Małgorzata Gontarek niecierpliwie czeka, aż eksperci i urzędnicy uzgodnią, a posłowie nareszcie uchwalą ustawę o telepracy. Bo wtedy większość swoich obowiązków mogłaby wykonywać w domu, przy własnym biurku i na prywatnym komputerze - pisze DZIENNIK w swoim cyklu Matka Polka Pracująca.
Małgorzata Gontarek jest główną księgową w niewielkim warszawskim biurze rachunkowym Dexterus. Spędza w biurze po kilkanaście godzin dziennie, sporo czasu zajmuje
jej też dojazd do pracy w stolicy z Nowego Dworu Mazowieckiego.
Nowy Dwór Mazowiecki, godzina 6 rano. Małgorzata Gontarek wyłącza budzik. Jej pięciomiesięczna córeczka Dominika kręci się w łóżeczku, a mąż Krzysztof spokojnie przewraca się na drugi bok. Dominika czasami budzi się o 5 na karmienie, ale wtedy wstaje mąż. To on zajmuje się rano córką, karmi, usypia, wystawia na świeże powietrze. Krzysztof ma własną firmę, więc nie musi co rano chodzić do pracy. Jeśli nie ma spotkania z klientami, pracuje w domu przy podłączonym do internetu komputerze. Małgorzata cichutko wykrada się z sypialni, je samotnie w kuchni śniadanie. O 7 wychodzi z domu, wsiada do samochodu i godzinę później jest już w swoim biurze w centrum Warszawy.
Warszawa, ulica Złota, godz. 8.05. Śniadanie i szybka kawa razem z koleżankami. Zaraz potem wszystkie zasiadają do pracy. Za oknem, po drugiej stronie ulicy, widać niedawno otwarte centrum handlowe Złote Tarasy. "Ludzie przyjeżdżają z całej stolicy, żeby zobaczyć tę kontrowersyjną budowlę. Ja jeszcze tam nie byłam, po prostu nie mam kiedy" - śmieje się Małgorzata. Bo początek roku, tych kilka zimowo-wiosennych miesięcy, to w księgowości czas bilansu, co dla księgowych oznacza pracę po kilkanaście godzin dziennie.
Firma, w której zatrudniona jest Małgorzata Gontarek, rozlicza warszawskie wspólnoty mieszkaniowe; oblicza, ile nadpłacili albo nie dopłacili lokatorzy, ile ich wspólnota powinna zapłacić podatku, ile wyniesie składka na ZUS dla dozorcy. Mrówcza robota wymagająca drobiazgowych wyliczeń, wielu godzin spędzanych przy komputerze.
Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, Małgorzata Gontarek myślała, że po urodzeniu dziecka wykorzysta nie tylko urlop macierzyński, ale także wszystkie wypoczynkowe, a może nawet jeszcze trochę bezpłatnego wychowawczego. Skończyło się na macierzyńskim, bo jeszcze, gdy była w ciąży, szefowie ją awansowali. "Nie przestraszyli się mojego brzucha, nie próbowali mnie zwolnić. Co więcej, kiedy im powiedziałam, że spodziewam się dziecka, złożyli mi gratulacje. Jestem im za to bardzo wdzięczna - mówi Małgorzata. I zaraz dodaje, że nowe stanowisko" - oprócz większej satysfakcji i większych pieniędzy - oznacza też więcej obowiązków. I jeszcze dłuższe siedzenie w pracy.
Godzina 10. Telefon z domu. "W co mam ją dziś ubrać?" - pyta mąż. Małgorzata daje mu szybkie i precyzyjne instrukcje, przypominając, że zupka dla Dominiki jest już przygotowana, wystarczy ją tylko odgrzać. Odkłada telefon i zabiera się znowu do pracy.
Godzina 11. W biurze prawdziwe piekło. Na biurku Małgorzaty leży gruby segregator, papiery i kalkulator. Księgowa wpisuje długie rzędy cyferek do komputera. Jest bardzo skupiona, nie może się pomylić, a jedna cyferka wpisana nie tak jak powinna i wszystko trzeba będzie liczyć od nowa.
