(ur. 1946)
Urodzona w 1946 roku w Waynesville w stanie Missouri, jest jedną z najbardziej oryginalnych poetek amerykańskich. Być może oryginalność ta wynika z wszechstronności jej zainteresowań: oprócz literatury studiowała socjologię i fotografię. Jest autorką czterech tomów wierszy, z których każdy był wydarzeniem literackim i przyniósł jej liczne nagrody, m.in. prestiżowe stypendium fundacji Guggenheima i nagrodę Poetry Society of America. Jej najnowszy tom, "Oko jak dziwny balon", ukazał się w 2004 roku. Od 1995 roku poetka jest redaktorką pisma literackiego "The Boston Review". Uczyła poezji na wielu uniwersytetach, obecnie wykłada na Washington University w St. Louis. Bang wydaje się być kontynuatorką amerykańskiej "szkoły nowojorskiej". Podobnie jak Franka O'Harę czy, może trafniej, Johna Ashbery'ego, inspirują ją sztuki wizualne: malarstwo Willema de Kooninga czy Maxa Ernsta, a także filmy Davida Lyncha czy programy telewizyjne. Jej teksty mają często kompozycję podobną do kolażu, a ich narracja zbudowana jest z językowych skrawków, mistrzowsko nanizanych na nić konceptu i aliteracji. Jak powiada sama poetka, łączą one "pozornie niezwiązane ze sobą zdarzenia i uciekają w ironiczny dystans, zamiast bezpośrednio wyrażać uczucia. Myślę, że Freud mógłby wiele powiedzieć o takim artystycznym wyborze". Dystans ten jest ostatecznie sposobem obrony sztuki przed zakusami ideologii czy też szerzej - tłamszącego "obucha sensu", który podporządkowuje naszą percepcję totalizującym schematom. Mary Jo Bang odwiedzi Polskę w maju 2007 na zaproszenie Centrum Kultury "Zamek" w Poznaniu oraz Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.
p
Wymarłe miasteczko błaga, by na nie spojrzeć -
opustoszałe fundamenty z kamienia, dawno zwalone
przez wiatr, posępne oszalowanie, którego być może
użyto do czegoś lepszego: do kurzu pokrywającego
górę i kopalnię albo do warstwy litej skały,
którą biegnie wykuta droga, wznosząca się prosto
z Philpsburga. Wyczerpana namiętność granitu
obejmującego granit, krajobraz
skał jak geometryczne ornamenty ze szczeciną porostów,
która dojrzała na czystym powietrzu i indolencji.
Oślepiający blask żarówki odbija echem
jałową przyszłość: noce zimnych prześcieradeł
zamaskowane to wzmagającym się, to słabnącym
łomotem blachy falistej. I nieruchomi więźniowie
w niepewnej aureoli żarówki, górnicze duchy
mężczyzn, którzy kiedyś w sobotnie noce
zjeżdżali na wiadrach do wydobycia rudy w dół góry,
by urodzić się na nowo w niechlujnym łóżku
burdelu w obozowym miasteczku. Ciernie krzewów
smagają moje gołe nogi. Niedoskonałe jagody
trzymają się mocno gałązek - kropelki
zawisłe w powietrzu nad czarną ziemią,
promienna krew, spóźnione ostrzeżenie: j u ż k o n i e c.