Śmierć Fidela Castro nie spowoduje radykalnych demokratycznych zmian na Kubie - twierdzi Julia Sweig. Kubański dyktator wybrał już swoich następców i przekazał im władzę. Wbrew nadziejom amerykańskiego rządu i kubańskich emigrantów mieszkających w USA nie widać żadnych symptomów ewentualnego politycznego przewrotu. "Kuba nie jest demokracją wielopartyjną, ale jest to dosyć sprawnie funkcjonujące państwo, w którym świadomi obywatele wybierają lokalnych urzędników (co prawda pochodzą oni z jednej partii), zajmujących się takimi sprawami jak wywóz śmieci, komunikacja publiczna, zatrudnienie, szkolnictwo, służba zdrowia i bezpieczeństwo. Choć w kubańskich instytucjach coraz bardziej pleni się korupcja, są one obsadzane przez wykształconych urzędników służby cywilnej, sprawdzonych na polu walki oficerów wojska, zdolnych dyplomatów i kompetentnych urzędników niższego szczebla".
p
Odkąd Fidel Castro zdobył w 1959 roku władzę, Waszyngton i kubańska emigracja niecierpliwie czekały na moment, kiedy ją utraci - wierząc, że będzie można zaprowadzić wtedy na wyspie swoje porządki. Bez żelaznej pięści Fidela trzymającej Kubańczyków za twarz natychmiast pojawi się potrzeba szybkich zmian. Prześladowana przez długie lata ludność obali rewolucyjnych kompanów Castro i będzie się dobijała na północy o kapitał, know-how i przywództwo, by przekształcić Kubę w kraj demokratyczny i wolnorynkowy, ściśle współpracujący ze Stanami Zjednoczonymi.
Ale właściwy moment nadszedł - i nie wydarzyło się nic z tego, co przewidywał Waszyngton i emigranci. Podczas gdy obserwatorzy kubańskiego życia politycznego spekulują, jak długo jeszcze pożyje schorowany Fidel, transformacja postfidelowska już się rozpoczęła. Władza została przekazana nowej grupie przywódców, dla których priorytetem jest obrona systemu przy zgodzie na bardzo powolne reformy. Kubańczycy nie zbuntowali się, a jednym z fundamentów ich tożsamości narodowej nadal jest obrona ojczyzny przed amerykańskimi atakami na suwerenność Kuby. Pod presją ponawianych przez lata żądań zwiększenia partycypacji demokratycznej i wolności gospodarczej Kuba niewątpliwie się zmieni - ale z prędkością niedostrzegalną dla amerykańskiego oka.
Niecałe 50 lat władzy Fidela dobiegło końca tego lata, a sukcesję wyreżyserował on sam. Przekazanie władzy młodszemu bratu Raúlowi i kilkunastu lojalistom - którzy od dziesiątków lat rządzili krajem - odbyło się wyjątkowo gładko i bez wstrząsów. Nie było ani jednego burzliwego wydarzenia na kubańskich ulicach. Nie było exodusu ludności. I mimo początkowej euforii w Miami z portów na Florydzie nie popłynął na wyspę ani jeden statek. To, czy Fidela dzielą od śmierci tygodnie, miesiące czy lata, w gruncie rzeczy nie ma dla Kuby większego znaczenia.
Jednak w polityce kubańskiej Waszyngtonu - której podstawowym celem jest zmiana reżimu - od dawna dominuje myślenie życzeniowe coraz bardziej oderwane od panujących na wyspie realiów. Głosy i finansowe wsparcie wyborcze 1,5 miliona Amerykanów pochodzenia kubańskiego, którzy mieszkają na Florydzie i w New Jersey, sprawiają, że o kształcie polityki USA wobec Kuby decydują wewnętrzne względy polityczne. Tendencję tę tolerują, a nawet wzmacniają amerykańskie służby wywiadowcze, które zadziwiająco słabo penetrują kierunek kubański.
Utrzymując ten stan rzeczy, politycy szli po linii najmniejszego oporu, ale jeśli transformacja postfidelowska będzie trwała dalej, tego rodzaju polityka zacznie pociągać za sobą realne koszty - dla Stanów Zjednoczonych i dla samej Kuby. Śmierć Fidela - zwłaszcza jeśli nastąpi w amerykańskim okresie przedwyborczym - może wywołać destabilizację właśnie z powodu panującego w USA przekonania, że Kuba będzie wtedy podatna na ingerencje z zewnątrz. Niektórzy emigranci mogą spróbować wciągnąć Stany Zjednoczone w bezpośredni konflikt z Hawaną - albo zachęcając Kubańczyków do ucieczki z wyspy, albo apelując do Kongresu, Białego Domu i Pentagonu, by podjęły próbę obalenia postfidelowskiego rządu.
