Poprosiliśmy Jana Rokitę o skomentowanie najnowszej książki Zdzisława Krasnodębskiego "Zmiana klimatu" (Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2006). Zawarte w niej tezy dotyczące stosunków polsko-niemieckich wynikają zdaniem Rokity z klimatu rozczarowania, jaki zapanował w stosunkach polsko-niemieckich. Polscy politycy i intelektualiści przyzwyczajeni po 1989 roku do raczej dobrotliwego wizerunku zachodniego sąsiada, nagle odkryli, że Niemcy pragną politycznego potwierdzenia swojego statusu europejskiego mocarstwa. W efekcie pojawiają się obawy i ostrzeżenia przed nową niemiecką hegemonią - Krasnodębski udowadnia na przykład, że "ostatnimi laty w Niemczech gruntuje się niebezpieczna samowiedza własnej tożsamości narodowej i siły, a ich nowy koncept polityczny zakłada niemiecką hegemonię w Europie, a co najmniej w Europie Środkowej". W kolejnych numerach "Europy" książkę Krasnodębskiego i tekst Rokity komentować będą Roman Kuźniar i Jacek Saryusz-Wolski.
p
Mucha może być natrętna. Ale słoń w żadnym razie nie może być nieostrożny. Helmut Kohl tak kiedyś relacjonował swoją własną naukę o budowaniu jedności Europy. "Nauczyłem się nie tylko nigdy nie mówić: >>Wielkie Niemcy i malutki Luksemburg<<. Nauczyłem się także nie mówić: >>Luksemburg mniejszy od Niemiec<<. Jak więc mówiłem? >>Luksemburg nie tak wprawdzie duży jak Niemcy<<".
To prawda. Ów styl kohlowskiej wrażliwości na interesy, a zwłaszcza na dumę średnich i mniejszych narodów Europy był jeszcze w latach 90. wielką cnotą polityki europejskiej zjednoczonych Niemiec. Tym bardziej że towarzyszyły mu tradycyjne zabiegi o jednoczesne poszerzenie Unii i wzmocnienie mechanizmów wspólnotowego zarządzania Europą - tu Niemcy powodowały się przez lata szlachetnym europejskim idealizmem. A na dodatek jeszcze nie zakończyła się epoka, w której wina za hitleryzm i wojnę ciągle bezpośrednio przekładała się na niemiecki stosunek do świata w ogóle, w tym zwłaszcza chyba do Izraela i Polski. Ów dobry, kohlowski styl, autentycznie wspólnotowa orientacja i historyczne kłopoty z własną tożsamością Niemców stworzyły jednak pewien ekran, przez który zwykliśmy obserwować niemiecką politykę. Na tym cudownym ekranie wracający do sił niedźwiedź wyglądał jak duży, ale pluszowy miś. Głaskaliśmy go niemal każdego dnia wszyscy, no może z wyjątkiem fanatycznych neoendeków, którzy jednak w tamtych latach stanowili margines. Kiedy więc na przykład wielce propolski Friedbert Pflüger, rzecznik CDU ds. zagranicznych, mawiał że "dla Niemiec Polska jest po prostu Francją na wschodzie", mówiliśmy między sobą: "Trafił w dziesiątkę!". I raz jeszcze postanawialiśmy pogłaskać wielkiego misia. Tak, trzeba to uczciwie przyznać: ekran, przez który obserwowaliśmy Niemcy, pozwolił nam odsunąć od siebie myślenie o kategorii podstawowej dla naszych relacji, czyli o ich dysproporcjonalności. O dysproporcji mocy w czystej polityce, a nie tylko w gospodarczym potencjale - czego zawsze byliśmy świadomi. Kiedy więc w pierwszych latach nowego wieku kanclerz Gerhard Schröder dość brutalnie zdarł stary ekran, widok dysproporcji niemiecko-polskiej sprawił nam dotkliwą przykrość. Większość z nas zareagowała zawodem i rozczarowaniem. Jeden z konstruktorów europejskiej polityki rządu premiera Millera ambasador Jan Truszczyński wspominał niedawno w tonie głębokiego zawodu: "Powiem zupełnie szczerze: nam się nie udało przekonać establishmentu w MSZ i Urzędzie Kanclerskim do tego rodzaju całościowego, przyszłościowego zaplanowania współpracy polsko--niemieckiej wewnątrz poszczególnych polityk unijnych na okres przynajmniej najbliższych trzech lat". Mówiąc wprost - znaczyło to po prostu, że Niemcy, a w każdym razie Niemcy Schrödera nie przyjęły polskiej propozycji partnerstwa.
