Znani intelektualiści komentują dla "Europy" twórczość zmarłego przed kilkoma dniami wybitnego francuskiego filozofa Jeana Baudrillarda. Zastanawiają się nad jej znaczeniem dla humanistyki, dla naszego rozumienia współczesnego świata i kultury. Wedle Zygmunta Baumana francuski myśliciel był nie tylko kolejnym krytykiem ideologii, obwieszczającym jej koniec. Udowadniał raczej niemożliwość wszelkiej ideologii w kulturze, która podała w wątpliwość istnienie "obiektu", na który ideologia pragnie wywierać swój wpływ, czyli rzeczywistości. "To nie tyle ideologia umarła, lecz jej przedmiot: >>rzeczywistość<<, którą ideologowie chcieli naprawiać lub ratować przed zgubą. Ideologia nie wybyła ze świata, lecz dołączyła do szybko rosnącej rzeszy zombi". Analizy Baudrillarda ostrzegają przed naiwnym poszukiwaniem "prawdziwej rzeczywistości" czy "prawdziwego ja", które są jedynie maskami skrywającymi pustkę.
p
Dowcipniś, prześmiewca, kpiarz... Błazen? Cynik? Nihilista? Najbardziej nielitościwy z krytyków czy efekciarz, miłośnik brylowania i szokowania, obojętny wobec treści? Zdania są
podzielone. Ale Jeana Baudrillarda połamane zęby interpretatorów nie grzałyby ani nie ziębiły. Lwią część swego pisarstwa poświęcił wszak dowodzeniu, że pragnienie posiadania własnego
zdania (a tym bardziej zdania ugruntowanego, zgodnego - jak się domaga mądrość pospolita - z tym, "jak się rzeczy mają") jest czkawką po czasach, gdy istniały jeszcze twarde
grunty, w których tkwiły rzeczy i były sposoby na to, by się dowiedzieć, jak się mają. W naszych czasach "tchórzostwo intelektualistów jest najbardziej olimpijską z
dyscyplin". Tchórzostwo wobec czego? Wobec zaangażowania. Bo z wyżyn olimpu widać przecież jak na dłoni jego bezsens. W cokolwiek się zaangażujesz, popłynie bądź wyparuje, zanim
zdołasz doń przywrzeć.
Nazywano Baudrillarda grabarzem ideologii. Ale grabarz grabarzowi nierówny. W naszych czasach grabarze ideologii na kamieniu się rodzą, a pisanie nekrologów i modły nad grobami są
najmodniejszą dziś odmianą filozofowania. Otóż to: tylu wokół grabarzy, a nieboszczykowi do grobu nie pilno. Większości pochówków od chrzcin nie odróżnisz. Jak gdyby zawołaniem
grabarskiego cechu było: "Ideologia umarła, niech żyje ideologia". Zamiast zapisać się do cechu, Baudrillard demaskował więc iluzje, na jakie ów cech się powołuje,
szukając uznania. Proklamował nie zgon ideologii, ale jej niemożliwość. To nie tyle ideologia umarła, lecz jej przedmiot: "rzeczywistość", którą ideologowie chcieli
naprawiać lub ratować przed zgubą. Ideologia nie wybyła ze świata, lecz dołączyła do szybko rosnącej rzeszy zombi...
Badaczy, którzy usiłują z przyzwyczajenia odróżnić rzeczywistość od iluzji, pozory od "rzeczy samej" czy "przedstawienie" od tego, co ono
"przedstawia", przyrównał Baudrillard (i za ten pomysł będzie chyba głównie pamiętany) do lekarzy próbujących orzec, czy pacjent zmożony psychosomatyczną dolegliwością
jest "naprawdę" chory... Pacjent wszak nie udaje, skręca się "w rzeczy samej" z bólu, wszystkie symptomy choroby widoczne są gołym okiem - więc co z tego,
że rzekomo niezbędnych "organicznych" przyczyn cierpień doszukać się nie można?