Waszyngton musi wreszcie otrzeźwieć i zrozumieć, dlaczego reżim Castro okazał się tak trwały, a także przyjąć do wiadomości, że na skutek wywiadowczych zaniedbań ma bardzo niewiele narzędzi, które pozwoliłyby mu skutecznie wpływać na kubańską politykę po odejściu Fidela. W sytuacji, gdy wiarygodność USA w Ameryce Łacińskiej i na całym świecie osiągnęła najniższy poziom w historii, czas porzucić politykę, która okazała się całkowicie błędna.
31 lipca 2006 roku sekretarz Fidela Castro wygłosił następujące oświadczenie: na kilka dni przed swoimi 80. urodzinami Fidel przeszedł poważną operację i "tymczasowo" przekazał władzę swemu 75-letniemu bratu Raúlowi oraz sześciu wysoko postawionym urzędnikom. Zarówno zdjęcia wyraźnie osłabionego przywódcy, jak i jego apele do Kubańczyków, by przygotowywali się na jego odejście, wskazywały, że choroba Fidela jest bardzo ciężka. Na całej wyspie zapanowała atmosfera rezygnacji i wyczekiwania.
Raúl szybko przejął po bracie obowiązki pierwszego sekretarza partii, szefa politbiura i przewodniczącego Rady Państwa (zachowując przy tym kierownictwo sił zbrojnych i służb specjalnych). Inni zastępcy - z których dwaj ściśle współpracowali z braćmi Castro od czasów rewolucji, a czterech wyrobiło sobie mocną pozycję w latach 90. - stanęli na czele kluczowych gałęzi gospodarki. Ludzie ci już od bardzo dawna przygotowywali się do przejścia na system kolektywnego rządzenia. José Ramón Balaguer, lekarz, który podczas rewolucji walczył jako partyzant w Sierra Maestra, objął pieczę nad publiczną służbą zdrowia. José Ramón Machado, także lekarz i kombatant ze Sierra Maestra, oraz Esteban Lazo Hernandéz wspólnie kierują szkolnictwem. Carlos Lage Dávila - główny architekt reform gospodarczych z lat 90., które polegały między innymi na próbach ściągnięcia zagranicznych inwestycji - przejął sektor energetyczny. Francisco Soberón Valdés, szef banku centralnego, i Felipe Pérez Roque, minister spraw zagranicznych, mają "osobiście rozdzielać środki finansowe" dla tych dziedzin, tak jak to robił dotychczas Fidel.
Po kilku tygodniach od oświadczenia Fidela Raúl udzielił wywiadu ewidentnie przeznaczonego dla amerykańskich uszu. Kuba "zawsze była gotowa znormalizować stosunki na równych warunkach, ale nie zaakceptuje aroganckiej i interwencjonistycznej polityki tej administracji". Stany Zjednoczone nie mogą zatem liczyć na żadne ustępstwa w kwestii kubańskiego ustroju. Kilka dni później w podobnym trybie odpowiedział mu Thomas Shannon, zastępca sekretarza stanu ds. półkuli zachodniej. Waszyngton, stwierdził Shannon, rozważy zniesienie embarga - ale pod warunkiem, że Kuba wejdzie na drogę wiodącą ku demokracji wielopartyjnej, zwolni wszystkich więźniów politycznych i pozwoli na zakładanie niezależnych stowarzyszeń. Z Fidelem czy bez, oba rządy nadal tkwiły w tym samym martwym punkcie.
Z perspektywy Waszyngtonu ten paraliż może się wydawać tymczasowy. Shannon porównał Kubę po Fidelu do zepsutego helikoptera, który wkrótce się rozbije. Pogląd ten, rozpowszechniony wśród amerykańskich polityków, pomija jednak pewną niewygodną prawdę na temat Kuby rządzonej przez reżim braci Castro. Przy całym wielkim osobistym autorytecie Fidela i ogromnych zdolnościach organizacyjnych Raúla władza państwowa na Kubie w żadnym razie nie opiera się tylko na charyzmie, autorytecie i legendzie tych dwóch ludzi.
