W związku z wydaniem przez Ośrodek Myśli Politycznej wyboru pism Lorda Actona "W stronę wolności" Marcin Król przypomina sylwetkę brytyjskiego historyka, filozofa i publicysty, jednej z najważniejszych postaci w dziejach nowożytnej myśli politycznej. Najbardziej frapującym motywem jego twórczości było łączenie ogromnego przywiązania do ludzkiej wolności z głęboką wiarą katolicką. Acton nie był jednak ani liberalnym katolikiem, ani katolickim liberałem - jego katolicyzm miał wyraźne tradycjonalistyczne rysy, które jednak nie przeszkadzały mu żarliwie bronić nieskrępowanej wolności słowa. "Idea wolności, która była dla niego najważniejsza, nie miała w jego rozumieniu nic wspólnego z wiarą - ani jej nie osłabiała, ani nie czyniła odległą od dogmatycznych nakazów Kościoła. Katolicyzm (choć nie zawsze instytucja Kościoła) był w jego przekonaniu formą, w której wolność najlepiej egzystowała".
p
Opublikowany ostatnio wybór pism Lorda Actona "W stronę wolności" jest podobny do zbiorku wydanego przed ponad 10 laty przez Pawła Śpiewaka, ale znajdujemy w nim też kilka nowych tekstów (bardzo kiepsko niestety przetłumaczonych). W ten sposób polski czytelnik ma dostęp do większości najważniejszych dzieł jednego z najwybitniejszych umysłów nowożytności. Zarazem, jeśli nie zna ogromnej korespondencji Lorda Actona i jego licznych artykułów gazetowych, może mieć wątpliwości, na czym polegał niezwykły wymiar tej myśli i na czym polega jej zaskakujące znaczenie dla współczesności. Lord Acton nigdy bowiem nie spisał w jednym dziele (choć marzył o nim przez kilkadziesiąt lat) tego, co było dla niego najważniejsze. Co ciekawe, unikalna w nowożytności postawa Actona sprawia kłopoty najwybitniejszym interpretatorom, którzy często nie wiedzą, co jest w niej najważniejsze: stosunek do katolicyzmu, do wolności czy do historii. Próbują wszystko to łączyć, ale często czynią to na siłę, bez wielkiego oddechu i swobody, jakie cechowały Actona. Nawet tak wybitna znawczyni historii idei jak Gertrude Himmelfarb próbowała - w swojej bardzo ciekawej skądinąd książce o nim - zawrzeć sens jego postawy wobec świata w jednym, niestety nieprawdziwym i nietrafnym zdaniu: "Był liberalnym katolikiem, zbyt jednak liberalnym dla katolików i zbyt katolickim dla liberałów". Otóż jeśli w ogóle istnieje taka kombinacja jak "liberalny katolik" (w co wątpię), Lord Acton na pewno nie był liberalnym katolikiem ani katolickim liberałem. Jak zobaczymy, idea wolności, która była dla niego najważniejsza, nie miała w jego rozumieniu nic wspólnego z wiarą - ani jej nie osłabiała, ani nie czyniła odległą od dogmatycznych nakazów Kościoła. Katolicyzm (choć nie zawsze instytucja Kościoła) był w jego przekonaniu formą, w której wolność najlepiej egzystowała.
John Emerich Edward Dalberg Acton urodził się w 1834 roku w Neapolu. Był synem arystokraty angielskiego i niemieckiej księżnej Dalberg, pochodzącej z rodziny bliskiej monarchii. Jego ojciec zmarł wcześnie, a matka wyszła za mąż po raz drugi za Lorda Levesona, który potem już jako Earl Granville piastował różne funkcje ministerialne - przede wszystkim zaś funkcję ministra spraw zagranicznych w rządzie Williama Gladstone'a. Acton ożenił się z kuzynką ze strony matki, włosko-niemiecką księżną Arco-Valley. Jego wuj z niemieckiej strony został kardynałem. Przytaczam te fakty, ponieważ tylko w XIX wieku i tylko ludzie należący do grupy, którą Maria Czapska pięknie opisała w książce "Europa w rodzinie", dysponowali tak niezwykłą swobodą i mogli być prawdziwymi Europejczykami - mówili bowiem wszystkimi ważnymi językami i nie musieli zarabiać na życie. Wcześniej arystokracja odgrywała wprawdzie istotniejszą rolę, ale brak było wolności, w tym niemal całkowitej wolności intelektualnej, z której Acton bez przerwy korzystał. Miał przy tym bardzo dużo pieniędzy, co także przydawało się w celach intelektualnych, bo zgromadził bibliotekę liczącą 70 tysięcy tomów, która obecnie stanowi osobną część biblioteki uniwersytetu oksfordzkiego.
Kiedy młody Acton, edukowany przede wszystkim prywatnie (nigdy nie zrobił matury), zdawał w 1850 roku do Cambridge, nie został przyjęty, gdyż był katolikiem. W rezultacie nigdy nie uzyskał żadnego formalnego wykształcenia. Stosunki w Anglii jednak szybko się zmieniły i w 1895 roku Acton został w Cambridge w Trinity College Regius Professor of Modern History, a jest to zapewne najbardziej zaszczytne wyróżnienie, jakie może spotkać historyka.
Skoro nie został przyjęty do Cambridge, ojczym i matka za namową niemieckich kuzynów skierowali go na prywatne studia u Ignaza von Döllingera w Monachium. Okazało się to kluczowe dla dalszej edukacji Actona i dla całego jego życia. Döllinger był wybitnym znawcą historii Kościoła, a pracował i uczył w szczególnych warunkach, jakie wtedy powstały w krajach niemieckich na skutek milczącego porozumienia protestantów i katolików, którzy przestali się spierać, co w sposób zasadniczy zwiększyło wolność debat religijnych. Döllinger, podobnie jak wielu innych niemieckich teologów, był zwolennikiem bezstronnych i możliwie otwartych badań nad historią Kościoła, opartych na analizie archiwów i ujawnianiu całej prawdy na temat decyzji podejmowanych w Watykanie. Pogląd ten popierał także największy historyk tamtych czasów, historyk - w przeciwieństwie do Döllingera - świecki, czyli Leopold von Ranke. Dla młodego Actona, który już kiedy miał osiem lat, marzył o studiowaniu historii, a zwłaszcza historii Kościoła, otworzyła się wielka szansa. Potem jego stosunki z Döllingerem popsuły się w związku ze sporem o opinię Döllingera na temat jednego ze znanych wówczas księży. Acton, zawsze pryncypialny w swoich sądach moralnych, nie mógł się zgodzić z pochwałą kapłana, bezkrytycznego apologety Kościoła.
Był to potem jeden z głównych problemów, jakimi zajmował się Lord Acton, zarówno w artykułach pisanych dla katolickich gazet (przez kilka lat pisywał do pisma "Rambler", które kupił, potem do innych znanych w Anglii czasopism), jak i w pracach naukowych oraz w olbrzymiej korespondencji. Do końca życia miał bardzo jasne stanowisko. Wiara i nauczanie religijne Kościoła są nie do zakwestionowania, natomiast los historycznej instytucji i ludzi ją tworzących, a nawet nią kierujących podlega takiej samej ocenie, jaką wydajemy w rezultacie analizy wszystkich innych historycznych instytucji. Acton krytykował więc kardynałów, a przede wszystkim papieży z okresu Renesansu, krytykował inkwizycję, z powodu której jego zdaniem Kościół powinien wyrazić żal. Sądził bowiem bardzo stanowczo, że każdy akt zabójstwa - a tak traktował wyroki inkwizycji - jest niedopuszczalny, stanowi moralny występek, którego Kościół powinien się wstydzić i jasno ten wstyd wyrażać. Pogląd ten dotyczył także wielu innych faktów z historii Kościoła. Powtórzmy, nie był to "liberalizm katolicki", lecz wymagania głęboko wierzącego, ale bezwzględnego w ocenach moralisty i historyka.
Na tym tle można doskonale zrozumieć, dlaczego Acton tak bardzo zaangażował się w budowanie opozycji wobec Piusa IX, który chciał ogłosić dogmat o papieskiej nieomylności. Acton był przyjmowany przez papieża, jego pozycja zarówno w europejskiej elicie, jak i w Kościele była tak silna, że papież musiał z nim rozmawiać. Jednak w trakcie Soboru Watykańskiego I (1869-1870) 35-letni wówczas Acton zaangażował swój poważny już wówczas autorytet (i pieniądze) w organizowanie opozycji wobec autorytarnych intencji Piusa IX. Udało mu się zmobilizować 157 biskupów, jednak potem papież zapanował w skrajnie niedemokratyczny sposób nad soborem i dogmat został uchwalony. Dla Actona cała sprawa była powodem silnego rozczarowania i odtąd, choć ani przez moment nie przestał być wierzącym katolikiem, nie zajmował się już bieżącymi sprawami Kościoła. Przez kilka lat milczał, a potem zajął się swoim wielkim planem, czyli napisaniem dzieła na temat historii wolności. Wprawdzie nigdy go nie ukończył, ale dysponujemy, także w polskich przekładach, fragmentami czy też przymiarkami do tej pracy oraz jej planem i na podstawie tego, a także na podstawie innych okazjonalnych tekstów oraz korespondencji możemy odtworzyć poglądy Actona na rolę wolności i religii w dziejach.
Acton pisał: "Byłoby stosowne, gdyby ludzie nigdy nie popadali w błąd ukrywania prawdy i zachęcania do nieprawdy dla dobra i bezpieczeństwa religii. Uważam, że czyniłbym dyshonor Kościołowi, gdybym podejrzewał, iż ukrywanie faktów może prowadzić do osłabienia religii i autorytetu Kościoła i dlatego muszę zajmować się tym, co czynię, czyli zbieraniem faktów". Stosując tę zasadę, Acton podjął refleksję nad historią związku między wiarą a wolnością. Podstawowym warunkiem istnienia prawdziwej wiary jest wolność. Wiara nie może być wolnym wyborem, jeżeli istnieje jakakolwiek presja zewnętrzna, dlatego wolność sprzyja wierze, zaś wiara wymagająca wolności sprzyja tej ostatniej, także w sferze świeckiej.
Lord Acton jako historyk i zarazem moralista przyjął wyjątkową i bardzo ciekawą postawę wobec zadań historyka. Wychowany przez niemiecką szkołę historyczną, która w XIX wieku odnosiła wielkie triumfy, podkreślał rolę pracy historyka, a zwłaszcza pracy w archiwach (co do połowy XIX wieku było rzadkością), która jego zdaniem winna być całkowicie bezstronna i obiektywna. To nie budziło niczyich wątpliwości, ale równocześnie Acton uważał, że historyk po dokonaniu takiej właśnie jak najbardziej sumiennej pracy powinien w sprawozdaniu z niej, jakie przedstawi w postaci artykułu czy książki, zająć jasne i pozbawione wątpliwości stanowisko sędziego. Powinien, jednym słowem, oceniać przeszłość i mówić, co było złem.
Doskonałym przykładem tej postawy jest sławna polemika Lorda Actona z Mandellem Creightonem, wybitnym anglikańskim historykiem, autorem historii papiestwa. Acton napisał recenzję tej książki, krytykując - co zaskakuje - protestanckiego kolegę za nadmiar pobłażliwości wobec historii Kościoła. Nawiązała się między nimi przyjacielska korespondencja (obaj byli członkami redakcji "English Historical Review"), w której to Acton jasno sformułował swój argument i napisał powszechnie znane słowa: "Nie jestem w stanie zaakceptować Pańskiego kanonu, według którego powinniśmy sądzić Papieża i Króla inaczej niż pozostałych ludzi, z góry przychylnie zakładając, że nie zrobili oni nic złego. Jeśli istnieje jakieś domniemanie dotyczące sprawujących władzę, to jest to dokładnie odmienne podejście, a mianowicie: odpowiedzialność wzrasta wraz ze wzrostem władzy. Historyczna odpowiedzialność musi nadrabiać braki odpowiedzialności prawnej. Władza prowadzi do deprawacji, a absolutna władza deprawuje absolutnie. Wielcy ludzie prawie zawsze byli złymi ludźmi, nawet wówczas, gdy posiadali wpływy, a nie władzę: tym bardziej, gdy dodamy do tego tendencję lub wręcz nieuniknioność zepsucia przez władzę. Nie ma gorszej herezji niż ta, według której stanowisko uświęca osobę, która je zajmuje." Gotowość do formułowania ocen na podstawie rzetelnie zbadanego materiału historycznego wzbudziła oczywiście protesty wśród olbrzymiej większości historyków. Obiektywizm stanowił dla nich wzór, a ocena mogła być ograniczona do zdania prywatnego, niewyrażanego w żadnej publicznie ogłaszanej pracy. Acton pod wpływem tej presji częściowo złagodził swoje stanowisko, kiedy został profesorem w Cambridge, ale nie zrezygnował z niego do końca życia. Bo też sprawa wcale nie jest taka prosta, chociaż i obecnie historycy byliby przeciwni stanowisku Actona. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że Acton nie zamierzał zamienić nauk historycznych na prawienie morałów. Jako człowiek, jako moralista i jako katolik uważał, że w niektórych przypadkach mamy prawo do jasnych ocen. To właśnie wiara daje nam to prawo, a niekiedy też wręcz zmusza do osądzania różnych działań, także działań Kościoła. Istnieją bowiem podstawy do takich ocen, przede wszystkim ta jedna zasadnicza, jaką stanowi protest przeciw zadawaniu śmierci, przeciw wszystkim pozornie usprawiedliwionym morderstwom w historii. Konieczność formułowania ocen dotyczy także każdego faktu, każdego zachowania i decyzji władzy politycznej czy kościelnej, która powoduje ograniczenie wolności.
Acton nie zamierzał zamieniać nauk historycznych w historię moralności, ale w imię obrony wolności i poszerzania jej zakresu gotów był wskazywać palcem, kto i w jakich okolicznościach wolność naruszał. Dowodził też przekonująco, że wszystkie polityczne (nie dogmatyczne czy teologiczne) decyzje Kościoła nie tylko podlegają takiej samej ocenie jak decyzje innych, świeckich instytucji, ale wręcz powinny być oceniane surowiej, bowiem Kościół musi zawsze bronić wolności - z racji swojej misji, która polega na krzewieniu wiary. Pod tym względem był bardzo bliski kardynała Newmana, który także z niewzruszonym zaufaniem przyjmował zasady wiary i teologiczne nauczanie Kościoła (co jest tak widoczne w jego "Apologii pro vita sua"), ale nie zawsze zgadzał się z jego świeckim autorytetem. Jeżeli przypomnimy sobie ówczesne poglądy Kościoła, to zrozumiemy, dlaczego (bezpodstawnie) nazywano Actona liberałem. Pius IX ogłosił w 1864 roku sławny Syllabus błędów, który stanowił najsilniejszy w drugiej połowie XIX wieku wyraz przekonania, że podstawowe instytucje nie uległy zmianie, a jeżeli tak się stało, to jest to nie tylko niezgodne z poglądami Kościoła, ale także zgubne. Papież mówił to samo po ukazaniu się bardzo popularnych książek Tocqueville'a i Johna Stuarta Milla, po okresie rządów liberała niewątpliwego, jakim był Fran?ois Guizot oraz w czasach wielkiego rozwoju przemysłu i podziału na antagonistyczne warstwy społeczne. Kościół tych zjawisk jeszcze nie dostrzegał. Jest to równocześnie odrzucenie świata objętego wielką zmianą i uznanie tego świata za śmiertelne zagrożenie dla Kościoła. Kiedy Pius IX mówi o liberalizmie, nie chodzi mu o doktrynę, jaką znamy z historii idei, lecz o zestaw rozmaitych swobód jednostkowych, które dla Kościoła są nie do przyjęcia i zarazem stanowią (gdyby się upowszechniły - co ówcześnie było już po części faktem) zagrożenie dla Kościoła. Wciąż realizowane są równocześnie dwa cele - obrona jedynie słusznej wiary i obrona instytucji, która tę wiarę upowszechnia i nadzoruje. W osłabieniu roli instytucji upatruje się zagrożenia dla samej wiary. Przypomina to zasadniczy brak zaufania do jednostki ludzkiej, jaki demonstrował Grzegorz XVI, który był przekonany, że katolicy bez gwarantowanej i swobodnej opieki Kościoła natychmiast zejdą na złą drogę. O ile można ostatecznie uznać, że ataki na władzę Kościoła czy swoiście przezeń pojmowany liberalizm stanowiły dlań zagrożenie, o tyle modernizacja ani nie miała na celu walki z Kościołem (pomijając specyficzny przypadek Francji), ani faktycznie nie stanowiła dla niego zagrożenia - czego jednak nie chciał lub nie potrafił dostrzec. Nieustająca obrona i atak na domniemanego przeciwnika, który z dnia na dzień staje się coraz silniejszy, dominują w czasach Piusa IX - zupełnie jakby świat sprzysiągł się przeciwko Kościołowi, a nie zmieniał się tak dalece, że stanowisko Kościoła katolickiego (w sprawach niedotyczących wiary) dla rosnącej liczby ludzi stawało się coraz mniej istotne.
