Od chwili wprowadzenia gospodarki rynkowej w Polsce kobiety, a szczególnie matki, miały w pracy zawsze gorzej niż mężczyźni. Teraz pracodawcy przekonują się, że z dzieckiem czy bez - kobieta pracuje tak samo - mówi DZIENNIKOWI socjolog Julia Kubisa.
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Jaka jest sytuacja pracujących matek w polskich firmach?
Julia Kubisa: W ostatnim czasie trochę się zmieniła. Od chwili wprowadzenia gospodarki rynkowej w Polsce kobiety, a szczególnie matki, miały w pracy zawsze gorzej niż mężczyźni. Wśród pracodawców panowało głęboko zakorzenione przekonanie, że matka małego dziecka okaże się gorszym pracownikiem. Bo przyjdzie do pracy niewyspana, jak dziecko zacznie ząbkować, albo będzie często brać zwolnienia, gdy maluch zachoruje. Ale ta gorsza pozycja kobiet na rynku pracy wynikała też z mentalności, która nakazywała myśleć, że miejsce kobiety jest w domu, a nie w firmie.
I to się dopiero w ostatnim czasie zmienia; mama już nie kojarzy się ze zwolnieniami. Pracodawcy przekonują się, że z dzieckiem czy bez - kobieta pracuje tak samo.
Ale przecież matka małego dziecka jest z pewnością mniej dyspozycyjna niż ktoś, kto nie ma pod opieką malucha. Nie można udawać, że dziecko nie zabiera czasu.
No właśnie, nie udawajmy. I połóżmy nacisk na słowo "czas". Matce zależy na czasie, a skoro tak, to jest w stanie w krótszym czasie wykonać dużo więcej pracy niż wszyscy inni, jeśli tylko naprawdę będzie mogła wyjść z biura czy zakładu wtedy, kiedy faktycznie skończy swoje zadania. Właśnie dlatego mówiłam, że kobieta z dzieckiem może pracować dokładnie tak samo jak inni. Ktoś, kto ma dodatkowe obowiązki, takie jak na przykład dziecko, bardzo szanuje czas - swój i innych ludzi. Więc pracodawcy mogliby pozwolić matce pracować tak, żeby mogła tę umiejętność jak najlepiej wykorzystać.
Jak?
Rozwiązań jest wiele. Po pierwsze, telepraca, czyli możliwość wykonywania pewnych zadań w domu. Poza tym elastyczny czas pracy, to znaczy pracuję wtedy, kiedy naprawdę jest taka potrzeba, a nie w konkretnych, sztywno wyznaczonych godzinach. Ważna jest też możliwość rozkładania zadań: jednego dnia robię więcej, a innego mniej lub zupełnie mało. Bardzo pomogłaby matkom możliwość rozkładania godzin pracy w tygodniu w ten sposób, że np. godziny pracy z piątku rozkłada się na pozostałe dni, w które trzeba pracować dłużej, ale za to do biura wystarczy się stawić tylko cztery razy w tygodniu.
To nie są wcale jakieś specjalnie odkrywcze pomysły. W wielu miejscach na świecie już to funkcjonuje, więc u nas też może. Trzeba tylko zmienić mentalność pracodawców, a z tym jest największy problem.
Ale chyba nie wystarczy zmiana mentalności, potrzebne są też modyfikacje w prawie pracy. Na przykład takie, które w jasny sposób regulowałyby kwestię pracy w domu, bez proszenia kogokolwiek o łaskę.
Tak, całkowicie się zgadzam. Ale żeby wprowadzić dobre zmiany, potrzebne jest jeszcze coś: szerokie społeczne konsultacje. Nic się nie uda wprowadzić, jeśli władza nie zacznie pytać samych zainteresowanych, czyli pracodawców i zatrudnionych u nich matek, jakie rozwiązania byłyby dla nich najlepsze. W Polsce przydałaby się taka "komisja trójstronna" matek, pracodawców i państwa. Bo żeby znaleźć najlepsze rozwiązania, trzeba pytać samych zainteresowanych.
Przypomnijmy sobie dyskusję o okresie ochronnym dla kobiet, które wracają do pracy z urlopów macierzyńskich. Zamiary autorów tego pomysłu były dobre: chodziło o to, by pomóc kobietom w bezpiecznym powrocie do pracy. Ale ponieważ nikt nie zapytał zainteresowanych o zdanie, nie dowiedział się, że takie rozwiązanie jeszcze bardziej zantagonizuje pracodawców z matkami. Że dla dyrektorów i właścicieli firm będzie to jak kara za to, że zatrudnili młodą kobietę. I właśnie tak sprawa wygląda: różne instytucje próbują robić coś na własną rękę, powstaje chaos, a nie ma jednolitej polityki, która pozwoliłaby rozwiązać problemy. A one są i czekają na rozwiązanie.