Owszem, Kuba nie jest demokracją wielopartyjną, ale jest to dosyć sprawnie funkcjonujące państwo, w którym świadomi obywatele wybierają lokalnych urzędników (co prawda pochodzą oni z jednej partii), zajmujących się takimi sprawami jak wywóz śmieci, komunikacja publiczna, zatrudnienie, szkolnictwo, służba zdrowia i bezpieczeństwo. Choć w kubańskich instytucjach coraz bardziej pleni się korupcja, są one obsadzane przez wykształconych urzędników służby cywilnej, sprawdzonych na polu walki oficerów wojska, zdolnych dyplomatów i kompetentnych urzędników niższego szczebla. Kubańscy obywatele są nieźle wykształceni, kosmopolityczni i bardzo przedsiębiorczy.
Krytycy reżimu braci Castro krzywią się na takie opisy i ciężko pracują nad tym, by skierować uwagę Waszyngtonu i świata na łamanie praw człowieka, więźniów politycznych oraz brak swobód gospodarczych i politycznych. Zastrzeżenia te są uprawnione, ale nie tłumaczą braku gotowości do zrozumienia zarówno źródeł poparcia społecznego dla Fidela, jak i charakteru status quo, który z pewnością pozwoli funkcjonować Raúlowi i obecnej kolektywnej władzy. Podczas listopadowego pobytu na Kubie rozmawiałam z całą rzeszą wysokich urzędników, zagranicznych dyplomatów, intelektualistów i krytyków reżimu, by wyrobić sobie obraz tego, jak osoby będące na miejscu widzą przyszłość wyspy. (Od 1984 roku byłam na Kubie prawie 30 razy i spotykałam się z bardzo różnymi ludźmi, poczynając od samego Fidela, a kończąc na obrońcach praw człowieka i więźniach politycznych). Przedstawiciele wszystkich szczebli administracji państwowej i partyjnej wyrażali stanowcze przekonanie, że reżim przetrwa odejście Fidela. Zarówno zwolennicy, jak i krytycy reżimu chętnie przyznają, że istnieją poważne problemy z wydajnością produkcji oraz dostarczaniem obywatelom towarów i usług. Ale szeroko zakrojona pomoc społeczna i powszechne przekonanie, że Raúl jest odpowiednim człowiekiem do walki z korupcją, są znacznie istotniejszym fundamentem trwałości władzy niż represje.
Na korzyść reżimu działa też jego butna postawa wobec Stanów Zjednoczonych. Zgodnie z kubańską mitologią narodową siły zewnętrzne - w XIX wieku Hiszpania, w XX wieku Stany Zjednoczone - żerowały na podziałach wewnątrz kubańskiego społeczeństwa, aby zdominować tamtejsze życie polityczne. Dla podtrzymania jedności narodowej ideologia rewolucyjna akcentuje ten wątek imperialistycznego mieszania się w wewnętrzne sprawy Kuby. Naczelne hasło tej ideologii głosi, że wewnętrzna jedność to najlepsza obrona przed zewnętrzną siłą, którą Kuba wciąż uważa za zagrożenie - Stanami Zjednoczonymi. Aby wzmocnić w Kubańczykach poczucie, że opłaca im się zrezygnować ze społeczeństwa otwartego na rzecz suwerenności narodowej, rewolucja wprowadziła programy społeczne, edukacyjne i zdrowotne, które do dzisiaj pozostają przedmiotem zazdrości krajów rozwijających się. Dostęp do szkolnictwa publicznego zyskała cała ludność, dzięki czemu starsze pokolenia niepiśmiennych chłopów mogły patrzeć, jak ich dzieci i wnuki zostają lekarzami i naukowcami. Do 1979 roku liczba analfabetów na Kubie spadła poniżej 10 proc., a średnia długość życia wzrosła z niecałych 60 lat w okresie rewolucji do prawie 80 lat dzisiaj (niemal zrównując się z amerykańską). Zapadalność na choroby zakaźne zawsze była na Kubie niższa niż w większości innych krajów Ameryki Łacińskiej, ale programy obowiązkowych szczepień wprowadzone przez rząd rewolucyjny całkowicie wyeliminowały polio, błonicę, tężec, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i odrę. W tym sensie państwo kubańskie naprawdę służy warstwom uboższym, zamiast przypochlebiać się krajowym elitom i ich amerykańskim sojusznikom.