Rozczarowanie i zawód wynikłe z odkrycia polsko-niemieckiej dysproporcji mocy zrodziły dwie postawy, które zdają się dzisiaj wieść prym w polskim sporze politycznym o Niemcy. Pierwsza z nich - chyba dominująca - fakt przewagi politycznej zachodniego sąsiada traktuje jako polski zarzut wobec Niemiec. Nazwijmy ją postawą pretensji. Dwa momenty są dla niej kluczowe. Przede wszystkim jej zwolennicy zakładają, że Niemcy zrozumieli własną przewagę i postanowili jej w stosunkach zewnętrznych używać. Należy więc wykazać, że ostatnimi laty w Niemczech gruntuje się niebezpieczna samowiedza własnej tożsamości narodowej i siły, że Niemcy chcą zrewidować pogląd na przebieg II wojny światowej, a ich nowy (stary?) koncept polityczny zakłada niemiecką hegemonię w Europie, a co najmniej w Europie Środkowej. Temu zadaniu poświęca na sposób bardzo przenikliwy "niemiecką" część swojej nowej książki prof. Zdzisław Krasnodębski ("Zmiana klimatu", Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2006). Uważna lektura niemieckiej prasy ostatnich lat dostarcza dziesiątków argumentów na rzecz tych tez. Krasnodębski odnotowuje więc rozważania w piśmie "Merkur" o tym, czy aby tradycja pruska nie okaże się "jedynym paradygmatem kulturowym dla całych Niemiec". Wychwytuje, że nawet lewicowa "Die Zeit" uważa prezydenta Horsta Köhlera za Ślązaka, a więc zapewne "wypędzonego" z Polski, nie zaś (zgodnie z prawdą) - za dziecko Niemców sprowadzonych do Polski w ramach brutalnej kolonizacji Zamojszczyzny. Cytuje także zmarłego niedawno prof. Petera Glotza, który na łamach "Die Welt" zgłaszał "potrzebę przemyślenia na nowo relacji Niemców z sąsiadami" bynajmniej nie w pozytywnym dla owych sąsiadów kierunku. Swój wykład Krasnodębski kończy przestrogą, iż "zbyt mocna wiara (Niemców) w uwolnienie się od przeszłości przez jej przezwyciężenie może sprawić, że rzekomy uniwersalizm przerodzi się w hegemonialny unilateralizm w obrębie Europy". Dla polskiego polityka niedopowiedziana konkluzja tych obserwacji wydaje się zazwyczaj oczywista - i to jest drugi kluczowy moment postawy pretensji: z dumą i determinacją Drzymały trzeba przeciwstawić się nowemu "Drang nach Osten". Rzecz w tym, że - co oczywiste - nie dysponujemy dziś polityczną siłą zdolną do zbudowana w naszym regionie Europy zaporowego bloku, który mógłby przywrócić równowagę. Pozostaje zatem pytanie - jak to kiedyś świetnie ujął Piotr Buras - o szanse "ominięcia" Niemiec w polskiej polityce europejskiej. Czy zatem Niemcom powiedzieć twarde "nie", a polskie interesy w Europie realizować jakoś inaczej? Ale jak to zrobić?
