Jeden z najoryginalniejszych poetów amerykańskich, zaliczany do modernistycznego nurtu, jak T.S. Eliot czy W. Stevens. Syn prezbiteriańskiego pastora, urodzony w Pittsburghu w Pensylwanii, spędził wraz z rodzicami dzieciństwo i wczesną młodość w Europie (Niemcy, Szwajcaria), zyskując już wtedy szeroką wiedzę humanistyczną i znajomość języków obcych, w tym starożytnych. Po powrocie do Stanów studiował medycynę i leśnictwo, a w 1913 roku osiedlił się ze świeżo poślubioną żoną w okolicy miasteczka Carmel na kalifornijskim wybrzeżu. Z dala od centrów życia literackiego, przez wiele lat mało był znany i długo niezauważany przez krytyków. Częściowo w wyniku wychowania w klimacie surowości religijnej, częściowo pod wpływem lektur Biblii, klasyków greckich, a także dzieł Nietzchego wyrażał w swej poezji, której tłem był najczęściej krajobraz wybrzeża kalifornijskiego - filozofię pesymistyczną, ukazywaną poprzez poematy sui generis alegoryczne, lecz osadzone w realistycznej scenerii. Istotą tego pesymizmu była negacja roli człowieka w przyrodzie, niszczącego harmonię natury i jej pierwotne piękno. Poetykę Jeffersa cechuje wiersz wolny, o długiej frazie, przypominający bądź wersety biblijne, bądź wiersz Walta Whitmana. Wielki renesans Jeffersa rozpoczął się po śmierci poety. Sporo jego wierszy tłumaczył Czesław Miłosz, który odwiedził poetę w jego posiadłości.
p
1
Złamany staw skrzydła sterczy spod zakrzepłej rany
Skrzydło zwisa jak sztandar po klęsce
By nigdy już nie wzlecieć ku niebu, lecz żyć o głodzie
I w bólu czas jakiś: koty i kojoty wtedy
Już bać się nie muszą śmierci, nie grożą im szpony
On zaś, ukryty w dębinie, czeka
Na ratunek kalekiego skrzydła, a nocą wolność wspomina
I marzy o locie, póki sen nie pryśnie o świcie.
Jest silny, a silnych ból bardziej męczy, kalectwo bardziej dokucza
W dzień psy nadbiegają i dręczą go
Z odległości, lecz nic prócz zbawczej śmierci jego łba nie ukorzy,
Tych strasznych oczu, tej gotowości na wszystko.
Surowy Bóg świata jest czasem miłosierny dla tych,
Którzy proszą o łaskę, rzadko dla arogantów.
Nie znacie go wy, miejscowi ludzie, albo zapomnieliście o nim
Gniewnym i srogim, jastrząb o nim pamięta
O pięknym i okrutnym; jastrzębie i ludzie o nim pamiętają...
2
Ja raczej bym wolał, pomijając karalność, zabić człowieka niż jastrzębia
lecz ten, ogromny, z czerwonym ogonem
Miał tylko swe nędzne kalectwo,
Tę kość zbyt strzaskaną, aby ją wyleczyć, to skrzydło niżej szponów opadłe, chwiejące się przy każdym poruszeniu.
Karmiliśmy go przez sześć tygodni, puściłem go wolno
Polatywał nad przybrzeżnym wzgórzem i na wieczór powrócił prosząc o śmierć.
Nie tak jak żebrak prosił, lecz wzrokiem ostrym, jak dawniej
Z nieugiętą butą...
Dostał o zmroku ode mnie ołowiany prezent.
To co upadło, było już spokojne,
Było to pierzaste jak przybrany w pióra damski strój balowy,
Lecz to, co wzleciało w dzikim pędzie, to były czaple nocne nad wezbraną rzeką, podniosły wrzask w strachu, że jeszcze poleci
Nim nie przeniknął w pełną nierealność.