Z kolei polityka zagraniczna sprawiła, że wyspa nabrała geopolitycznego znaczenia. Kubańczycy wykorzystywali Związek Sowiecki do pozyskiwania pieniędzy, broni i do ochrony przed swoim zażartym wrogiem z północy. Chociaż represjonowanie dysydentów i brak wolności gospodarczej wygnały wielu Kubańczyków z kraju, a wielu innych nastawiło wrogo do reżimu Castro, większość mieszkańców wyspy nauczyła się oczekiwać od państwa, że zapewni im ono podstawowy byt, utrzyma międzynarodowy prestiż ich kraju na należnym mu historycznie poziomie oraz odsunie Stany Zjednoczone na bezpieczną odległość. Koniec zimnej wojny poważnie zagroził temu status quo. Związek Sowiecki wycofał roczną dotację w wysokości 4 mld dol. i gospodarka z dnia na dzień skurczyła się o 35 proc. Kubańska elita polityczna zrozumiała, że bez sowieckiego wsparcia przetrwanie rewolucyjnego reżimu jest zagrożone - i za niechętną zgodą Fidela przygotowała pragmatyczny program ratunkowy. Kubańscy urzędnicy podróżujący za granicę zaczęli się posługiwać pojęciami, które dawniej stanowiły tabu, takimi jak "społeczeństwo obywatelskie". Pojawiały się propozycje, aby zorganizować wybory (jednopartyjne) do Zgromadzenia Narodowego i pozwolić na zakładanie małych prywatnych firm. Rząd zezwolił na prywatną działalność gospodarczą w około 200 branżach usługowych, przekształcił państwowe gospodarstwa rolne w spółdzielnie i umożliwił otwieranie niewielkich giełd rolnych. Z inicjatywy Raúla przedsiębiorstwa państwowe przyswoiły sobie kapitalistyczne praktyki biznesowe. Niektórych dyrektorów wysłano do europejskich szkół zarządzania. Ponieważ pojęcie "gospodarki socjalistycznej" brzmiało coraz mniej wiarygodnie, w państwowej prasie i w debacie publicznej coraz częściej pojawiały się takie słowa jak "rynek", "wydajność", "własność", "majątek" i "konkurencja". Inwestycje zagraniczne z Europy, Ameryki Łacińskiej, Kanady, Chin i Izraela pomogły rozkręcić rolnictwo, turystykę, górnictwo, telekomunikację, przemysł farmaceutyczny, biotechnologiczny i petrochemiczny.
Reformy te nie tylko sprawiły, że Kuba zmieniła się prawie nie do poznania w porównaniu z okresem sowieckim, ale również pomogły rządowi Fidela odzyskać swoją pozycję. Gospodarka zaczęła się odradzać, a służba zdrowia i szkolnictwo znów funkcjonowały sprawnie. Pod koniec lat 90. śmiertelność noworodków (około 6 zgonów na 100 tys. urodzin) spadła poniżej poziomu amerykańskiego, a niemal 100 proc. dzieci kończyło dziewięć klas szkoły podstawowej. Czynsze pozostały symboliczne, choć stan techniczny budynków mieszkalnych stale się pogarszał i wymagały one pilnej modernizacji. Kosmopolityczne społeczeństwo - chociaż na wiele sposobów kontrolowane przez państwo - coraz bardziej otwierało się na świat poprzez programy wymiany kulturalnej, imprezy sportowe, współpracę naukowo-techniczną, programy zdrowotne, handel i dyplomację. Ponadto w 2002 roku emigranci przesłali na Kubę ponad miliard dolarów i prawie połowa ludności wyspy dysponowała amerykańską walutą.
W 2004 roku rozpoczął się proces "recentralizacji": państwo zastąpiło dolara wymienialną walutą, przydusiło prywaciarzy podatkami i zaostrzyło kontrolę wydatków w przedsiębiorstwach państwowych. Ale na przekór tej rygorystycznej kontroli czarny rynek kwitnie. Z oficjalnych zarobków nie da się wyżyć - gospodarka nabrała więc mieszanego charakteru, łącząc w sobie państwową kontrolę, chaos i "wolnoamerykankę". Zasady gry są na bieżąco ustalane i łamane, większość Kubańczyków musi naruszyć jakiś przepis, żeby związać koniec z końcem. Zarządcy przedsiębiorstw państwowych zmuszają pracowników, by kupowali od nich dostarczane przez państwo za darmo materiały, które są im potrzebne do wykonywania pracy, bo tylko w ten sposób można sprostać normom produkcyjnym.
Jednocześnie inwestycje w kapitał ludzki sprawiły, że Kuba mogłaby bardzo korzystać na globalizacji gospodarki. Wyspa cierpi na nadmiar fachowców i naukowców, ponieważ baza przemysłowa i zagraniczne inwestycje tworzą zbyt mało miejsc pracy dla ludzi o wysokich kwalifikacjach. Mając 10 tys. studentów na politechnice i już teraz skutecznie współpracując z firmami chińskimi i malezyjskimi w branży farmaceutycznej, Kuba jest gotowa do rywalizacji z czołowymi krajami rozwijającymi się.
Ostatnim potencjalnym punktem zwrotnym w stosunkach amerykańsko-kubańskich mógł być koniec zimnej wojny. Kubańczycy powitali upadek muru berlińskiego zbiorowym westchnieniem ulgi. Uznali to za okazję do sprawdzenia, jakim społeczeństwem może stać się Kuba pozbawiona wsparcia Związku Sowieckiego. Ale przez następne półtorej dekady twórcy amerykańskiej polityki - ograniczeni wymogami polityki krajowej i zasadniczym niezrozumieniem kubańskich realiów - marnowali kolejne szanse na położenie kresu kilkudziesięcioletniej wrogości. Zamiast pozwolić, by debaty o reformie potoczyły się swoim naturalnym torem, Waszyngton postanowił skorzystać z okazji do "przykręcenia Fidelowi śruby", jak to ujął Bill Clinton podczas kampanii prezydenckiej w 1992 roku. Kongres uchwalił, a Clinton podpisał Ustawę o demokracji na Kubie, która między innymi zabraniała zagranicznym oddziałom amerykańskich firm handlować z Kubą, a statkom płynącym z wyspy zawijać do amerykańskich portów. Jak można było przewidzieć, Hawana zareagowała oburzeniem, potępiając imperialne zakusy Stanów Zjednoczonych podczas dramatycznych publicznych protestów. Co ważniejsze, wstrzymano niektóre reformy - tak by jakiś wyłom w kubańskiej reducie nie otworzył drogi dla inspirowanej przez Amerykanów kontrrewolucji. Bezpieczeństwo narodowe okazało się ważniejsze niż wszystkie inne względy.
Przez następną dekadę widzieliśmy serię małych kroków do przodu i wielkich kroków wstecz. Administracja Clintona - licząc na to, że dowie się czegoś więcej o wyspie, a jednocześnie wbije klin między społeczeństwo i rząd kubański - wprowadziła zezwolenia na podróże na Kubę w celach akademickich i dla "wsparcia narodu kubańskiego". Przyjęła również zasadę "proporcjonalnej reakcji": zmiany polityki amerykańskiej miały podążać za zmianami sytuacji na Kubie. Kuba podjęła kilka ważnych reform, między innymi poluzowano restrykcje dotyczące podróży w celach rodzinnych i częściowo zawodowych, złagodzono przepisy meldunkowe dla pisarzy i artystów oraz kontynuowano liberalizację gospodarki. Latem 1994 roku, kiedy na skutek nieznośnych upałów, niedoborów prądu i żywności w Hawanie 40 tys. Kubańczyków odpłynęło na tratwach i łodziach w stronę wybrzeża USA, amerykańscy i kubańscy urzędnicy przystąpili do tajnych negocjacji w Kanadzie. W rezultacie nawiązano bezprecedensową współpracę w kwestiach imigracyjnych (Waszyngton miał wydawać Kubańczykom 20 tys. wiz rocznie, a amerykańska straż przybrzeżna miała odsyłać Kubańczyków schwytanych na morzu do bazy marynarki USA w Zatoce Guantánamo), a natężenie oficjalnych i nieoficjalnych kontaktów wzrosło do poziomu nienotowanego od czasów krótkiej odwilży za prezydentury Cartera.
Ale to nieśmiałe zbliżenie, któremu stanowczo sprzeciwiali się emigranci - z obawy, że jest to wstęp do pełnego wznowienia stosunków amerykańsko-kubańskich - szybko się skończyło. W lutym 1996 roku kubańskie lotnictwo zestrzeliło dwa samoloty pilotowane przez członków organizacji emigranckiej o nazwie Bracia na Ratunek. Organizacja, na czele której stał weteran walk w Zatoce Świń, odbywała loty rozpoznawcze nad Cieśniną Florydzką, a czasem zrzucała antycastrowskie ulotki na Hawanę z samolotów kupionych z amerykańskiego demobilu. Hawana wielokrotnie informowała Waszyngton, że nie będzie tolerowała tych lotów, ale zestrzelenie samolotów mimo to zaowocowało szybkimi retorsjami - w formie Ustawy o kubańskiej wolności i demokratycznej solidarności, bardziej znanej jako ustawa Helmsa-Burtona. Ustawa ta znacznie zaostrzyła amerykańskie sankcje. Dawała prezydentowi prawo uchylenia embarga tylko po spełnieniu przez Kubę szeregu warunków, takich jak wielopartyjne wybory, uznanie własności prywatnej i zwolnienie wszystkich więźniów politycznych. Stawiała też dodatkowy, bardzo istotny warunek: wszelkie zmiany polityki amerykańskiej wobec Kuby wymagają odejścia z życia politycznego Fidela i Raúla Castro oraz wszystkich mianowanych przez nich urzędników. Reżim kubański zareagował przyjęciem równie twardego kursu. Proces liberalizacji w jakimś stopniu kontynuowano - na przykład nowa konstytucja otworzyła drogę do odrodzenia religijnego, dając członkom partii komunistycznej prawo do jawnego praktykowania swojej