Postawa druga winą za złe skutki obnażonej dysproporcji mocy obarcza politykę polską. Nazwijmy ją postawą krytyki. Krytycy najczęściej przywołują trzy powszechnie znane fakty: list ośmiu w sprawie Iraku z udziałem premiera Millera (nielojalność wobec Niemiec), hasło "Nicea albo śmierć" (bezsensowna dyplomatyczna wojna z Niemcami) i polską politykę historyczną, zwłaszcza "reparacyjną" rezolucję sejmową z września 2004 roku (żadne reparacje się nam nie należały i nie należą). W polskiej debacie żarliwymi rzecznikami postawy krytyki są profesorowie Zdzisław Najder i Roman Kuźniar. Pierwszy mówił niedawno: "Wyobrażam sobie taki nagłówek: Czwarta Rzeczpospolita przeciw Czwartej Rzeszy. Wolałbym, by były to senne majaki". Drugi zaś, określając polską politykę wobec Niemiec "histo-polityką, czyli zwulgaryzowaną wersją polityki historycznej", twierdził, iż dla wielu polskich polityków i badaczy Powstanie Warszawskie nadal trwa, mimo że skończyło się w 1944 roku. Ten punkt widzenia zdaje się zakładać, że to bezrozumna polska polityka, zachowując się wielokrotnie jak wzmiankowana wcześniej natrętna czy wręcz złośliwa mucha, musiała w końcu wywołać parę nieostrożnych machnięć trąbą ze strony dobrotliwego słonia. Implicite zakłada się tu też, że zmiany w polityce niemieckiej na przełomie wieków, w tym zwłaszcza od roku 2003, są raczej wyobrażone niż prawdziwe. Z postawy krytyki zdaje się też ciągle przebijać nadzieja, że ponowne doczepienie polskiego wagonika do niemieckiej lokomotywy nadal może przynieść pozytywne efekty. Zwolennicy tej postawy konsekwentnie nie chcą prowadzić dyskursu o skutkach wynikających z ujawnionej dysproporcji mocy. Czy zatem po prostu nie chcą widzieć rzeczywistości?
Geopolityczne kłopoty krajów miewają swoją, często bardzo odległą historię. Polska ma dwa takie kłopoty, ciągnące się poprzez dzieje aż po dziś dzień. Pierwszy to kłopot z polityczną peryferyjnością albo, mówiąc językiem bardziej historycznym - z dziedzictwem Karola Wielkiego. Ów cesarz, powszechnie na Zachodzie uznany za fundatora Europy, pechowo z polskiego punktu widzenia ustanowił północno-wschodnią granicę ówczesnego centrum świata na Łabie. Niezależnie od stanowiska w historycznym sporze o to, jak później kształtowało się polityczne centrum w Europie - czy prawdziwa wspólnota ograniczała się zawsze do narodów romańskich i germańskich (jak chciał np. wielki historyk Leopold von Ranke), czy też Polska wypadła z centrum dopiero wskutek unii z Litwą i postępu kapitalizmu (jak np. uważał Paweł Jasienica) - fakt pozostaje faktem, że polityczna peryferyjność względem centrum Zachodu powoduje, iż naturalną rolą Polski w europejskiej polityce stała się sui generis "drugorzędność". To nie jest ani zbieg okoliczności, ani chwilowa przypadłość historyczna, że także dziś część twardych zwolenników politycznej integracji w Europie myśli o możliwości pozostawienia Polski poza tym procesem. Takie było np. przesłanie głośnego wykładu europejskiego Joschki Fischera na Uniwersytecie Humboldta w maju 2000 roku. Kłopot z peryferyjnością powoduje, że nadrzędnym celem Polski winna być wieloletnia strategia "rozciągania" europejskiego centrum na wschód, co najmniej tak daleko, aby objęło ono Warszawę. Takie jest właśnie źródło choćby naszych wysiłków wobec Ukrainy i Białorusi.
Drugi fundamentalny polski kłopot geopolityczny zaczął się wprawdzie siedem wieków po Karolu, ale także ma swoją dostatecznie długą historię. U swych początków - za ostatnich Rurykowiczów i Jagiellonów - nazywał się on "jednoczeniem ziem ruskich", za panslawistycznego caratu Romanowów - "zlewaniem się słowiańskich rzek w rosyjski ocean", zaś za komunizmu - "doktryną Breżniewa". Jak zwał, tak zwał - jest to po prostu kłopot z Moskwą, która dość konsekwentnie od Wasyla III do Władimira Putina nie uznaje politycznego organizmu kierowanego najpierw z Krakowa, a później z Warszawy za część mapy politycznej Zachodu. Wiadomo: "kurica nie ptica...". To także nie jest zatem zbieg okoliczności ani chwilowa XIX-wieczna przypadłość, że najlepszy chyba "polityczny" obraz namalowany w Polsce przedstawia Stańczyka, który - jak pisał Stanisław Tarnowski - na wieść o utracie Smoleńska "ręce rozpaczliwie załamał i splótł, a oczy wpatrzył gdzieś daleko w przyszłość". Matejkowski Stańczyk stał się narodowym mędrcem dlatego, że zlekceważona przez dwór Jagiellonów utrata Smoleńska w początkach XVI wieku była dla niego przeczuciem przyszłych nieszczęść państwa. Dzisiejsza polityka prezydenta Putina wobec Polski oparta jest w całości o założenie "jak gdyby": umówmy się - proponuje Putin i nam, i partnerom na zachód od nas - że będziemy działać tak, jak gdyby Polska nie należała do Unii i NATO, choć oczywiście wiemy, że należy. 60-lecie zakończenia II wojny światowej, bałtycka rura, embargo na eksport rolny - to tylko konsekwentne przejawy polityki "jak gdyby". To dlatego właśnie strategia ciągłej obronnej ucieczki na Zachód pozostaje drugą centralną kwestią polskiej geopolityki. Rozciąganie centrum - to ofensywny awers, zaś ucieczka na Zachód - to defensywny rewers tej samej w gruncie rzeczy politycznej strategii. Gdyby na chwilę zamknąć oczy na dzisiejszy kształt europejskiej polityki i z tej zaciemnionej perspektywy postawić pytanie o to, czy i gdzie może Polska szukać sojuszników dla takiej strategii - tylko dwa punkty na mapie Europy wyglądają na warte uwagi. Są to Bruksela i Berlin.
