnieją oczywiście także inne niebezpieczeństwa - takie jak polityka prowadzona przez Północną Koreę albo rosnące nierówności społeczne czy wreszcie coraz potężniejsze wielonarodowe korporacje, którym udało się uciec przed ograniczeniami nakładanymi przez rodzime przepisy prawa. Jednak korporacje nie są wyzwaniem ani dla liberalizmu, ani dla demokracji. Realnym zagrożeniem jest ideologia związana ze strachem przed atakami terrorystycznymi i próbami chronienia obywateli. Chodzi o ideologię kryzysu i wnikający głęboko w tkankę społeczną autorytaryzm, który wciąż jeszcze pozostaje żywy wśród ugrupowań prawicowych w państwach demokratycznych. Jego działanie można zaobserwować w takich miejscach jak Guantanamo. Jednym z jego skutków jest stworzenie kategorii osób, które w świetle amerykańskiego prawa pozbawione są jakichkolwiek uprawnień. Takie osoby nie mają nawet praw przysługujących każdemu zwykłemu obywatelowi, który został oskarżony o popełnienie przestępstwa.

Nie dostrzegam jednak (przynajmniej na razie), by w krajach dojrzałej demokracji pojawiły się tego rodzaju niebezpieczne tendencje, które mogłyby doprowadzić do zmiany charakteru całych społeczeństw. Wymieniany w tym kontekście amerykański fundamentalizm chrześcijański sam z siebie nie ma raczej możliwości wywierania negatywnego wpływu na instytucje demokratyczne. Fundamentaliści chrześcijańscy ulegają za to niekiedy wpływowi liberalnego, demokratycznego sposobu myślenia i dzięki temu funkcjonują w legalnym systemie głosowania: są w stanie, tak jak wszystkie inne siły polityczne, zaakceptować porażkę w wyborach lub iść na kompromis. Dlatego nie uważam ich za wrogów liberalnej demokracji czy społeczeństwa otwartego.

Jeśli chodzi natomiast o Europę, nie jestem zbudowany, dostrzegając powrót do łask takich myślicieli jak Carl Schmitt czy Włodzimierz Lenin. Myślę, że ludzie należący do kręgów, w których uważa się Schmitta i Lenina za wielkich filozofów, są jak dzieci bawiące się zapałkami. I o ile w Stanach Zjednoczonych jest to przede wszystkim kwestia mody, a zainteresowanie wspomnianymi myślicielami ogranicza się do środowiska akademickiego, o tyle w Europie może to być zjawisko znacznie groźniejsze.

Europa ma jednak przed sobą szereg innych problemów. Najważniejsze z nich pojawią się w związku z koniecznością adaptacji imigrantów (szczególnie muzułmanów) do życia w systemie liberalnej demokracji. Nie przypuszczam, by ktokolwiek miał pomysł, jak radzić sobie z tą rosnącą grupą społeczną. Te problemy w oczywisty sposób będą wymagały odpowiedzi na pytanie, czym jest demokracja i liberalizm, jako że - szczególnie w niektórych odłamach islamu - istnieje szereg zasad, które są z nimi sprzeczne. Zaliczyć można do nich choćby postępowanie zalecane w przypadku nieposłuszeństwa kobiet. W krajach takich jak Holandia czy Francja dostrzegam co prawda liczne wysiłki na rzecz rozwiązania tych problemów, nie uważam jednak, by były to działania szczególnie udane.

Choć zdaję sobie sprawę z tych wszystkich problemów, nie popadam w nadmierny pesymizm nawet w odniesieniu do Europy. Przypomnijmy sobie upadek demokracji w Niemczech w latach 30. XX wieku. Republika Weimarska powstała po klęsce militarnej, której Niemcy nigdy nie zaakceptowali. Dlatego nie miała nigdy powszechnego poparcia, którym powinno dysponować państwo demokratyczne. Jej obalenie nie było dziełem niewielkiej mniejszości odwołującej się do radykalnych ideologicznych haseł. Dokonało się ono raczej dzięki wsparciu radykalnych sił prawicowych przez powszechny społeczny resentyment, a także desperację wynikającą z załamania gospodarczego. Należy więc pamiętać, że nawet jeśli istnieją dziś antysystemowe tendencje lub grupy, nie będą one miały szansy dokonać jakiegokolwiek przewrotu, jeśli nie będzie na to szerokiego społecznego przyzwolenia. Mam nadzieję, że rządy w Europie opierają się na silnej podstawie społecznego poparcia. Powinno to skutkować większą stabilnością systemu liberalno-demokratycznego.