wiary - ale jednocześnie ze struktur państwowych usunięto akademików i intelektualistów, których podejrzewano o związki z USA lub popieranie reform, jakich domagały się Stany Zjednoczone. Sygnał był nader czytelny: zmuszona wybierać między bezpieczeństwem narodowym a bardziej otwartym społeczeństwem, rewolucja zawsze postawi na bezpieczeństwo. Po ustawie Helmsa-Burtona administracja Clintona dyskretnie dążyła jednak do ocieplenia stosunków. W 1999 roku, kiedy na zatłoczonym placu Rewolucji w Hawanie Jan Paweł II zaapelował, by "świat otworzył się na Kubę, a Kuba otworzyła się na świat", Waszyngton i Hawana zyskały pretekst do nawiązania współpracy. Straże przybrzeżne obu krajów prowadziły wspólne operacje antynarkotykowe. Zespół bejsbolowy Baltimore Orioles i kubańska drużyna narodowa zagrały ze sobą dwumecz - w Baltimore i Hawanie - a kiedy muzykolog Ry Cooder wydał album z tradycyjnymi kubańskimi balladami, zadziałał "efekt Buena Vista Social Club": amerykańscy artyści, muzycy, duchowni, akademicy, studenci, biznesmeni i politycy tłumnie ściągali na wyspę. Amerykanie pochodzenia kubańskiego, którzy wyjechali do USA w dzieciństwie, po raz pierwszy odwiedzali swój ojczysty kraj i potem często tam wracali, integrując się z rodzinami po długiej rozłące.
Ale dzień po Święcie Dziękczynienia w 2000 roku proces pojednania znowu otrzymał ciężki cios - tym razem było nim przybycie na Florydę 6-latka Eliána Gonzáleza. Elián opuścił Kubę razem ze swoją matką, która zmarła podczas podróży do USA. Administracja Clintona początkowo ociągała się z odebraniem Eliána jego krewnym na Florydzie i odesłaniem go ojcu - co rozpaliło na Kubie uczucia nacjonalistyczne i wywołało masowe antyamerykańskie protesty. Z kolei kiedy prokurator generalna Janet Reno poleciła agentom FBI wkroczenie przed świtem do domu krewnych Eliána, "odbicie" chłopca i przekazanie ojcu, zawrzało w środowisku emigrantów. Incydent ten nie tylko pogrzebał nadzieje na dalsze ocieplenie stosunków amerykańsko-kubańskich, ale również przeważył szalę wyborów prezydenckich na stronę George'a W. Busha, który na Florydzie pokonał Ala Gore'a kilkuset głosami.
Administracja Busha zrezygnowała wprawdzie z tajnych działań na rzecz obalenia Fidela, ale Stany Zjednoczone wydają dzisiaj około 35 milionów dolarów na inicjatywy określane przez jednych jako "krzewienie demokracji", a przez innych jako "destabilizowanie sytuacji". Radio i telewizja Martí, emitowane z Florydy na Kubę, oraz inne programy rządowe mają na celu wspieranie dysydentów, rodzin więźniów politycznych, obrońców praw człowieka i niezależnych dziennikarzy. Niektórzy Kubańczycy słuchają Radia Martí, ale sygnał telewizji Martí jest zagłuszany przez władze, a przy braku oficjalnych stosunków między państwami tylko niewielka część wsparcia rzeczywiście dociera na wyspę. Lwia część tych środków trafia drogą bezprzetargową do chałupniczego przemysłu antycastrowskiego, który funkcjonuje w Miami, Madrycie oraz kilku stolicach latynoamerykańskich i wschodnioeuropejskich Na samej wyspie działania te generalnie przynoszą więcej szkody niż pożytku. Amerykańskie sankcje gospodarcze dostarczają władzom kubańskim uzasadnienia dla spowalniania procesu integracji Kuby z gospodarką światową. Rozpowszechnione na wyspie przekonanie, że rząd USA i kubańska diaspora wspólnie knują obalenie rządu w Hawanie, umacnia przedstawicieli partyjnego betonu, którzy argumentują, że tylko zamknięty model polityczny połączony z minimalną jedynie ilością wolnego rynku w gospodarce może uchronić wyspę przed dominacją obcego mocarstwa sprzymierzonego z dawnymi kubańskimi elitami finansowymi. Dysydenci, którzy jawnie identyfikują się z polityką USA i jej zwolennikami w Miami lub amerykańskim Kongresie, ściągają na siebie piętno sługusów Stanów Zjednoczonych, nawet jeśli nimi nie są. Ponadto władze kubańskie skutecznie podważyły krajową i międzynarodową wiarygodność dysydentów, ujawniając, że niektórzy są agentami amerykańskich (albo kubańskich) służb. Aresztowanie i internowanie 75 dysydentów w 2003 roku miało pokazać światu, że Kuba potrafi zapobiec próbom zmiany reżimu, nie zważając na lawinę krytyki ze strony społeczności międzynarodowej i Kongresu USA.
Na Kubie są autentyczni dysydenci niesplamieni związkami z władzą ani nieosłabieni wewnętrznymi konfliktami. Jeden z nich, Oswaldo Payá, to pobożny katolik stojący na czele grupy znanej jako Projekt Varela, która w 2002 roku zebrała ponad 11 tys. podpisów pod petycją wzywającą władze kubańskie do przeprowadzenia referendum na temat wolnych wyborów, wolności słowa, swobód gospodarczych i zwolnienia więźniów politycznych. Jednak warunkiem zachowania przez Payę wiarygodności i niezależności okazała się rezygnacja ze wsparcia społeczności międzynarodowej, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. W różnych oficjalnych instytucjach kubańskich funkcjonują setki narodowców, komunistów, socjalistów, socjaldemokratów i postępowców, którzy nie mają jeszcze przestrzeni politycznej dla publicznego wyrażania swoich poglądów, ale prowadzą działania opozycyjnie, których amerykańscy politycy albo nie dostrzegają, albo nie popierają.
Od wybuchu wojny w Iraku Kubańczycy uważnie obserwują skutki prowadzonej tam debaasyfikacji. Podobnie jak członkostwo w partii Baas za Saddama Husajna, przynależność do Komunistycznej Partii Kuby jest przepustką do kariery zawodowej zarówno dla szczerych wyznawców ideologii rewolucyjnej, jak i dla oportunistów. Do partii należą intelektualiści, proreformatorscy ekonomiści, duchowni, przebojowi młodzi działacze, naukowcy, wojskowi, urzędnicy administracji, policjanci i przedsiębiorcy z dochodowych sektorów gospodarki. Słowem, nie sposób ustalić, kto pośród mniej więcej miliona członków partii (i 500 tys. członków Związku Młodzieży Komunistycznej) jest prawdziwym fidelistą czy raulistą. Antypartyjna czystka pozbawiłaby kraj kompetentnych ludzi, którzy będą mu potrzebni po odejściu Fidela, niezależnie od tempa zmian.
Chociaż gospodarka rozwija się, a państwo inwestuje w transport, energetykę, edukację, służbę zdrowia i mieszkalnictwo, Kubańczycy są sfrustrowani tym, że ich życie sprowadza się do desperackiej walki o związanie końca z końcem. Pragną demokratyzacji i większej wolności gospodarczej. Ale rozumieją również, że procesy zmian systemu społecznego, ekonomicznego i politycznego będą przebiegały stopniowo oraz że reformami pokierują ci, których Fidel od dawna przygotowywał do przejęcia po nim schedy. Również Waszyngton musi przyjąć do wiadomości, że nie ma alternatywy dla tych, którzy już teraz kierują Kubą.
Z punktu widzenia namaszczonych przez Fidela następców transformacja rozpoczyna się w wyjątkowo korzystnej sytuacji międzynarodowej. Wbrew usilnym staraniom Waszyngtonu Kuba nie jest izolowana - utrzymuje stosunki dyplomatyczne z ponad 160 państwami, mieszkańcy prawie 100 krajów studiują na jej uczelniach, a jej lekarze pracują w 69 krajach. Odrodzenie się latynoamerykańskiej lewicy i wzrost nastrojów antyamerykańskich na całym świecie sprawiają, że wroga postawa Kuby wobec Stanów Zjednoczonych jest odbierana jako jeszcze bardziej uzasadniona niż po zakończeniu zimnej wojny. Stosunki kubańsko-wenezuelskie, oparte na wspólnej krytyce amerykańskiej potęgi, imperializmu i dzikiego kapitalizmu, mają szczególną wymowę symboliczną. Chociaż przymierze to raczej nie będzie trwałe, Wenezuela wspomaga Kubę dwoma miliardami dolarów rocznie w postaci taniej ropy oraz ściąga z kubańskiego rynku pracy nadwyżkę lekarzy, inżynierów i doradców. Nie uszczuplając swojej suwerenności na rzecz Cháveza, Hawana będzie podtrzymywała te stosunki, dopóki pozostaną one dla niej korzystne.