Dlaczego Bruksela - to wydaje się dość oczywiste. Polityczna doktryna Komisji i podległej jej biurokracji jest niemal bezpośrednim odzwierciedleniem polskiego interesu narodowego. Komisja dąży do stworzenia politycznej wspólnoty Europy, dla której pragnęłaby stać się istotną władzą, oraz jednolitego europejskiego rynku, dla którego pragnęłaby być - wraz ze swoją biurokracją - głównym regulatorem. Od dobrych paru lat głównym hamulcowym obu procesów jest Rada Unii, a ściślej rzecz biorąc - rządy trzech europejskich potęg, które bronią swojego władania nad Europą i (poza Wielką Brytanią) wymuszają także zgodę na protekcjonistyczne praktyki. Im bardziej polityczne centrum Unii rozciąga się poza granice owych trzech potęg, tym większe potencjalnie pole politycznej autonomii komisarzy. A także: im skuteczniejsza "ucieczka" krajów peryferyjnych do centrum, a więc wzrastająca liczba i moc ich europejskich powiązań, tym - wbrew powierzchownemu wrażeniu - większy potencjał głębokiej integracji. Głęboka integracja, a więc przesuwanie się władzy w Europie od rządów do eurokratycznych komisarzy, jest dla nowych członków Unii jedną z najważniejszych możliwości ucieczki z obszaru peryferii. Polityczna istota tego procesu pozostaje właśnie taka, niezależnie od tego, czy ze względów światopoglądowych ktoś ów proces lubi, czy nie. Często niestety miewam wrażenie, że obecny polski rząd cechuje jakaś myślowa słabość, utrudniająca wyciągnięcie tego prostego i czysto politycznego wniosku.
Tyle o Brukseli. Ale dlaczego Berlin? Przestrzenna bliskość ma tu raczej znaczenie symboliczne, choć na realną politykę wpływa w sposób pośredni. Symbolicznie - co ważne - Berlin leży poza karolińską granicą Europy. Realnie oznacza to, że tylko z perspektywy Berlina ciekawe mogą się wydać takie kwestie jak los Królewca, układ rur gazowych i autostrad przechodzących przez Polskę. Te bardzo praktyczne obserwacje prowadzą nas jednak do konkluzji zasadniczej. Cała przestrzeń geopolityczna między stolicą Niemiec i zachodnimi krańcami Rosji może bowiem - pod pewnymi warunkami - stać się przedmiotem pozytywnej aktywności, której źródło leży w Berlinie. "Może" w żadnym razie nie oznacza "musi" - warto o tym pamiętać. Aby owo "może" się ziszczało, spełnionych winno być wcześniej kilka warunków brzegowych. Cztery z nich wydają się dziś najważniejsze.
