W Bydgoszczy brakuje osób przeprowadzających dzieci przez ulice. Dlaczego więc nie mieliby zająć się tym więźniowie? Na taki pomysł wpadł wiceprezydent miasta. Właśnie rozmawia na ten temat z dyrektorami szkół - pisze DZIENNIK.
"Człowiek siedzi w tym więzieniu i tylko się demoralizuje, a tak przynajmniej poczuje się potrzebny i zrobi coś pożytecznego" - argumentuje
wiceprezydent Bydgoszczy, Bolesław Grygorewicz.
Bezrobotni agatkami - bo tak potocznie nazywa się "przeprowadzaczy" przez ulicę - zostają coraz rzadziej, bo dostają najniższą krajową pensję, więc szukają sobie lepszej pracy, wyjeżdżają za granicę albo notorycznie biorą zwolnienia lekarskie. A agatki powinny stać przy kilkudziesięciu najbardziej niebezpiecznych przejściach przez ulice.
Dyrektorzy szkół i rodzice pomysłem wiceprezydenta są, delikatnie mówiąc, zaskoczeni. Bo jeśli agatką będzie skazany, to dzieci wcale bezpieczne nie będą.
Maria Frankowska, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 20 w Bydgoszczy: - Tyle dzisiaj mówi się o różnych zagroeniach, więc trzeba dmuchać na zimne - argumentuje.
Matka ośmioletniej uczennicy, pani Teresa (woli pozostać anonimowa), podziela opinię pani dyrektor: "Nie chciałabym, aby więzień trzymał moje dziecko za rękę. Ono do tej pory nie poznało takiej osoby, teraz miałoby widzieć ją codziennie? To wykluczone!" - mówi zdecydowanie i dodaje, że wolałaby już ryzykować spóźnienie do pracy, ale sama odprowadzać córkę do szkoły.
Projekt, choć co najmniej kontrowersyjny, więźniom do gustu bardzo przypadł. "Jakby mi zaproponowali taką pracę, na zewnątrz, to bym się zgodził. Nawet jakby mi nie płacili" - z entuzjazmem mówi odsiadujący wyrok za kradzież 27-letni Janusz B. z bydgoskiego zakładu karnego.
A wiceprezydent Bolesław Grygorewicz chwali się, że już teraz współpraca z miejscowym zakładem karnym układa się bardzo dobrze: więźniowie zadbali o schronisko dla zwierząt, wyremontowali żłobki.
Bezrobotni agatkami - bo tak potocznie nazywa się "przeprowadzaczy" przez ulicę - zostają coraz rzadziej, bo dostają najniższą krajową pensję, więc szukają sobie lepszej pracy, wyjeżdżają za granicę albo notorycznie biorą zwolnienia lekarskie. A agatki powinny stać przy kilkudziesięciu najbardziej niebezpiecznych przejściach przez ulice.
Dyrektorzy szkół i rodzice pomysłem wiceprezydenta są, delikatnie mówiąc, zaskoczeni. Bo jeśli agatką będzie skazany, to dzieci wcale bezpieczne nie będą.
Maria Frankowska, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 20 w Bydgoszczy: - Tyle dzisiaj mówi się o różnych zagroeniach, więc trzeba dmuchać na zimne - argumentuje.
Matka ośmioletniej uczennicy, pani Teresa (woli pozostać anonimowa), podziela opinię pani dyrektor: "Nie chciałabym, aby więzień trzymał moje dziecko za rękę. Ono do tej pory nie poznało takiej osoby, teraz miałoby widzieć ją codziennie? To wykluczone!" - mówi zdecydowanie i dodaje, że wolałaby już ryzykować spóźnienie do pracy, ale sama odprowadzać córkę do szkoły.
Projekt, choć co najmniej kontrowersyjny, więźniom do gustu bardzo przypadł. "Jakby mi zaproponowali taką pracę, na zewnątrz, to bym się zgodził. Nawet jakby mi nie płacili" - z entuzjazmem mówi odsiadujący wyrok za kradzież 27-letni Janusz B. z bydgoskiego zakładu karnego.
A wiceprezydent Bolesław Grygorewicz chwali się, że już teraz współpraca z miejscowym zakładem karnym układa się bardzo dobrze: więźniowie zadbali o schronisko dla zwierząt, wyremontowali żłobki.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl