Na szczęście mam szefów wrażliwych na dziecięce krzyki; kiedy słyszą w słuchawce, że Julka płacze, proszą, żebym zadzwoniła, kiedy się uspokoi- pisze w DZIENNIKU Grażyna Pudełko, specjalista ds. marketingu z Biłgoraja, matka 5-letniej Julki.
Kiedy Julka skończyła regularnie chorować na zapalenie płuc, zaczęło się zapalenie oskrzeli. Jest zawsze tak samo; wieczorem słyszę kaszel dochodzący z jej
pokoju, a rano jest już gorączka i wymioty. Z bezsilności chce mi się płakać. Jak mam powiedzieć szefowi, że znowu idę na zwolnienie?
Wszyscy mówili, że to niezwykłe, że Julka nigdy nie choruje. Teściowa twierdziła, że to zasługa zimnego chowu, cokolwiek to znaczy. Mama rozwodziła się o zbawiennym wpływie spacerów na zdrowie dziecka. Kiedy Julka miała dwa lata, wróciłam do pracy. Teściowa grzmiała, że to jeszcze maleństwo, a mama, że poświęcam dziecko dla pracy. A ja uparłam się, że mam doskonały plan: rano będę zawozić Julkę do przedszkola, w ciągu dnia mała będzie się świetnie bawić z rówieśnikami, a ja będę spokojnie pracować. I wszyscy będą zadowoleni. Niestety.
Pasmo niepowodzeń Julki jako przedszkolaka i moje jako matki pracującej zaczęło się już miesiąc po debiucie w przedszkolu.
Październik. Obustronne, rozległe zapalenie płuc i tydzień w szpitalu. Mąż przychodził po pracy posiedzieć z córką, a ja leciałam do biura nadrobić zaległości z całego dnia. W nocy znowu się zamienialiśmy. Potem zwolnienie, nie zaprowadzę przecież dziecka do przedszkola zaraz po wyjściu ze szpitala. Znowu ten sam scenariusz: w dzień ja z Julką jestem w domu, mąż po wyjściu z biura zabiera ją do dziadków, a ja biegiem do pracy, bo to trudny czas w firmie.
Wreszcie wyzdrowiała. Teraz wszystko wróci do normy. Udowodnię szefowi, że nie popełnił błędu, kiedy mnie zatrudniał, posiedzę po godzinach. Wszystko nadrobię.
Styczeń. Obustronne, rozległe zapalenie płuc. Znowu szpital. "A nie mówiłam?" - mówią teściowa i mama zgodnym chórem. "Zmarnujesz dziecko! Ona nie może chodzić do przedszkola". A co mam z nią zrobić? Zresztą dobrze jej tam, ma kontakt z rówieśnikami. Nauczyła się nowych słówek po angielsku i zjada cały posiłek, sama! Mam rzucić pracę? A moja pensja? Czy dodatkowe pieniądze w domowym budżecie nie mają znaczenia? No i ostatni, niemal nieistotny argumencik: w pracy czuję się dobrze. Lepiej niż jako gospodyni domowa, żona przy mężu, czy jak ją tam zwał. Ja nie chcę być żadną z nich.
Boję się tylko, że szef nie zaplanował sobie w harmonogramie na najbliższe 10 dni mojego kolejnego zwolnienia, jest przecież tyle pracy. Dzwonił nawet do mnie do szpitala. Po paru dniach mogę wreszcie powiedzieć, że jedno płuco córki jest już prawie czyste. Ale to nie oznacza całkowitej poprawy: Julka ma kolejne prześwietlenie płuc, nadal wymiotuje - nie wiem, ile będę musiała tu jeszcze zostać. W szpitalu, z cierpiącym dzieckiem u boku tracą znaczenie obowiązki w pracy. Ale czy rozumieją to również ci, którzy przeze mnie mają dwa razy więcej roboty? Czy moja sytuacja jest dla nich dość dramatyczna, żeby nie mieli żalu i pretensji?