p

Warunkiem powstania demokratycznego konsensusu jest dojrzały sposób traktowania publicznej debaty. Nie można mówić, że "wszyscy mamy równe prawa, ale tylko niektórzy mogą głosić swoje poglądy". Jeśli spróbujemy dokonać selekcji dopuszczalnych w dyskusji głosów, stracimy moralny autorytet i sprzeniewierzymy się demokratycznym imperatywom wyznaczającym metodę rozwiązywania problemów. Trzeba być przygotowanym na odbiór nawet najbardziej niemiłych i nienawistnych poglądów i wyrobić sobie sposób i nawyk ich podważania. Oczywiście trudno oczekiwać, że racjonalnymi argumentami wygra się debatę z poglądami, które nie są racjonalne. Można jednak spodziewać się, że podchodząc do nich w sposób rzeczowy, uda się wytworzyć silną większość popierającą demokratyczny konsensus. W każdej debacie stronami są małe grupy gotowe propagować swoje poglądy. Większość uczestników należy jednak do publiczności i przekonanie tych właśnie ludzi jest celem toczonego sporu. Publiczność należy traktować poważnie. Nie można zasłaniać oczu i zatykać uszu, kiedy prezentowane są poglądy głupie lub niebezpieczne. W przeciwnym razie demokraci upodobnią się do Lenina, który w listopadzie 1917 roku dopuścił do wolnych i demokratycznych wyborów, ale kiedy je przegrał - zmienił reguły. Nie możemy zmieniać reguł tylko dlatego, że przegrywamy. Jeśli ktoś nie jest w stanie zdobyć swoimi argumentami serc i umysłów ludzi, nie powinien nimi rządzić ani ich reprezentować.

Środkowoeuropejska transformacja miała bardzo silnie biurokratyczny charakter. Zarządzały nią kliki funkcjonariuszy dawnego systemu, a liberalna demokracja w stylu zachodnim została przyjęta w sposób powierzchowny. Ponieważ wstąpienie do Unii Europejskiej stało się głównym celem, a Unia stawiała bardzo konkretne warunki, wiele decyzji zostało wyłączonych z politycznej dyskusji. Powstały w tych warunkach system polityczny nie mógł zyskać szerokiego społecznego poparcia. Do pewnego stopnia - choć trzeba być bardzo ostrożnym, stosując to porównanie - nastąpiło tu to samo co w republice weimarskiej: instytucje nie zapuściły w społeczeństwie korzeni. Różnica między Weimarem a dzisiejszą Europą Środkową polega na tym, że dziś nie ma nazistów. Zamiast nich mamy do czynienia z władzą oportunistów, którzy nie wahają się użyć haseł populistycznych, by utrzymać poparcie. Nawet jeśli deklarują przywiązanie do pryncypiów, ich głównym celem jest zachowanie wpływów. Szczególnie wyraźnie widać to w Polsce, choć problem jest wspólny dla całego regionu. Potrzebujemy odrodzenia kultury politycznej, sfery publicznej, w której debata ponownie nabierze znaczenia. Wymaga to oczywiście moderowania debaty, ale moderowanie nie może oznaczać cenzury. Tym bardziej że mieszkańcy Europy Środkowej cenzury doświadczali bardzo długo. We współczesnej Europie liczba osób, które czują się zmarginalizowane, jest szczególnie duża i stąd powszechność populizmu czy szerzej - ruchów antysystemowych. To, co piszą poszczególni autorzy, nie ma jednak na politykę większego wpływu. Zdolność do buntu zależy oczywiście od istnienia narracji opisujących istniejący świat i jego idealne alternatywy.

Dostępnych narracji jest jednak wiele - staroświecki nacjonalizm, antysemityzm, antykosmopolityzm, antyintelektualizm i różne pochodne marksizmu. Wszystkie są tak dobrze i powszechnie znane, że próba ocenzurowania którejkolwiek z nich spowodowałaby tylko dodatkową radykalizację populistów. Niezadowolenie i kontestacja nie ograniczają się dziś zresztą do pogrążających się w populizmie mas. Dominującym trendem w życiu intelektualnym stało się krytykowanie wszystkiego, bez względu na sens takiej krytyki. Stąd popularność Slavoja Z.iz.ka, który nawiązując do teorii Lacana i psychiatrii społecznej oraz do kultury masowej, stał się idolem antykonserwatywnej młodzieży. Jest przy tym niezwykle krytyczny, czym podbija serca ludzi pogrążonych w radykalnym relatywizmie - czy raczej w bezkrytycznym krytycyzmie - i przydaje ogólnie panującemu cynizmowi pewnej erudycji.