Wenezuela nie jest jedynym krajem, który przeciwstawi się dążeniom USA do osiągnięcia dominującej pozycji na Kubie po Fidelu i oczyszczenia kraju ze spuścizny rewolucyjnej. Latynosi, wśród których utrzymują się silne uczucia narodowe, od dawna traktują Fidela jako rzecznika sprawiedliwości społecznej i niezbędny hamulec dla imperialistycznych zakusów Stanów Zjednoczonych. Latynosi o różnych przekonaniach (w większości zdecydowani zwolennicy demokracji we własnych krajach) pragną dla Kuby miękkiego lądowania, a nie przemocy i chaosu, które ich zdaniem przyniesie polityka USA.
Kiedy Fidel umrze, różne "oficjalne czynniki" w Stanach Zjednoczonych i w społeczności międzynarodowej wysuną całą serię postulatów: zróbcie referendum i wolne wybory, natychmiast zwolnijcie wszystkich więźniów politycznych, zwróćcie znacjonalizowany majątek i wypłaćcie byłym właścicielom rekompensaty, zmieńcie konstytucję, wprowadźcie wolność prasy, sprywatyzujcie przedsiębiorstwa państwowe... Słowem, niech Kuba stanie się krajem, jakim nigdy nie była, nawet przed rewolucją. Wiele z tych celów byłoby pożądanych, gdyby budować państwo od zera, ale tylko niektóre są realne w dzisiejszej sytuacji.
Po śmierci Fidela do pałacu prezydenckiego w Hawanie nie wprowadzi się "reformatorski" rząd, na jaki liczy Waszyngton. To oznacza, że administracja powinna natychmiast zacząć rozmawiać z obecnymi władzami kubańskimi. Przy oczywistym założeniu, że zarówno USA, jak i Kuba są zainteresowane stabilną sytuacją po obu stronach Cieśniny Florydzkiej, priorytetem jest koordynacja wysiłków na rzecz zapobieżenia kryzysowi w kwestii uchodźców oraz prowokacjom organizacji emigranckich, które zechcą wyzyskać dla własnych celów moment zmian na wyspie. Poza tym Waszyngton i Hawana mogą współpracować w rozwiązywaniu szeregu innych problemów basenu Morza Karaibskiego, takich jak handel narkotykami, migracje, cła, bezpieczeństwo portów, terroryzm i skutki ekologiczne odwiertów naftowych w Zatoce Meksykańskiej. Obu krajom zdarzało się skutecznie współpracować w niektórych spośród tych kwestii: po obu stronach są kompetentni urzędnicy, którzy znają zagadnienia i w przeszłości mieli ze sobą osobisty kontakt. Zniesienie zakazu podróżowania, popierane przez ponadpartyjną większość w Izbie Reprezentantów, pozwoliłoby nadać stosunkom amerykańsko-kubańskim nową dynamikę. Wykonując rozmaite gesty dobrej woli, Waszyngton pomógłby kubańskim elitom wyzbyć się mentalności oblężonej twierdzy i prawdopodobnie przyspieszyłby reformy.
Sukcesorzy Fidela już pracują. Za Raúlem stoi cały szereg osób, które mają dostateczne kompetencje i autorytet, by przejąć wodze transformacji po jego odejściu. Fidel był dla nich dobrym nauczycielem: dążą do tego, by umocnić nową władzę, usprawnić codzienne funkcjonowanie struktur państwowych, stworzyć model reformy odpowiadający kubańskiej specyfice, utrzymać pozycję Kuby w Ameryce Łacińskiej oraz stawić czoła politycznym działaniom Stanów Zjednoczonych. Osiągnięcia te przetrwają śmierć Fidela i będzie to ostateczne zwycięstwo nestora latynoskich rewolucjonistów.
p
, politolog, zajmuje się stosunkami międzynarodowymi w Ameryce Łacińskiej. Jest członkiem Council on Foreign Relations oraz kolegium redakcyjnego hiszpańskojęzycznej edycji pisma "Foreign Affairs". Współpracowała z licznymi think tankami monitorującymi sytuację w krajach latynoamerykańskich. Opublikowała m.in. książki "Inside the Cuban Revolution: Fidel Castro and the Urban Underground" (2002) oraz ostatnio "Friendly Fire: Losing Friends and Making Enemies in the Anti-American Century" (2006).