Kwiecień. Obustronne zapalenie płuc. Chyba nie dam rady. Czemu ona znów zachorowała? Przecież dbam o nią! Mam wrażenie, że "zapalenie płuc" w moich ustach brzmi już jak pęknięta rura w tłumaczeniach wagarowicza. O mały włos nie pytam szefa, czy mam jeszcze po co wracać do pracy. Nawet go rozumiem. Na moje miejsce szybko znalazłby wiele dziewczyn, które nie mają dzieci, są gotowe poświęcić mnóstwo czasu na pracę. To znana i prestiżowa firma.
Nawet na zwolnieniu byłam dyspozycyjna; starałam się za wszelkę cenę udowodnić, że nie zawiodę nikogo. Wreszcie udało się! Dostałam służbowego laptopa. Zwycięstwo! Teraz mogę być na zwolnieniu i pracować. Brawo! Dotrzymam słowa, koniec z telefonami do szefa: "Sorry, nie dam rady, dzisiaj muszę zostać w domu...". Będę z Julką, kiedy zajdzie potrzeba i zrobię wszystko, co do mnie należy, w pracy. Świat należy do mnie! Mam internet, więc już nie ma żadnej różnicy, gdzie pracuję. Grunt, że wszystko będzie zrobione.
Tak wyglądały ostatnie trzy lata.
Marzec 2007. Julka z regularnego zapalenia płuc przerzuciła się na zapalenie oskrzeli. Teraz dzień wygląda tak, że do czasu powrotu męża z pracy nie mam wolnej chwili, by przebrać się z piżamy, bo próbuję pogodzić opiekę nad dzieckiem rozdrażnionym chorobą z pisaniem e-maili, odbieraniem telefonów od szefa, któremu zagwarantowałam całkowitą dyspozycyjność podczas nieobecności w biurze. Na szczęście mam szefów wrażliwych na dziecięce krzyki; kiedy słyszą w słuchawce, że Julka płacze, proszą, żebym zadzwoniła, kiedy się uspokoi. Jest ciężko, ale mogę pracować, nie spędzam całego zawodowego życia na zwolnieniach, nie zaniedbuję córki.
Bywa tak, że Julka po długiej chorobie wraca do przedszkola i już po trzech dniach słyszę kaszel z jej pokoju. Jak to możliwe, że zaraziła się od kogoś tak szybko! Wpadam w panikę, wlewam w nią syropy z cebuli i miodu. Proszę, nie rozchoruj się znowu. Czasem opadam z sił. Nasz pulmonolog przyzwyczaił się już do widoku moich łez. Choć mogę pracować w domu, to jednak boję się. Czy szef naprawdę zrozumie? I na jak długo starczy mu cierpliwości?
Wszyscy mówili, że to niezwykłe, że Julka nigdy nie choruje. Teściowa twierdziła, że to zasługa zimnego chowu, cokolwiek to znaczy. Mama rozwodziła się o zbawiennym wpływie spacerów na zdrowie dziecka. Kiedy Julka miała dwa lata, wróciłam do pracy. Teściowa grzmiała, że to jeszcze maleństwo, a mama, że poświęcam dziecko dla pracy. A ja uparłam się, że mam doskonały plan: rano będę zawozić Julkę do przedszkola, w ciągu dnia mała będzie się świetnie bawić z rówieśnikami, a ja będę spokojnie pracować. I wszyscy będą zadowoleni. Niestety.
Pasmo niepowodzeń Julki jako przedszkolaka i moje jako matki pracującej zaczęło się już miesiąc po debiucie w przedszkolu.
Październik. Obustronne, rozległe zapalenie płuc i tydzień w szpitalu. Mąż przychodził po pracy posiedzieć z córką, a ja leciałam do biura nadrobić zaległości z całego dnia. W nocy znowu się zamienialiśmy. Potem zwolnienie, nie zaprowadzę przecież dziecka do przedszkola zaraz po wyjściu ze szpitala. Znowu ten sam scenariusz: w dzień ja z Julką jestem w domu, mąż po wyjściu z biura zabiera ją do dziadków, a ja biegiem do pracy, bo to trudny czas w firmie.
Wreszcie wyzdrowiała. Teraz wszystko wróci do normy. Udowodnię szefowi, że nie popełnił błędu, kiedy mnie zatrudniał, posiedzę po godzinach. Wszystko nadrobię.
