Gleb Pawłowski lubi szokować. Ale to nie kwestia temperamentu, to polityczna metoda. Starannie wystudiowane zachowanie, które ma sugerować imperialną siłę Putinowskiej Rosji oraz jej polityczną bezwzględność. Tak samo zresztą zachowują się wszyscy liderzy nowej Rosji, od Markowa i Karaganowa poczynając, na Putinie kończąc.
Część publiczności zgromadzonej na debacie "Europy" na impertynencje Pawłowskiego reagowała z oburzeniem. Błąd. Nie tylko dlatego, że właśnie o wywołanie takiej reakcji mu chodziło. Ważniejsze jest co innego - otóż Pawłowski nie ma w istocie wyboru. Jego cynizm jest jedyną możliwą odpowiedzią na moralistyczny dyskurs. Przecież nikt racjonalny nie może zakładać, że Pawłowski zacznie się przed nami kajać. Że rosyjski polityk przed polską publicznością będzie przepraszać za Czeczenię, za FSB, za stłamszenie mediów.
Jeśli miałbym sugerować najważniejszy wniosek z debaty "Europy", to właśnie ten, że agresywność Rosjan jest wystudiowana. Że nie jest demonstracją siły, ale jedynie pozorującym ją blefem. Jest odruchem obrony ze strony tego zupełnie pogubionego kraju, który nie mając żadnych powodów do dumy, odgrywa pańskie pozy.
Pawłowski nie jest ani Talleyrandem, ani Napoleonem, ani nadczłowiekiem, ani demonem. On przemawia rolą, którą podyktowała mu sytuacja jego kraju. Proszę uważnie prześledzić jego kolejne impertynencje. - Ujawnię państwu straszną tajemnicę, nam obojętna jest polska polityka - mówi na przykład. Otóż tenże sam Pawłowski w 2004 roku robił kampanię Janukowyczowi. I przegrał, bo Polska wsparła pomarańczową rewolucję, co było jednym z największych upokorzeń Rosji w ostatnich latach.
A zatem impertynencja jako kamuflaż porażki. Z drugiej jednak strony - przyznajmy szczerze - jest w Pawłowskim jakaś wielkość. Jego szarże są i błyskotliwe, i smakowite. Jest w nim jakaś świeżość, zwłaszcza na tle nudnych i drewnianych polityków europejskich, którzy władzę pojmują w kategoriach urzędniczej skrupulatności, a komunikować się potrafią jedynie za pomocą poczciwej moralistyki.