Godzina 15. - Kiedy zamkniemy rozliczanie tej wspólnoty, zostanie nam już tylko dziesięć - mówi Małgorzata koleżankom z pokoju. Kobiety klaszczą w ręce, a potem wykonują szaleńczy taniec radości. Bo wszystkie wiedzą, że kiedy skończy się bilans, życie wróci do normy; nie będzie pracy w sobotę, siedzenia do wieczora, tych strasznych, wykańczających nerwów.
Małgorzata patrzy na swoje biurko: "Przecież wszystko to, te papiery, segregatory, mogłoby równie dobrze stać w domu. Tam nawet lepiej by mi się pracowało, bo zamknęłabym się w swoim pokoju i miałabym absolutną ciszę. A co jakiś czas, naprawdę nie tak często, zaglądałabym do córeczki. I nie musiałabym tak strasznie tęsknić i martwić się, że nigdy nie ma mnie w domu, że jestem wciąż nieobecną matką".
Nowy Dwór Mazowiecki, godzina 18. Maleńka Dominika zobaczyła w drzwiach wracającą z pracy mamę i śmieje się radośnie. Małgorzata bierze ją na ręce i mocno przytula. - Parę dni temu mała pierwszy raz w życiu obróciła się na bok. Mąż nagrał to na kamerę i wysłał mi przez internet. Rozpłakałam się, widząc to. Dziewczyny w biurze pytają: "Gośka, co ci się stało"? A ja: "Nic, nic, dobrze, że w dzisiejszych czasach są chociaż kamery" - opowiada Małgorzata. I znowu dodaje, że wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby mogła zabierać pracę do domu.
Jej szefowie zapewniają, że nie mieliby nic przeciwko temu. Mówią, że daliby swojej głównej księgowej laptopa i pozwolili siedzieć przy własnym biurku. Ale zaraz zastrzegają, że chcieliby umawiać się z Małgorzatą na taką pracę w sposób jasny, zgodny z prawem. A w polskim kodeksie pracy o telepracy nie ma ani jednego słowa. I dopóki nie będzie, dopóty Małgorzata musi siedzieć w biurze.
Nowy Dwór Mazowiecki, godzina 6 rano. Małgorzata Gontarek wyłącza budzik. Jej pięciomiesięczna córeczka Dominika kręci się w łóżeczku, a mąż Krzysztof spokojnie przewraca się na drugi bok. Dominika czasami budzi się o 5 na karmienie, ale wtedy wstaje mąż. To on zajmuje się rano córką, karmi, usypia, wystawia na świeże powietrze. Krzysztof ma własną firmę, więc nie musi co rano chodzić do pracy. Jeśli nie ma spotkania z klientami, pracuje w domu przy podłączonym do internetu komputerze. Małgorzata cichutko wykrada się z sypialni, je samotnie w kuchni śniadanie. O 7 wychodzi z domu, wsiada do samochodu i godzinę później jest już w swoim biurze w centrum Warszawy.
Warszawa, ulica Złota, godz. 8.05. Śniadanie i szybka kawa razem z koleżankami. Zaraz potem wszystkie zasiadają do pracy. Za oknem, po drugiej stronie ulicy, widać niedawno otwarte centrum handlowe Złote Tarasy. "Ludzie przyjeżdżają z całej stolicy, żeby zobaczyć tę kontrowersyjną budowlę. Ja jeszcze tam nie byłam, po prostu nie mam kiedy" - śmieje się Małgorzata. Bo początek roku, tych kilka zimowo-wiosennych miesięcy, to w księgowości czas bilansu, co dla księgowych oznacza pracę po kilkanaście godzin dziennie.