Styczeń. Obustronne, rozległe zapalenie płuc. Znowu szpital. "A nie mówiłam?" - mówią teściowa i mama zgodnym chórem. "Zmarnujesz dziecko! Ona nie może chodzić do przedszkola". A co mam z nią zrobić? Zresztą dobrze jej tam, ma kontakt z rówieśnikami. Nauczyła się nowych słówek po angielsku i zjada cały posiłek, sama! Mam rzucić pracę? A moja pensja? Czy dodatkowe pieniądze w domowym budżecie nie mają znaczenia? No i ostatni, niemal nieistotny argumencik: w pracy czuję się dobrze. Lepiej niż jako gospodyni domowa, żona przy mężu, czy jak ją tam zwał. Ja nie chcę być żadną z nich.
Boję się tylko, że szef nie zaplanował sobie w harmonogramie na najbliższe 10 dni mojego kolejnego zwolnienia, jest przecież tyle pracy. Dzwonił nawet do mnie do szpitala. Po paru dniach mogę wreszcie powiedzieć, że jedno płuco córki jest już prawie czyste. Ale to nie oznacza całkowitej poprawy: Julka ma kolejne prześwietlenie płuc, nadal wymiotuje - nie wiem, ile będę musiała tu jeszcze zostać. W szpitalu, z cierpiącym dzieckiem u boku tracą znaczenie obowiązki w pracy. Ale czy rozumieją to również ci, którzy przeze mnie mają dwa razy więcej roboty? Czy moja sytuacja jest dla nich dość dramatyczna, żeby nie mieli żalu i pretensji?
Kwiecień. Obustronne zapalenie płuc. Chyba nie dam rady. Czemu ona znów zachorowała? Przecież dbam o nią! Mam wrażenie, że "zapalenie płuc" w moich ustach brzmi już jak pęknięta rura w tłumaczeniach wagarowicza. O mały włos nie pytam szefa, czy mam jeszcze po co wracać do pracy. Nawet go rozumiem. Na moje miejsce szybko znalazłby wiele dziewczyn, które nie mają dzieci, są gotowe poświęcić mnóstwo czasu na pracę. To znana i prestiżowa firma.
Nawet na zwolnieniu byłam dyspozycyjna; starałam się za wszelkę cenę udowodnić, że nie zawiodę nikogo. Wreszcie udało się! Dostałam służbowego laptopa. Zwycięstwo! Teraz mogę być na zwolnieniu i pracować. Brawo! Dotrzymam słowa, koniec z telefonami do szefa: "Sorry, nie dam rady, dzisiaj muszę zostać w domu...". Będę z Julką, kiedy zajdzie potrzeba i zrobię wszystko, co do mnie należy, w pracy. Świat należy do mnie! Mam internet, więc już nie ma żadnej różnicy, gdzie pracuję. Grunt, że wszystko będzie zrobione.
Tak wyglądały ostatnie trzy lata.
Marzec 2007. Julka z regularnego zapalenia płuc przerzuciła się na zapalenie oskrzeli. Teraz dzień wygląda tak, że do czasu powrotu męża z pracy nie mam wolnej chwili, by przebrać się z piżamy, bo próbuję pogodzić opiekę nad dzieckiem rozdrażnionym chorobą z pisaniem e-maili, odbieraniem telefonów od szefa, któremu zagwarantowałam całkowitą dyspozycyjność podczas nieobecności w biurze. Na szczęście mam szefów wrażliwych na dziecięce krzyki; kiedy słyszą w słuchawce, że Julka płacze, proszą, żebym zadzwoniła, kiedy się uspokoi. Jest ciężko, ale mogę pracować, nie spędzam całego zawodowego życia na zwolnieniach, nie zaniedbuję córki.
Bywa tak, że Julka po długiej chorobie wraca do przedszkola i już po trzech dniach słyszę kaszel z jej pokoju. Jak to możliwe, że zaraziła się od kogoś tak szybko! Wpadam w panikę, wlewam w nią syropy z cebuli i miodu. Proszę, nie rozchoruj się znowu. Czasem opadam z sił. Nasz pulmonolog przyzwyczaił się już do widoku moich łez. Choć mogę pracować w domu, to jednak boję się. Czy szef naprawdę zrozumie? I na jak długo starczy mu cierpliwości?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|