Mimikrę uznał Baudrillard (nie tyle w słowie co czynem) za jedyną możliwą strategię "przedstawiania" takiej rzeczywistości. Jego "opisy" były równie
enigmatyczne, pełne paradoksów i sprzeczności jak ona. Roiło się w nich od poszlak i sugestii bez szans na sprawdzenie. Były niewrażliwe na najwymyślniejsze próby ich obalenia. Baudrillard
pobudzał do sporów nierozstrzygalnych, otwierał bramy do labiryntów, Tezeuszom in spe konfiskując już u wejścia nici Ariadny. Jak mu zarzucali niektórzy krytycy, nie przekonywał, lecz
uwodził. Inni twierdzą, że zwodził. A - jak sam powiadał - "być uwiedzionym" to tyle, co umrzeć jako rzeczywistość i zmartwychwstać jako złudzenie czy oszustwo... W
książkach Baudrillarda tropów jest bez liku, ale dróg co kot napłakał. Startów co niemiara, lądowań jak na lekarstwo. W świecie Baudrillarda uznaje się tylko podróże w nieznane. I bez
końca. Tu ruch jest wszystkim, cel niczym. Bieg się liczy, nie meta.
Russell Jacoby (w swej książce "Picture imperfect" z 2005 roku) podzielił intelektualistów na projektantów i obrazoburców. Czas pierwszych, jak twierdzi, minął. Czas drugich
trwa, a tak naprawdę dopiero się zaczyna. Bo nigdy dotąd nie byli tak potrzebni jak dziś, w świecie dotkniętym obsesją obrazów. Obrazoburca demaskuje obrazy jako fetysze: opiera się w ten
sposób ich kuszącej mocy. Obrazoburczy intelektualista nie tylko sam w oporze celuje, ale nadto innych do oporu zaprawia. Bez jego wysiłku nie powiedzie się żadna próba wyzwolenia się spod
uroku obrazów, wymknięcia się ich mocy przyciągania czy zniewalania.
Człowiek, który wtargnął do świadomości współczesnych i zapisał się w ich pamięci, unaoczniając wszem i wobec, czym były dla nich wojna z Zatoce i atak na nowojorskie wieżowce (a
mianowicie telewizyjnymi widowiskami), osiągnął szczyt obrazoburczego animuszu i kunsztu. Wśród obrazoburców był Baudrillard bez konkurencji. Gęściej niż trasa życiowa któregokolwiek z
ponowoczesnych czy późnonowoczesnych intelektualistów szlak jego przemyśleń usiany był szczątkami zdruzgotanych fetyszy. Węszył fetysze nawet najprzemyślniej zamaskowane i tropił je tam,
gdzie innym zabrakło chęci, odwagi lub czelności.
Wojował zacieklej niż inni, ale jego szlak bojowy był dla innych tyleż wzorem, co przestrogą. Na tym pobojowisku niczego nie zbudowano - nawet grobowców. Odłamki fetyszy są tu jedynym
widokiem. Cóż po obrazoburstwie, spyta przybysz, jeśli nie podąża za nim projektowanie? Obrazoburstwo dla samego obrazoburstwa? Niszczenie dla niszczenia? I zauważy, że z tym, co przystoi
swawolnemu Dyziowi, intelektualiście nie po drodze. Ale czegoś ważnego się jednak dowie: że zza ostatniej zerwanej z ludzkiego świata maski nie prawda ludzkiego bycia-w-świecie może się
wyłonić, lecz nicość podobna do tej, do jakiej dotarł poszukujący "twardego jądra" swej jaźni Ibsenowski Peer Gynt, gdy potraktował ją niczym cebulę i pozbawiał
kolejnych warstw.
Ze względu na ten znakomity pokaz obrazoburstwa, ale i na tę przestrogę jesteśmy wszyscy dłużnikami Baudrillarda.
p
Potrzeba dużo dobrej woli i sporo cierpliwości, by przedzierać się przez twórczość Jeana Baudrillarda. Pokrętny styl sporej części jego prac, nasycenie metaforami, swobodny, na poły literacki tok wywodu, niewielka liczba przypisów powodują, że każdy, kto przywykł do zwykłych tekstów naukowych, może odczuwać pewien dyskomfort.