Po pierwsze - "republika berlińska" (jak czasem określa się nowe Niemcy) musiałaby ponownie dostrzec swój życiowy interes we wspólnotowej, a nie międzyrządowej metodzie budowania Unii Europejskiej. To jest realnie do pomyślenia. Dla najsilniejszego państwa europejskiego miękkie środki oddziaływania na polityczny kształt kontynentu mogą być przecież dużo skuteczniejsze od wzbudzającej opór twardej polityki narodowego egoizmu. Gdyby to Europa, a nie Schröder, negocjowała z Rosją geografię gazociągów - ustalenie, że jeden z nich będzie przechodził przez Bałtyk byłoby znacznie mniej kontrowersyjne. Gdyby to Europa, a nie Steinbach, czciła pamięć ludzi wypędzonych ze swoich ojczyzn w wyniku II wojny światowej - w ogóle nie byłoby dzisiejszej awantury. Realne rozbudowywanie europejskiej polityki, zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa (przestępczość, sądy, granice itd.), oraz infrastruktury (autostrady, gazociągi, energetyka, informatyzacja), bez doktrynerskiego głoszenia federalistycznego celu - to mógłby być dla berlińskich Niemiec najbardziej efektywny sposób wywierania wpływu na Europę.
Po drugie Niemcy musiałyby zrozumieć, że już nigdy nie wolno im wpaść - jak mawiała Ulrike Guérot z Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej - we francuską pułapkę. W pułapkę tę dał się schwytać Gerhard Schröder, kiedy 22 stycznia 2003 roku po słynnej i nieszczęsnej dla Europy fecie z okazji 40. rocznicy niemiecko-francuskiego Traktatu Elizejskiego zadeklarował oficjalnie wraz z Chirakiem, że Niemcy i Francja "nie chcą się wprawdzie nikomu narzucać, ale chcą dać przywództwo swoim partnerom" (sic!). Skutkiem nowej polityki, którą zrodziła ta niemądra i niezwykła jak na wewnątrzunijne stosunki deklaracja, stało się brutalne zdarcie owego ekranu z sympatycznym wizerunkiem Niemiec. Za tym poszło przyjęcie przez Niemcy najgorszych dla Europy schematów polityki francuskiej: ostry konflikt z USA (Irak), sprzeciw wobec jednolitego rynku (praca, usługi), dyktat tzw. podwójnej większości (konstytucja), deeuropeizacja polityki wschodniej (francusko-niemieckie szczyty z Putinem) i nieprzestrzeganie wspólnie ustalonych reguł gry w Unii (łamanie kryteriów z Maastricht). Można było mieć wrażenie, że po 200 latach Napoleon ponownie wkroczył do Berlina. Wydarzenia te nie dały jednak Niemcom na dłuższą metę umocnienia ich wpływu na Europę. Przeciwnie - spowodowały wyłącznie głęboki kryzys całej Unii, z którego także Niemcy do dziś nie potrafią wyjść. I mimo że nowa kanclerz Angela Merkel wycofuje się z radykalizmu tej przemiany, niemiecka polityka - co stanowi kłopot dla Polski - długo, albo wręcz wcale, nie powróci na dawne tory. Przy okazji warto przeciwstawić się szeroko rozpowszechnionemu przesądowi: to fakt tej nowej "elizejskiej polityki" Niemiec, a nie dojście do władzy braci Kaczyńskich w Polsce oznaczał otwarcie polsko-niemieckiej puszki Pandory. Germanofobia braci jedynie wpisała się w ten kontekst.
Po trzecie (tu odwołuję się do znanej tezy ministra Adama Rotfelda), stosunki Warszawa - Berlin winny znaleźć się na poziomie choć o jeden stopień wyższym od stosunków Berlin - Moskwa. Co to może znaczyć: mieć lepsze stosunki? Czy Niemcom może dzisiaj bardziej zależeć na Polsce niż na Rosji? Nonsens. Czy Rosjanie zrezygnują z omijania wszelkimi sposobami Polski na swojej drodze do Niemiec? Też nonsens. A jednak istnieje dobra i sprawdzona droga wzmacniania zasadniczego spoiwa polsko-niemieckich relacji. Wynika ona z sieciowego charakteru powiązań między krajami, nieźle wypracowanego przez Unię Europejską. Pajęcza sieć bywa dziś czasem równie istotna w międzynarodowych relacjach jak spektakularne szczyty szefów państw. Wspólna europejska waluta (to dlatego z politycznego punktu widzenia przyjęcie euro przez Polskę jest celowe, i to nawet gdyby mieli rację ci, którzy twierdzą, że kostka masła zamiast 2,79 zł zacznie kosztować 1 euro), wspólna europejska straż graniczna - niezrozumiały jest konsekwentny opór władz polskich przeciw temu projektowi. Wspólna jamalska nitka gazowa i rura Bernau-Szczecin - tylko z doktrynerstwa ministra Naimskiego wynika konsekwentne nieprzyjmowanie do wiadomości, że możliwe jest wznowienie negocjacji na ten temat. Wspólne europejskie projekty infrastrukturalne i ekologiczne, lokalizowane w tym cywilizacyjnym i politycznym uskoku, rozciągającym się na obszarze między Berlinem i Warszawą. Wielkim sukcesem byłoby stworzenie dobrze przygotowanej inicjatywy tzw. "wzmocnionej współpracy" kilku państw Unii w dziedzinie bezpieczeństwa wewnętrznego, migracji i ścigania przestępców - na podstawie Traktatu Amsterdamskiego, z udziałem Polski i Niemiec oraz z poparciem Brukseli. Do legendy polskiej niemożności wpisana zostanie historia projektu sfinansowania prestiżowej katedry studiów polskich na jednym z niemieckich uniwersytetów. Każdy z takich projektów - niejako przy okazji - zwiększałby także siłę suwerenności państwa polskiego, jeżeli za miarę suwerenności uznamy dziś ilość i moc zewnętrznych powiązań, za pomocą których państwo buduje sobie zdolność oddziaływania na otaczający świat.