Julia Kubisa, socjolog pracy, fundacja MaMa
Julia Kubisa: W ostatnim czasie trochę się zmieniła. Od chwili wprowadzenia gospodarki rynkowej w Polsce kobiety, a szczególnie matki, miały w pracy zawsze gorzej niż mężczyźni. Wśród pracodawców panowało głęboko zakorzenione przekonanie, że matka małego dziecka okaże się gorszym pracownikiem. Bo przyjdzie do pracy niewyspana, jak dziecko zacznie ząbkować, albo będzie często brać zwolnienia, gdy maluch zachoruje. Ale ta gorsza pozycja kobiet na rynku pracy wynikała też z mentalności, która nakazywała myśleć, że miejsce kobiety jest w domu, a nie w firmie.
I to się dopiero w ostatnim czasie zmienia; mama już nie kojarzy się ze zwolnieniami. Pracodawcy przekonują się, że z dzieckiem czy bez - kobieta pracuje tak samo.
Ale przecież matka małego dziecka jest z pewnością mniej dyspozycyjna niż ktoś, kto nie ma pod opieką malucha. Nie można udawać, że dziecko nie zabiera czasu.
No właśnie, nie udawajmy. I połóżmy nacisk na słowo "czas". Matce zależy na czasie, a skoro tak, to jest w stanie w krótszym czasie wykonać dużo więcej pracy niż wszyscy inni, jeśli tylko naprawdę będzie mogła wyjść z biura czy zakładu wtedy, kiedy faktycznie skończy swoje zadania. Właśnie dlatego mówiłam, że kobieta z dzieckiem może pracować dokładnie tak samo jak inni. Ktoś, kto ma dodatkowe obowiązki, takie jak na przykład dziecko, bardzo szanuje czas - swój i innych ludzi. Więc pracodawcy mogliby pozwolić matce pracować tak, żeby mogła tę umiejętność jak najlepiej wykorzystać.
Jak?
Rozwiązań jest wiele. Po pierwsze, telepraca, czyli możliwość wykonywania pewnych zadań w domu. Poza tym elastyczny czas pracy, to znaczy pracuję wtedy, kiedy naprawdę jest taka potrzeba, a nie w konkretnych, sztywno wyznaczonych godzinach. Ważna jest też możliwość rozkładania zadań: jednego dnia robię więcej, a innego mniej lub zupełnie mało. Bardzo pomogłaby matkom możliwość rozkładania godzin pracy w tygodniu w ten sposób, że np. godziny pracy z piątku rozkłada się na pozostałe dni, w które trzeba pracować dłużej, ale za to do biura wystarczy się stawić tylko cztery razy w tygodniu.
To nie są wcale jakieś specjalnie odkrywcze pomysły. W wielu miejscach na świecie już to funkcjonuje, więc u nas też może. Trzeba tylko zmienić mentalność pracodawców, a z tym jest największy problem.
Ale chyba nie wystarczy zmiana mentalności, potrzebne są też modyfikacje w prawie pracy. Na przykład takie, które w jasny sposób regulowałyby kwestię pracy w domu, bez proszenia kogokolwiek o łaskę.
Tak, całkowicie się zgadzam. Ale żeby wprowadzić dobre zmiany, potrzebne jest jeszcze coś: szerokie społeczne konsultacje. Nic się nie uda wprowadzić, jeśli władza nie zacznie pytać samych zainteresowanych, czyli pracodawców i zatrudnionych u nich matek, jakie rozwiązania byłyby dla nich najlepsze. W Polsce przydałaby się taka "komisja trójstronna" matek, pracodawców i państwa. Bo żeby znaleźć najlepsze rozwiązania, trzeba pytać samych zainteresowanych.
Przypomnijmy sobie dyskusję o okresie ochronnym dla kobiet, które wracają do pracy z urlopów macierzyńskich. Zamiary autorów tego pomysłu były dobre: chodziło o to, by pomóc kobietom w bezpiecznym powrocie do pracy. Ale ponieważ nikt nie zapytał zainteresowanych o zdanie, nie dowiedział się, że takie rozwiązanie jeszcze bardziej zantagonizuje pracodawców z matkami. Że dla dyrektorów i właścicieli firm będzie to jak kara za to, że zatrudnili młodą kobietę. I właśnie tak sprawa wygląda: różne instytucje próbują robić coś na własną rękę, powstaje chaos, a nie ma jednolitej polityki, która pozwoliłaby rozwiązać problemy. A one są i czekają na rozwiązanie.
Julia Kubisa, socjolog pracy, fundacja MaMa
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|