Gdzie definicje, gdzie teza, gdzie argumentacja, gdzie przywołanie stosownej literatury? Gdzie sprawozdania z badań empirycznych, jasne podsumowania i przejrzyste wnioski? Czytelnik zrażony trudnościami ma ochotę cisnąć jego prace w kąt. Pochopna decyzja. Choć bowiem maniera pisarska Baudrillarda bywa rzeczywiście wysoce irytująca (dotyczy to nade wszystko jego późnych publikacji), to jednak myśli przezeń formułowane są ciekawe. Jeszcze ciekawsze zaś są wspomniane już metafory. Jeśli zgodzimy się na to, że to właśnie metafory są wehikułami naszego myślenia, głównym narzędziem zmiany naszych sposobów widzenia świata i nas samych, będziemy musieli przyznać, że wiele nowych metafor zawdzięczamy właśnie Baudrillardowi - choćby sławną metaforę społeczeństwa jako czarnej dziury, z której nie może się już wydobyć żadna informacja. Zawdzięczamy mu także całą gamę interesujących obserwacji i analiz, z których spora część stała się chlebem powszednim nauk społecznych czy szerzej - nauk o kulturze. Myślę tu w szczególności o jego bardzo ciekawych analizach społeczeństwa konsumpcyjnego, roli mediów czy wreszcie narodzin czegoś, co nazwał hiperrzeczywistością. Także jego koncepcja symulakrum jako znaku bez odniesienia, kopii bez oryginału, mapy bez terytorium jest z pewnością jedną z najważniejszych, jakie stworzono w tych naukach ostatnimi czasy.
Zasługi Baudrillarda można by mnożyć. W moim przekonaniu, był to jeden z najbardziej interesujących diagnostów współczesnej kultury. Nie miejsce tutaj, by rekonstruować wszystkie jego poglądy, śledzić dokładnie ich genezę i ewolucję. Powiedzmy tylko, że Baudrillarda interesowała zawsze kultura pojmowana jako sfera komunikacji zapośredniczonej znakowo i - co bodaj najważniejsze - widziana jako obszar walki politycznej. W tym sensie można powiedzieć, że był on nieodrodnym dziedzicem Marksa, który - jak wiadomo - nawoływał do tego, by dostrzegać funkcjonalną zależność między sferą ekonomii i polityki a sferą kultury. Zależności myśli Baudrillarda od koncepcji autora "Kapitału" na tym się nie kończą. Idzie bowiem także o generalne nastawienie polityczne francuskiego myśliciela, a więc nade wszystko o krytyczny stosunek do kapitalizmu. Jest on w tym sensie niewątpliwie autorem lewicowym (rozczarowanym przedstawicielem pokolenia '68), na sposób zresztą typowy dla tzw. nowej lewicy, czyli koncentrującym uwagę raczej na zagadnieniach kultury niż na kwestiach ekonomicznych. To przesunięcie akcentów dobrze obrazuje tytuł jednej z jego wczesnych prac: "Polityczna ekonomia znaku". Tytuł ten odsyła jednocześnie do drugiego źródła inspiracji Baudrillarda, a mianowicie do strukturalizmu. W jego twórczości widać wyraźnie elementy tego niezwykle niegdyś wpływowego nurtu myślowego, nakazującego badać kulturę jako zbiór tekstów - struktur złożonych ze znaków. Struktury owe należało postrzegać wedle holistycznej zasady, mówiącej, że całość określa charakter części, zaś relacje są ważniejsze od elementów.
W swych strukturalnych i semiotycznych zainteresowaniach oraz demaskatorskich intencjach Baudrillard bardzo zbliża się do innego wybitnego francuskiego filozofa kultury - Rolanda Barthes'a, który swoją filozofię postrzegał jako ujawnianie ukrytych mechanizmów działania kultury burżuazyjnej i obnażanie sztuczności tego, co uchodzi w niej za naturalne. W podejściu Baudrillarda, jak i w podejściu Barthes'a, semiologia rozumiana jako ogólna nauka o znakach miała służyć za narzędzie demaskacji działania systemu kultury burżuazyjnej, ukrytej "przemocy symbolicznej" - by użyć wyrażenia innego francuskiego marksizującego socjologa, w którego podejściu również widać wyraźne wpływy strukturalizmu, a mianowicie Pierre'a Bourdieu. Powiedzmy od razu, że podejście Baudrillarda, podobnie jak dwóch pozostałych myślicieli, przyniosło bardzo ciekawe rezultaty. Jego analizy społeczeństwa konsumpcyjnego zmierzające do pokazania, że w kulturze ponowoczesnej środek ciężkości "systemu" przesuwa się ze sfery produkcji do sfery konsumpcji (pojmowanej teraz jako "praca społeczna" i mechanizm dyscyplinujący jednostki za pomocą takich narzędzi jak dominujące wzory konsumpcji czy kredyt), zaś tej ostatniej podlegają obecnie bardziej znaki niż towary, można uznać za wręcz klasyczne. To samo dotyczy jego analiz roli mediów (głównie elektronicznych) w dzisiejszym świecie. Baudrillard z czasem coraz bardziej przesuwał swe zainteresowania w kierunku tej właśnie sprawy, twórczo nawiązując do analiz kanadyjskiego pioniera badań nad mediami - Marshalla McLuhana. (Ten ostatni wypowiedział sławne słowa, które z pewnością były inspiracją dla Baudrillarda: "Przekaźnik jest przekazem"). Sugerował, że ich oddziaływanie jest tak przemożne, iż doprowadza do powstania zupełnie nowej rzeczywistości, zwanej przezeń hiperrzeczywistością, w której to, co wykreowane przez media, jest traktowane jako bardziej rzeczywiste niż rzeczywistość sama. "Hiperrzeczywistość" staje się światem samym dla siebie, zapełnionym symulakrami, a zatem znakami czy zbiorami znaków, które nie odsyłają już do żadnej zewnętrznej rzeczywistości, lecz co najwyżej do innych znaków. Szybkość kreowania owej hiperrzeczywistości, wypełniająca ją cyrkulacja komunikatów i znaków powodują, że człowiek ulega fascynacji samym przekazem (spektaklem), a w wyniku tej "ekstazy komunikacyjnej" traci stopniowo wrażliwość na jakikolwiek sens i znaczenie wykraczające poza same obrazy. Nadmiar informacji, obrazów, komunikatów i znaków oraz szybkość ich cyrkulacji znamionująca, jak powiada Baudrillard, "świat po orgii" - gdzie przez orgię nie należy rozumieć praktyk seksualnych, lecz doprowadzenie pewnej logiki działania do kresu, charakteryzującego się nadmiarem czy niekontrolowanym przerostem, przyrównywanym przezeń często do niekontrolowanego przyrostu tkanek rakowych - prowadzi do implozji społeczeństwa w masy, analogicznej do zapadnięcia się gwiazdy w czarną dziurę pod wpływem własnego ciężaru. Tak powstałe masy tracą zainteresowanie dla jakichkolwiek treści, znaczeń wykraczających poza sam spektakl, rozumiany przez Baudrillarda jako pochód obrazów i komunikatów, które już nic nie znaczą w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. W tym sensie masy popadają w apatię, nade wszystko polityczną, i choć władzy zależy na tym, by wywołać jakąś reakcję, masa odpowiada milczeniem. Tak jak z czarnej dziury nie może się wydostać żaden komunikat (albowiem nie może się z niej wydostać światło), tak samo próżno oczekiwać jakiejkolwiek reakcji masy, która bombardowana ogromną ilością komunikatów, przekazów i obrazów reaguje milczeniem i obojętnością. Co ciekawe, Baudrillard interpretuje tę apatię mas jako nową formę oporu. O ile wcześniej "małomówny" system spotykał się z oporem społecznym w postaci chęci mówienia, manifestowania swojej niezgody czy braku akceptacji dla status quo, o tyle dziś nadaktywny "system" zasypujący społeczeństwo znakami i komunikatami napotyka odmowę mówienia, brak reakcji, obojętność i milczenie. Implozja społeczeństwa w masy owocuje więc odmową udziału w grze politycznej. Powoduje to, że władza, która nie może istnieć bez społecznej reakcji na swe poczynania, sama staje się kolejnym symulakrum, traci właściwości kreowania społecznych odpowiedzi na swe poczynania (choćby w postaci niezgody czy buntu) i znika jako realna siła, choć utrzymuje wciąż pozór swego istnienia. A wraz z władzą znika też polityka.
Trzeba przyznać, że przedziwna to diagnoza, która nakazuje traktować obojętność, konformizm, inercję i apatię jako znak sprzeciwu oraz narzędzie oporu. Skądinąd po co opór, skoro władzy już nie ma? Także i w tym przypadku widać jednak, że coś tu jest na rzeczy. Tak jak w przypadku większości innych obserwacji Baudrillarda (np. w sławnym określeniu całej Ameryki jako wielkiego Disneylandu). Budzą one początkowo sprzeciw, często bowiem idą pod prąd naszych dotychczasowych przekonań. Z czasem jednak na jaw wychodzi ich oryginalność, znamionująca fakt obcowania z myślicielem twórczym, potrafiącym spojrzeć na stare rzeczy w nowy sposób. Jeśli się tylko przywyknie do stylu jego pisarstwa, zyski poznawcze ze znajomości jego prac okazują się znaczne. Mało kto bowiem potrafił opisać dzisiejszy świat w tak przenikliwy sposób, tak trafnie uchwycić charakter dzisiejszej kultury ponowoczesnej, skonstruować tak sugestywne obrazy i stworzyć tak nośne metafory. Stać się inspiracją dla wielu współczesnych kulturoznawców, filozofów i socjologów kultury, teoretyków mediów, a nawet politologów. I choć można nie lubić Baudrillarda, to jednak trzeba docenić wagę poznawczą jego dzieł, a poniekąd także ich wagę polityczną. Wraz ze śmiercią Baudrillarda straciliśmy zatem myśliciela nietuzinkowego. Sądzę, że znaczenie jego dzieł będzie się stawało coraz większe, w miarę jak będzie narastała w nas potrzeba zrozumienia tego, co się dzieje w "świecie po orgii", nie bez racji zwanym przez niektórych światem ponowoczesnym
p
Baudrillard przejął bardzo stary argument o mocy wyobrażeń i o tym, że obraz - kiedy na niego patrzymy - staje się rzeczywistością. Obrazy uważano przecież za obdarzone tak wielką mocą,
że ich wykonywanie zostało w niektórych kulturach wręcz zakazane. Mające długą tradycję pojęcie symulakrum Baudrillard zastosował do zjawisk współczesnych. Pokazał, do jakiego stopnia
obrazy, które produkujemy, i sposób, w jaki to robimy, stają się podstawą naszego doświadczania świata.
To konstruowanie świata nie jest zjawiskiem zupełnie przypadkowym, ale nie należy się też łudzić, że sprawujemy nad nim jakąkolwiek kontrolę. Mamy do czynienia z trudnym do wyobrażenia
przemysłem produkującym doznania. 11 września 2001 miliony ludzi na całym świecie oglądało na żywo wykonane z helikopterów zbliżenia twarzy osób uwięzionych w WTC i desperacko
wzywających pomocy. To zdumiewające osiągnięcie technologii, a zarazem - jak zauważył Baudrillard - rzecz przerażająca. Nie chodzi tylko o bierne obserwowanie cudzej tragedii, ale również o
pozorne zacieranie różnicy między obserwacją a uczestnictwem.
Baudrillard zauważył, że informacja podlega tym samym prawom, co inne dobra wytwarzane w kapitalistycznej gospodarce. To, co nazywał "produkcją realności", prowadzi do jej
nadwyżki. W pewnym momencie przeczytanie i przemyślenie wszystkich ważnych informacji staje się już niemożliwe, tak samo jak podjęcie decyzji, które z tych informacji są najważniejsze. W
rezultacie społeczeństwa zdają się na dość losowy dobór absorbujących je tematów; Amerykanie zaczynają żyć w innym świecie niż Europejczycy - mimo iż w rzeczywistości i jedni, i
drudzy są coraz bardziej nawzajem od siebie zależni.
Rozwinięte społeczeństwa wykazują rosnący apetyt doznań. Wszyscy chcą "czegoś prawdziwego". Stąd zainteresowanie, z jakim spotykają się telewizyjne i internetowe zapisy
śmierci, seksu, narodzin. Ta mania realności maskuje fakt, że prawdziwych dramatycznych doznań mamy coraz mniej. Żyjemy w świecie wielokrotnie powielanych, pustych obrazów.
Baudrillard dostrzegł to już 40 lat temu. Jego pierwszym tekstem na temat mediów jest opublikowana w 1967 roku recenzja książki Marshalla McLuhana "Understanding Media".
Baudrillard przekonuje w niej, że głównym skutkiem działania mediów elektronicznych jest zastąpienie symboliki semiotyką, przekształcenie rzeczywistego charakteru przekazywanego wydarzenia w
znak, który zestawia się z innymi znakami w abstrakcyjnym wymiarze telewizyjnej audycji. Media elektroniczne są zatem jednym z głównych producentów znaków, a nie - jak twierdził McLuhan -
narzędziem umożliwiającym bezpośredni, rozszerzony i prawdziwy udział w świecie. "Rzeczywistość", w której zanurzamy się dzięki telewizji, wyprana jest z definiujących
ją niebezpieczeństw i emocjonalnego zaangażowania. Konsumujemy ją "na zimno", bez "gorących" afektów związanych z prawdziwym zaangażowaniem.
Często wykorzystywanym przez Baudrillarda przykładem była pierwsza wojna w Zatoce. Na użytek zachodniej publiczności zmieniono ją w medialny spektakl. Na bieżąco mogliśmy oglądać bomby
spadające na Bagdad, a przyjęta przez kamery perspektywa pilota bombowca sprawiała, że nie wszyscy - lub nie od razu - zdawali sobie sprawę, że w miejscach, gdzie spadają te bomby są ludzie,
cywile. Wojnę pokazano w ten sposób, by utwierdzić nas w przekonaniu, że mamy moralne prawo ich bombardować, co bardziej wnikliwym obserwatorom ukazując równocześnie nihilizm zachodniej
technologii i polityki.
Idee Baudrillarda stanowią jedną z najbardziej radykalnych analiz współczesnych mediów elektronicznych i same stały się przez to przedmiotem krytyki. Lewica oskarżała Baudrillarda o
promowanie nihilizmu i postmodernizmu, obronę utraty realności i odmowę zaproponowania pozytywnej alternatywy lub nadziei na zmianę. Te zarzuty nie były trafione. Baudrillard uważał za
główny problem nadmiar realności, a nie jej zanik. Temu symulakrycznemu procesowi przeciwstawiał się z pozycji symboliki. Jego twórczość zawierała w sobie podwójny projekt. Z jednej strony
Baudrillard opisywał proces semiotycznej produkcji i tworzone przezeń nowe formy kontroli społecznej, a z drugiej - poszukiwał sił, które mogłyby się przeciwstawić temu procesowi.
Zidentyfikował trzy źródła oporu: wdarcie się zapotrzebowania na symbole do semiotycznych społeczeństw, symboliczną siłę "odwracalności" obecną w semiotycznych procesach
i prowadzącą do ich wewnętrznej inwersji oraz przetrwanie symbolizmu w kulturach innych niż zachodnia. W tym kontekście szczególnie interesująca - i bardzo w obecnej sytuacji aktualna - jest
Baudrillardowska ocena zachodniego nastawienia do Iranu. Iran nigdy nie stanowił według Baudrillarda realnego - militarnego lub ekonomicznego - zagrożenia dla Zachodu. Jego główną bronią była
ciągle żywa i bardzo silna religia, zjawisko symboliczne, porażające dla społeczeństw, które zagubiły się w pędzie ku semiotycznej realności.