Po czwarte wreszcie (akceptacja tego postulatu przez nas, Polaków, po odkryciu na nowo faktu dysproporcjonalności polsko-niemieckich relacji może się okazać najtrudniejsza) powodzenie takiej strategii jest uwarunkowane siłą Niemiec. Niemcy politycznie osłabione wewnątrz Unii, skonfliktowane z Ameryką wewnątrz NATO i niepewne swej historycznej tożsamości nie są w stanie podjąć się swej potencjalnej misji w środku Europy. Na dodatek Niemcy podminowane społeczno-gospodarczym kryzysem, pełne irracjonalnych fobii i społecznego pesymizmu zaczynają bać się głębokiej integracji europejskiej, jednolitych rynków pracy czy usług, wchodzą w konflikt z Komisją Europejską i zwracają się ku karolińskiemu centrum Europy. Tej prawdy świadomi byli zawsze przenikliwi polscy patrioci, a zarazem germanofile, jak Władysław Studnicki czy Adolf Bocheński. Studnicki uważał na przykład, że zwiększenie roli Polski na kontynencie będzie możliwe tylko wtedy, gdy Niemcy staną się - jak pisał - "krystalizacyjnym ośrodkiem blokowania się Europy". Niemcy gospodarczo zdrowe i politycznie silne odnajdywały i odnajdą w przyszłości swoją drogę na wschód. Polski problem nie polega zaś ani na tym, jak fałszywie przedstawić sobie zdrowiejącego niedźwiedzia jako pluszowego misia, ani na tym, jak siać strach i budować linię obrony przed teutońską hegemonią. Wydaje się, że najważniejszym celem polskiej polityki wobec Niemiec powinno być dziś to, by z powracającej siły i zdrowia dużego sąsiada spróbować wyciągnąć własną korzyść. Gdybym nie bał się wydźwięku tego, co chcę powiedzieć, rzekłbym: potrzebujemy dzisiaj politycznego "Drang nach Osten" Niemiec. Potrzebujemy zwłaszcza tego, by był on skierowany na Warszawę, a nie tylko na Moskwę. To dlatego właśnie wysuwanie dziś zagadnień historycznych jako pierwszoplanowych dla relacji polsko-niemieckich jest błędem. Podzielam w tej sprawie zdanie Marka Cichockiego: wobec planu rekonstrukcji politycznego znaczenia obszaru, który nazywa on (nieco zabawnie) "Europą Środkowo--Wschodnio-Północną", oraz w sytuacji, gdy na naszych oczach rozstrzyga się przyszły charakter partnerstwa między Unią Europejską a Rosją kwestie te noszą w istocie "charakter poboczny". Dzięki Bogu, znów potrafimy pielęgnować naszą polską zbiorową pamięć - mogliśmy to wspólnie odczuć przy okazji rocznicy Powstania Warszawskiego. Nie mamy żadnego interesu, by kwestionować analogiczne prawo Niemców. I to ze świadomością faktu, że ich pamięć będzie różna od naszej. Próba stworzenia jednolitej wspólnej pamięci byłaby jedynie konstruktywistycznym absurdem.