Na tym tle Lord Acton, który nie był w żadnym razie modernistą ani "postępowym" katolikiem, wygląda niczym postać z czasów po Soborze Watykańskim II. Właściwie nie zgadzał się ze wszystkim, co oznajmiał Pius IX, a potem już - za czasów Leona XIII - przestał zajmować się bieżącymi sprawami Kościoła. Do śmierci w 1902 roku zajęty był pracą historyka. Zamknięty w sobie, niechętny życiu towarzyskiemu, pracował i uczył.
Przesłanie Lorda Actona jest proste i złożone zarazem, a na pewno sprawia kłopoty wielu historykom idei, którzy chcieliby go jakoś porządnie zaklasyfikować i umieścić w jednej wyraźnej tradycji umysłowej. Dlatego też tak chętnie w naszych czasach wracamy do jego pism, chociaż czasem przyjmuje to jednostronne formy, jak w przypadku bardzo zasłużonego, gdy chodzi o publikowanie prac Actona, amerykańskiego Acton Institute for the Study of Religion and Liberty, który uczynił go patronem liberalizmu. Lord Acton stawiał niewątpliwie wolność na pierwszym miejscu i nie była to ani wolność negatywna, ani pozytywna (jak to niezbyt szczęśliwie odróżniał znakomity Isaiah Berlin), lecz wolność intelektualna i moralna. Ciągle nas zastanawia, jak to było możliwe, że Acton nie dostrzegał żadnego konfliktu między wolnością i wiarą, ale albo nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć, albo jest to bardzo proste - a jedynie wymagania, jakie Acton stawia wobec jednostki, są wyjątkowo wysokie. Przypomnijmy więc tylko: wolność jest wartością bezwzględną i niekwestionowaną i - między innymi - dzięki tak pojmowanej wolności możemy swobodnie, a więc prawdziwie wierzyć. Dotyczy to zarówno jednostek, jak i społeczeństw. Warunkiem jednak jest wiara, która ani nie zaprzecza intelektowi, ani nie odrzuca grzechów tego świata, które bez wahania należałoby potępić. Wolność nie musi prowadzić do wiary, ale bez niej wiara jest niemożliwa.
p
, ur. 1944, filozof, historyk idei, publicysta, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Współzałożyciel i redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa". Zajmował się historią polskiej myśli politycznej - na ten temat opublikował m.in. książki: "Sylwetki polityczne XIX wieku" (1974; wraz z Wojciechem Karpińskim), "Style politycznego myślenia: wokół >>Buntu Młodych<< i >>Polityki<<"(1979) oraz "Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywnąXIX wieku" (1985). Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego liberalizmu, komentator i krytyk myśli liberalnej, której poświęcił m.in. dwie książki: "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996) oraz ostatnio: "Bezradność liberałów" (2005). Oprócz tego wydał: "Romantyzm - piekło i niebo Polaków" (1998), "Historię myśli politycznej" (1998) oraz "Patriotyzm przyszłości" (2004). Ostatnio w "Europie" nr 52 z 30 grudnia ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Obyczaje demokracji".