Firma, w której zatrudniona jest Małgorzata Gontarek, rozlicza warszawskie wspólnoty mieszkaniowe; oblicza, ile nadpłacili albo nie dopłacili lokatorzy, ile ich wspólnota powinna zapłacić podatku, ile wyniesie składka na ZUS dla dozorcy. Mrówcza robota wymagająca drobiazgowych wyliczeń, wielu godzin spędzanych przy komputerze.
Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, Małgorzata Gontarek myślała, że po urodzeniu dziecka wykorzysta nie tylko urlop macierzyński, ale także wszystkie wypoczynkowe, a może nawet jeszcze trochę bezpłatnego wychowawczego. Skończyło się na macierzyńskim, bo jeszcze, gdy była w ciąży, szefowie ją awansowali. "Nie przestraszyli się mojego brzucha, nie próbowali mnie zwolnić. Co więcej, kiedy im powiedziałam, że spodziewam się dziecka, złożyli mi gratulacje. Jestem im za to bardzo wdzięczna - mówi Małgorzata. I zaraz dodaje, że nowe stanowisko" - oprócz większej satysfakcji i większych pieniędzy - oznacza też więcej obowiązków. I jeszcze dłuższe siedzenie w pracy.
Godzina 10. Telefon z domu. "W co mam ją dziś ubrać?" - pyta mąż. Małgorzata daje mu szybkie i precyzyjne instrukcje, przypominając, że zupka dla Dominiki jest już przygotowana, wystarczy ją tylko odgrzać. Odkłada telefon i zabiera się znowu do pracy.
Godzina 11. W biurze prawdziwe piekło. Na biurku Małgorzaty leży gruby segregator, papiery i kalkulator. Księgowa wpisuje długie rzędy cyferek do komputera. Jest bardzo skupiona, nie może się pomylić, a jedna cyferka wpisana nie tak jak powinna i wszystko trzeba będzie liczyć od nowa.
Godzina 15. - Kiedy zamkniemy rozliczanie tej wspólnoty, zostanie nam już tylko dziesięć - mówi Małgorzata koleżankom z pokoju. Kobiety klaszczą w ręce, a potem wykonują szaleńczy taniec radości. Bo wszystkie wiedzą, że kiedy skończy się bilans, życie wróci do normy; nie będzie pracy w sobotę, siedzenia do wieczora, tych strasznych, wykańczających nerwów.
Małgorzata patrzy na swoje biurko: "Przecież wszystko to, te papiery, segregatory, mogłoby równie dobrze stać w domu. Tam nawet lepiej by mi się pracowało, bo zamknęłabym się w swoim pokoju i miałabym absolutną ciszę. A co jakiś czas, naprawdę nie tak często, zaglądałabym do córeczki. I nie musiałabym tak strasznie tęsknić i martwić się, że nigdy nie ma mnie w domu, że jestem wciąż nieobecną matką".
Nowy Dwór Mazowiecki, godzina 18. Maleńka Dominika zobaczyła w drzwiach wracającą z pracy mamę i śmieje się radośnie. Małgorzata bierze ją na ręce i mocno przytula. - Parę dni temu mała pierwszy raz w życiu obróciła się na bok. Mąż nagrał to na kamerę i wysłał mi przez internet. Rozpłakałam się, widząc to. Dziewczyny w biurze pytają: "Gośka, co ci się stało"? A ja: "Nic, nic, dobrze, że w dzisiejszych czasach są chociaż kamery" - opowiada Małgorzata. I znowu dodaje, że wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby mogła zabierać pracę do domu.
Jej szefowie zapewniają, że nie mieliby nic przeciwko temu. Mówią, że daliby swojej głównej księgowej laptopa i pozwolili siedzieć przy własnym biurku. Ale zaraz zastrzegają, że chcieliby umawiać się z Małgorzatą na taką pracę w sposób jasny, zgodny z prawem. A w polskim kodeksie pracy o telepracy nie ma ani jednego słowa. I dopóki nie będzie, dopóty Małgorzata musi siedzieć w biurze.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|