Z lekkim przymrużeniem oka można by dodać, że z Niemcami mamy jeden politycznie doniosły spór historyczny, nie o winy, ale o zasługi. O zasługi w rozmontowaniu obozu komunistycznego w 1989 roku. Czy zrobiliśmy to my - doprowadzając do zwycięstwa "Solidarności" w czerwcu, czy Niemcy, rozbierając mur w listopadzie? Na tym historycznym polu jestem zwolennikiem polityki: zero kompromisu.
Tak, wiem dobrze, że naszkicowany tu model tego, co mogłoby się dziać między Polską i Niemcami, może mieć zastosowanie jutro, ale nie dziś. Dziś w polityce polskiej dominuje negatywna obawa przed odradzaniem się niemieckiej hegemonii w Europie, zaś w polityce niemieckiej - przekonanie, że Polska znalazła się pod władzą antyeuropejskiej nacjonalistycznej prawicy. Innymi słowy, na razie polityka przesądów wyprzedza politykę interesów. Obok tego wiedziemy z Berlinem i wieść musimy nadal dwa zasadnicze realne spory o przyszłość. O to, jaki kształt przybierze na wiele następnych lat współpraca Unii (czytaj: Niemiec) z Rosją oraz o - niedopuszczalny z polskiego punktu widzenia - projekt demograficznej zasady budowania większości, która w myśl nowego traktatu europejskiego podejmowałaby decyzje w Radzie Unii. Jeśli w tej sytuacji mam o coś pretensje do polskiego rządu, to tylko o to, że w dość małostkowy sposób stracono wyjątkowy moment, jakim było dojście do władzy Angeli Merkel w atmosferze ostrej opozycji wobec fatalnych dla Polski międzynarodowych koncepcji Schrödera. Jest niestety świadectwem braku umiejętności przekuwania koniunktury zewnętrznej na potrzeby polskiego interesu, a także poważnej słabości dyplomatycznej to, że w chwili, gdy były kanclerz Schröder publicznie grzmi przeciw Angeli Merkel jako symbolowi godnego pożałowania "zwycięstwa fobii i uprzedzeń" w stosunkach niemiecko-rosyjskich, polska minister spraw zagranicznych dokonuje w Sejmie żmudnych rozliczeń niemiecko-polskich rachunków krzywd i publicznie potępia lidera opozycji za to, że ważył się odebrać telefon od pani kanclerz. To polityka, która nie rozpoznaje znaków czasu.
W grze o swoje doraźne interesy wewnątrz Unii Polska jest skazana na niedogmatyczną politykę budowania zmiennych sojuszy. Powrót do polityki "bandwagoning" wobec Niemiec, a tym bardziej wobec Niemiec i Francji, po traumatycznym doświadczeniu z paktem Schröder-Chirac nie będzie możliwy. W istocie chciałem tylko powiedzieć, że mimo to długofalowym celem polskiej polityki winno być zrobienie dla Polski użytku z odradzającej się politycznej mocy państwa niemieckiego i historycznej samowiedzy niemieckiego narodu. A może trochę więcej: że bez tej mocy i bez tej samowiedzy ani nie będzie możliwe zniwelowanie potężnego uskoku oddzielającego - gdzieś między Berlinem a Warszawą - polityczne centrum Europy od jej peryferii, ani zapobieżenie skutkom ciągłego "wyłuskiwania" Polski przez Moskwę z Zachodu - mimo naszego członkostwa w Unii Europejskiej i NATO. To dlatego chcę zaproponować, by Niemcy traktować nie jako pole walki dla polskiej polityki zagranicznej, lecz jako pole pracy, jaka w narodowym interesie pozostaje do wykonania.
p
, ur. 1959, polityk, z wykształcenia prawnik. W czasach PRL działacz opozycji demokratycznej, członek ruchu Wolność i Pokój oraz NZS, uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Od 1989 roku poseł na Sejm RP. Przewodniczący komisji ds. przestępczej działalności tajnych służb PRL (tzw. komisja Rokity). Szef URM w rządzie Hanny Suchockiej. Członek władz Unii Demokratycznej, Unii Wolności i Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Od 2001 roku w Platformie Obywatelskiej, członek jej ścisłego kierownictwa, w latach 2003-2004 uczestniczył w pracach sejmowej komisji śledczej ds. afery Rywina. W "Europie" nr 40 z 7 października ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Jak bronić się przed >>układem<<".