(1821-1867)
Poeta francuski uważany za największego, obok Arthura Rimbauda i Stéphane'a Mallarmégo, nowatora sztuki poetyckiej w epoce dramatycznie rodzącej się i przekształcającej kapitalistycznej nowoczesności w Europie. Autor słynnych "Kwiatów zła" (1857) oskarżonych o obrazę moralności (dopiero w 1911 roku ukazuje się ponownie pełne wydanie utworów). "Paryski spleen" pojawił się po raz pierwszy drukiem w czasopiśmie "La Presse" w 1862 roku, całość już po śmierci autora w 1869 roku. Powiada się, że "Les Fleurs du Mal", z racji połączenia nieskazitelnej, klasycznej formy z romantycznymi, hybrydycznymi treściami, otworzyły drogę poezji nowoczesnej, a "Les petits Poe`mes en prose. Le Spleen de Paris" rozpoczęły poezję nowoczesną, przedstawiając w sposób bardziej emocjonalny i realistyczny skomplikowany charakter paryskiego, neurastenicznego przechodnia-światowidza: "le flČneur parisien".
p
- Kogo kochasz najmocniej, powiedz mi tajemniczy człowieku, ojca, matkę, siostrę, a może brata?
- Nie mam ojca ani matki, ani siostry, ani brata.
- A przyjaciół?
- Jak dotychczas nie poznałem, co to słowo znaczy.
- A ojczyzna?
- Nie wiem nawet, gdzie jest na mapie.
- Piękno?
- Pokochałbym je, gdyby było absolutne i nieśmiertelne.
- Pieniądze?
- Nienawidzę pieniędzy tak, jak wy Boga.
- Cóż więc kochasz strasznie obcy człowieku?
- Kocham chmury... chmury, które płyną o tam wysoko... cudowne chmury!
Trzeba być zawsze odurzonym. To wszystko i jedyne co najważniejsze. Trzeba bez przerwy odurzać się, aby nie czuć straszliwego brzemienia Czasu, który łamie barki i powala do ziemi.
Ale czym? Winem, poezją albo cnotą, czymkolwiek chcecie. Ale odurzajcie się.
I jeżeli czasami, kiedy będziecie na schodach pałacu, na zielonej trawie parowu, w ponurej samotni pokoju, obudzicie się, a odurzenie osłabnie albo zniknie, zapytajcie się wiatru, zapytajcie
się fali, gwiazdy, ptaka, zegara, tego co ucieka, tego co jęczy lub pędzi, która godzina jest, a wiatr, fala, gwiazda, ptak, zegar odpowiedzą wam: "Wybiła godzina pijaństwa.
Odurzajcie się, aby nie być niewolnikami zamęczonymi przez Czas, odurzajcie się nieustannie! Czymkolwiek chcecie, winem, poezją albo cnotą".
To życie jest jak szpital, gdzie każdy opętany jest pragnieniem zamiany łóżka. Ten wolałby cierpieć przy piecu, a tamten wierzy, że wyzdrowieje przy oknie.
Zawsze wydaje mi się, że będzie mi lepiej tam, gdzie mnie nie ma i problem tej przeprowadzki jest jedyną sprawą, o której rozmawiam z moją duszą.
"Powiedz mi, moja biedna i zziębnięta duszo, co myślisz o zamieszkaniu w Lizbonie? Tam musi być ciepło. Jak jaszczurka byś się zregenerowała. To miasto stoi nad wodą. Powiadają,
że całe jest z marmuru, a jego mieszkańcy tak nienawidzą zieleni, że wycinają nawet drzewa. Oto twój krajobraz. Krajobraz utworzony ze światła, minerału i wody, który sprzyjałby twoim
rozmyślaniom".
Dusza nie odpowiada.
"Ale skoro lubisz tak bardzo odpoczywać na otwartej przestrzeni, może wolałabyś zamieszkać w Holandii, na tej ziemi obiecanej? Może byś odpoczęła w tej okolicy, której widoki tak
często podziwiałaś w muzeach? Co myślisz o Rotterdamie, przecież lubisz lasy masztów oraz statki zacumowane u stóp domów"?
Ale dusza nadal milczy.
"Może Batawia byłaby lepsza? Znajdziemy w niej istotę Europy wymieszaną z tropikalnym pięknem".
Ani słowa. Czyżby moja dusza umarła?
"Czyżbyś dotarła do takiego otępienia, że znalazłaś upodobanie w swojej chorobie? Jeżeli to prawda, to ucieknijmy do krajów podobnych do Śmierci. Duszyczko, ja na tym się znam!
Spakujmy się i jedźmy na Torneo. Albo jeszcze dalej, na sam kraniec Bałtyku, albo nawet poza samo życie - zatrzymajmy się na biegunie. Tam słońce jedynie ukośnie dotyka ziemi, barwy gaszą
szare następstwa dnia i nocy, monotonia rośnie, a przecież to połowa nicości. Tam będziemy mogli kąpać się w mrokach, a zorze polarne, aby nas rozruszać, od czasu do czasu wysyłać nam
będą różowe strzały, jak ognie sztuczne puszczane z samego Piekła".
Wreszcie dusza wybucha i rozsądnie woła: "Nieważne gdzie, nieważne dokąd! Byleby poza tym światem!".