p

Szeroko rozumiane pojęcie "antysystemowy" obejmuje najprzeróżniejsze grupy - od przeciwników kapitalizmu, alterglobalistów, zwolenników radykalnych reform społecznych czy głosicieli chrześcijańskiej teologii wyzwolenia, aż po radykalne ugrupowania terrorystyczne w powszechnej opinii wiązane najczęściej z ortodoksyjnymi odłamami islamu. Terrorystów od pozostałych ruchów antysystemowych odróżnia stosunek do przemocy - tylko dla nich jest ona prawomocnym środkiem osiągania konkretnych celów politycznych czy ideologicznych. Należy jednak wyraźnie podkreślić, że owo proste (by nie powiedzieć - prostackie) utożsamienie kultury islamskiej z marginalnymi odłamami fundamentalistów, których naczelnym celem jest walka z Zachodem, nie ma nic wspólnego z faktami. Fakty bowiem mówią coś zupełnie innego - ci mordercy stanowią w istocie margines, a nie główny nurt w obrębie świata islamu. Zarówno po stronie Zachodu, jak i po stronie krajów muzułmańskich znakomita większość społeczeństwa potępia wszelkie akty terroru. Stosowanie przemocy stoi w głębokiej sprzeczności z podstawowymi zasadami religii islamskiej i z podstawowymi zasadami, na jakich oparte są ustroje demokratyczne. Terroryści - choć często dekorują swoją zbrodniczą ideologię symbolami muzułmańskimi - są w równym stopniu przeciwnikami kultury zachodniej co kultury islamskiej. Podkreślam raz jeszcze - grupy szalonych kamikadze czy terrorystów detonujących bomby zabijające niewinnych cywilów to margines, a utożsamianie ich z islamem jest wyjątkowo nieuczciwą manipulacją. Kto jej dokonuje? Przede wszystkim rozmaici politycy oraz intelektualiści, którzy budują swoją popularność na podsycaniu lęku przed globalną wojną kultur. Tymczasem takie diagnozy są oderwane od rzeczywistości - skupiają uwagę na marginesach, ignorują natomiast główny nurt zjawisk. W głównym nurcie zaś mamy do czynienia z milionami zaangażowanych w budowanie demokracji ludzi i milionami muzułmanów przyjaznych Zachodowi. Czas skończyć z tą szkodliwą i fikcyjną polaryzacją: radykalny, pełen nienawiści do Zachodu islam kontra reszta świata. Powinniśmy skupić się na edukacji zmierzającej do ukazania autentycznego oblicza religii i kultury islamskiej, które radykalnie różni się od tej stereotypowej i krzywdzącej opinii propagowanej przez polityków oraz intelektualistów, zainteresowanych najwyraźniej eskalacją konfliktu. Warto też zauważyć, że terroryści zazwyczaj nie są ludźmi z tzw. społecznych nizin i nie funkcjonują w społecznej izolacji. Wręcz przeciwnie, wielu z nich doskonale zintegrowało się ze światem Zachodu - są dobrze wykształceni, pracują, żyją na zadowalającym poziomie socjalnym. Często nie są wcale praktykującymi muzułmanami. W ich przypadku nie sprawdza się obiegowy stereotyp, że terroryzm to produkt biedy czy społecznego wykluczenia. Chodzi tu raczej o konflikt wartości, o przekonanie, że świat, w którym funkcjonują - choć dostarcza im socjalnego zabezpieczenia - hołduje wartościom wobec nich opresyjnym. Zamiast przyjąć do wiadomości, że należy szanować fundamentalne zasady obowiązujące w miejscu, w którym się żyje, podejmują zbrojną walkę, zainspirowani podejrzaną ideologią wpajaną im bardzo często przez ludzi powiązanych ze służbami specjalnymi (tak jest np. w Algierii czy Afganistanie). Stają się w ten sposób bezwolnymi narzędziami w rękach polityków. Jedyną nadzieją jest edukacja i trzeźwy ogląd sprawy. Choć i tak - prawdopodobnie - zjawisko terroryzmu będzie istniało jeszcze przez długie lata. Powiedzmy jednak wyraźnie - terroryści nie zniszczą demokracji. Są niczym plankton w oceanie. Przestańmy się ich wreszcie bać!

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj