p

Reklama

Piotr Sztompka*

Dlaczego w Polsce brakuje społecznego zaufania

Społeczeństwo jest takie, jakim samo się staje. Żadne wyroki Losu czy Historii nie gwarantują rozwoju. Ale o rozwoju społeczeństwa nie decydują także instytucje czy organy państwowe, nawet gdy mają najlepsze intencje. Nie da się zapewnić rozwoju przez decyzje odgórne. Nie da się zastąpić społeczeństwa obywatelskiego przez państwo, nawet gdy nazywa samo siebie "państwem solidarnym". Nie da się zastąpić obywateli politykami, nawet gdy ci ostatni samych siebie uważają za sól polskiej ziemi. Już kiedyś próbowano to robić - pamiętamy, z jakim skutkiem - w systemach autokratycznych.

Cały sens i racja bytu demokracji - powód, dla którego uważamy ten ustrój za najlepszy z wszystkich, jakie dotychczas wynaleziono - to mobilizowanie mądrości, inicjatywy, umiejętności, zaangażowania i patriotyzmu zwykłych ludzi, wszystkich obywateli, w możliwie najszerszej skali. A więc, inaczej mówiąc, uruchamianie największego potencjału społecznego dla samoprzekształcania się, przekraczania własnych granic, pokonywania barier, dla tego, co Amerykanie nazywają "podnoszeniem się za cholewki własnych butów". W demokracji władza powinna jedynie tworzyć sprzyjające "warunki brzegowe" dla obywatelskiej aktywności.

Po pierwsze: państwo i prawo winny zapewniać stabilne i stale poszerzane ramy tego obszaru równych szans, których wykorzystanie zależy już tylko od obywateli - szans w dziedzinie edukacji, przedsiębiorczości, awansu zawodowego, ochrony zdrowia, poczucia codziennego bezpieczeństwa, swobody wypowiadania poglądów w debacie publicznej - słowem, szans na godne i spełnione życie. Ten obszar szans dla wszystkich obywateli to właśnie dobro wspólne, ta zapomniana dzisiaj kategoria, tak mocno podkreślana na przykład w społecznej nauce Kościoła, traktowana jako podstawowa powinność i prawo człowieka w encyklice "Populorum progresso" Pawła VI i "Laborem exercens" Jana Pawła II. Zgodnie z duchem obu encyklik dobro wspólne to suma warunków życia społecznego, w jakich ludzie mogą pełniej i szybciej osiągać swoją osobistą doskonałość.

Reklama

Po drugie: państwo powinno budować swoistą barierę ochronną amortyzującą zagrożenia, jakie niesie świat - nie tylko, jak dawniej, barierę militarną, broniącą przed zagrożeniami geopolitycznymi, ale w coraz większym stopniu także barierę ekonomiczną, chroniącą przed agresją zglobalizowanego, nastawionego na wyzysk rynku, a także przed imperializmem cywilizacyjnym masowej pop-kultury i konsumpcyjnego etosu. Słowem, państwo bronić musi szans obywateli na życie spokojne, zasobne i godne - życie u siebie i po swojemu. Oczywiście nie w sensie autarkii, ksenofobii czy odgrodzenia od świata, ale w sensie realnych szans na realizację swojego planu życiowego tutaj, zamiast (jak obserwujemy dzisiaj zwłaszcza w przypadku młodego pokolenia) lokowania życiowych nadziei w innych krajach. Po trzecie: elity polityczne i instytucje powinny pokazywać, na czym polega kooperacja, fair play, kompetencja i sprawność działania dla wspólnego dobra. Słowem, winny świecić jasnym przykładem dla obywateli. Władza powinna być wzorcowym mikrokosmosem szerokiego społeczeństwa obywatelskiego. Tylko wtedy państwo będzie zarazem silne i demokratyczne.

Fundamentem rozwoju jest delikatna i miękka tkanka społeczna, czyli sieć więzi moralnych łączących, po pierwsze, obywateli wzajemnie ze sobą, po drugie obywateli ze swoimi wybranymi reprezentantami i po trzecie - reprezentantów czy ich organizacje (np. partie polityczne) ze sobą.

Najbardziej podstawową z tych więzi stanowi zaufanie, warunek sine qua non wszelkiej współpracy. Na wszystkich trzech poziomach z zaufaniem jest dzisiaj u nas fatalnie. Zaufanie wzajemne, tzw. uogólnione - do innych obywateli, do nieznajomych - jest na poziomie 14 proc. (badania OBOP ze stycznia 2007 roku), podczas gdy w krajach zachodnich sięga 80 proc. Zaufanie do elit politycznych i instytucji publicznych lokuje się poniżej 10 proc. (badania Eurobarometru z lutego 2007 roku), a w obrębie elit - np. między partiami politycznymi - najpewniej jest bliskie zeru (także, jak się wydaje, w przypadku partii tworzących oportunistyczne koalicje; do czego prowadzą umowy o współpracy przy braku wzajemnego zaufania, już niedawno widzieliśmy i pewnie jeszcze zobaczymy).

Te wszystkie poziomy są ze sobą ściśle powiązane, zarażają się wzajemnie bakcylem nieufności, podejrzliwości, spisku i walki. I dlatego ten fundament rozwoju Polski - współpraca dla wspólnej sprawy - jest dzisiaj nadzwyczaj kruchy. To kryzys zaufania, kultury politycznej i stylu władzy jest głównym powodem tego, że w porównawczych światowych rankingach demokracji sytuujemy się na dalekim 46. miejscu, wśród "demokracji ułomnych", nie tylko za krajami demokracji tradycyjnych, historycznie zakorzenionych, ale i za krajami naszej, wschodniej części Europy (podaję za: Intelligence Unit of "The Economist", grudzień 2006). Za to w rankingach korupcji, nepotyzmu, klientelizmu - lokujemy się niedaleko od szczytu, blisko niektórych krajów afrykańskich. Ułomne funkcjonowanie demokracji, korupcja, nepotyzm, klientelizm - to nie są przyczyny kryzysu zaufania, lecz jego skutki. Pojawiają się jako funkcjonalne substytuty zaufania wtedy, gdy jego samego brakuje. Ludzie żyjący w atmosferze nieufności i podejrzliwości wobec innych, gdy z tymi innymi muszą się za sprawą życiowej konieczności zetknąć - z lekarzem w szpitalu, urzędnikiem w urzędzie, adwokatem w sądzie, komornikiem, policjantem czy nauczycielem - są niejako naturalnie popychani do tego, by albo potrzebne usługi kupić, albo wejść w sieci znajomości osobistych, albo służalczo podporządkować się silniejszym. Rozpoznanie źródeł kryzysu zaufania to zatem klucz do wielu innych patologii, które nas trapią. To także niezbędna wskazówka dla ich przezwyciężenia, które z kolei warunkuje rozwój Polski.

Nieufność rodzi się w warunkach niepewności, nieciągłości, nieprzejrzystości i braku reguł obowiązujących w życiu społecznym. Nie sięgając głębiej w historię, obecny syndrom nieufności jest efektem czterech traum społecznych i kulturowych, jakich doznaliśmy i doznajemy po przełomie roku 1989. Wymieńmy je kolejno.

Pierwsza to trauma dziedzictwa homo sovieticus, a więc bagaż wartości, strategii przystosowawczych, "odruchów serca" wpojonych przez doświadczenie realnego socjalizmu, a zupełnie nieprzystających do reguł rodzącego się niemal z dnia na dzień systemu wolnego rynku, wolnej polityki i wolnej, pluralistycznej kultury.

To ten "trudny dar wolności", o którym pisał ksiądz profesor Józef Tischner. Druga trauma to trauma reform systemowych i ich ubocznych skutków, a więc nieuchronna społeczna cena radykalnych zmian instytucji i praw - gospodarczych, politycznych - oraz transformacji wszystkich poziomów życia codziennego. Jako trzecia dotknęła nas trauma słabości elit politycznych - albo nieposzlakowanych moralnie, ale wykazujących się amatorszczyzną, gdy chodzi o arkana władzy, albo amoralnych i posługujących się cyniczną socjotechniką. I jedni, i drudzy (choć z odmiennych powodów) nie mogą wzbudzać społecznego zaufania.

Do tego dochodzi trauma najnowsza - "trauma IV Rzeczypospolitej". Zajmę się nią dokładniej, bowiem doskwiera nam w tej chwili najbardziej i pojawia się jak na ironię wtedy, gdy trauma homo sovieticus zanika dzięki ludzkiej naturalnej zdolności do uczenia się nowych wartości i reguł, a także dzięki wymianie pokoleniowej, dzięki młodym obywatelom, którzy są już ukształtowanymi od początku w nowym ustroju dziećmi wolności i demokracji.

Trauma IV Rzeczypospolitej sprowadza się do kilku destrukcyjnych dla sieci zaufania okoliczności. Po pierwsze, chodzi o wrażenie zerwania ciągłości zawarte w samym numerowaniu i negacji niewątpliwego dorobku III Rzeczypospolitej. A więc znów (który to już raz w polskiej historii?) zaczynamy podobno od nowa. Już samo to podważa tożsamość i sens życiorysów bardzo wielu porządnych ludzi.

Po drugie, trauma rodzi się z zachwiania pewności, konsekwencji, stabilności, trwałości i jednolitego stosowania prawa, które zarówno w fazie legislacji, jak i jurysdykcji staje się niekiedy terenem dowolnych politycznych manipulacji i bywa różnie interpretowane w odniesieniu do "swoich" i politycznie "obcych". Tu mieści się także przyzwolenie na działania pozaprawne (np. "dziką lustrację", "przecieki kontrolowane", spektakularne akcje organów siłowych, wydawanie wyroków na konferencjach prasowych czy w gazetowych nagłówkach). Nie ma nic gorszego dla zaufania niż sytuacja, gdy "państwo prawa dla wszystkich" staje się "państwem prawa dla niektórych".

Po trzecie, zagrożenie dla społecznego zaufania polega na ambicji ubezwłasnowolnienia niezależnych, wzajemnie się kontrolujących i wzajemnie wobec siebie odpowiedzialnych instytucji, które, jak wiadomo, od czasów Monteskiusza uważane są za jądro demokracji, broniące przed jednostronnymi nadużyciami i stanowiące źródło pewności, spokoju i bezpieczeństwa (a zatem i zaufania) dla obywateli.

Po czwarte, zaufanie nie wzrośnie dzięki dezawuowaniu autorytetów intelektualnych i negowaniu roli wszelkich elit poza politykami (oczywiście "naszymi"). Dla budowy zaufania autorytety są niezbędne, są tymi, na których zwykli ludzie mogą spoglądać, powierzać im swoje sprawy z nadzieją, że oni wiedzą lepiej, że im doradzą, objaśnią złożony świat, pomogą w potrzebie. Wiedzieli to mądrzy królowie, których nie bez powodu nazywamy oświeconymi i którzy otaczali się mądrzejszymi od siebie (a nie tylko nadwornymi błaznami), zdobywając w ten sposób uznanie i zaufanie ludu.

Po piąte, zaufanie cierpi na lekceważącym stosunku do samorządności, inicjatyw oddolnych, spontanicznej samoorganizacji społeczeństwa. Zaufanie jest zawsze postawą wzajemną. Trudno o zaufanie społeczeństwa obywatelskiego do państwa, gdy państwo patrzy nieustannie społeczeństwu na ręce, konsoliduje i rozbudowuje instytucje kontrolne, centralizuje aparat podejmowania decyzji, tropi "układy", zaostrza reguły przepisów. A wszystko to czyni tak, jakby utożsamiało dobro wspólne z dobrem partyjnym, dobro państwa z interesami jednej orientacji.

Po szóste, zaufanie podważa głuchota władzy na głos opinii publicznej czy niezależnych ekspertów - jak na przykład ostatnio w sprawach ekologii. Psychologowie społeczni już dawno zidentyfikowali zjawisko zwane "myśleniem koteryjnym", gdy w wąskim kręgu polityków, coraz skuteczniej odizolowanych od spraw i poglądów, jakimi żyje "prosty lud", zamkniętych w "pałacach" i otoczonych przez klakierów, następuje wzajemne umacnianie się w przekonaniu o własnej nieomylności i absolutnej słuszności decyzji.

Po siódme, zaufanie obumiera w klimacie obsesyjnego poszukiwania spisków i konspiracji, co prowadzi do "paniki moralnej" oraz pogłębia klimat niepewności i podejrzliwości. Bo przecież już każdy sąsiad, kolega, przyjaciel może być "agentem", cokolwiek by ten naciągany i "semantycznie nadużywany" termin miał oznaczać.

Po ósme, zaufanie zmniejsza się za sprawą nieprzejrzystości sceny publicznej, gdzie wiele decyzji - w tym ważnych pociągnięć kadrowych czy strategicznych wyborów w polityce zagranicznej - podejmowanych jest bez uzasadnienia, pozostawiając obywateli w stanie niewiedzy, niczym za szczelnie zaciągniętą kurtyną.

Po dziewiąte, zaufanie zostaje zniszczone w klimacie bezkompromisowej walki, wzajemnej krytyki, doszukiwania się wyłącznie złych intencji w relacjach między odmiennymi siłami politycznymi. A także w sytuacji odmowy dialogu, odrzucania racji argumentów na rzecz racji okrzyków i połajanek.

Po dziesiąte, zaufaniu szkodzi apoteoza lojalności i posłuszeństwa, która na drugi plan odsuwa kryterium kompetencji przy chronicznie niestabilnych i kapryśnych decyzjach kadrowych. W rezultacie, przynajmniej w odbiorze społecznym, wygląda to - o ironio! - jak konstruowanie nowego zamkniętego, hermetycznego "układu" swoich, pod sztandarem walki z "układami". Taki styl i klimat życia politycznego burzy nie tylko resztki zaufania między jego uczestnikami - politykami różnych opcji - ale, co najgorsze, zaufanie obywateli do władzy i zaufanie obywateli do siebie nawzajem. Zamiast kultury zaufania i kooperacji, umacnia się kultura nieufności i cynizmu.

Stawiam tę twardą diagnozę nie jako polityk - którym nigdy nie byłem i nie będę - ale jako obserwator z bocznej ławki, który uważa ową obserwację za imperatyw swojej profesjonalnej, socjologicznej odpowiedzialności. To wyraz obywatelskiego rozczarowania skutecznością, stylem, estetyką i etyką naszej dzisiejszej polityki w ogóle, abstrahując od tego, kto ją konkretnie uprawia. Te przywary dotyczą wielu formacji politycznych, znacznych odłamów tego, co nazywamy dzisiaj "klasą polityczną", nie przypadkiem odgrzewając termin starego Marksa i już w samym terminie "klasa" sugerując zasadniczą odmienność interesów polityków od interesów reszty społeczeństwa, ich - jakby powiedział Marks - rosnącą "alienację". Wskażę na koniec pewien znak nadziei. Jedyną drogą odbudowy tkanki społecznego zaufania, tego niezbędnego warunku dobrego funkcjonowania państwa, jest postawienie na społeczeństwo obywatelskie. Szansę odrodzenia społeczeństwa obywatelskiego widzę zaś - na dłuższą metę - w zmianie pokoleniowej.

Nieuchronnie (i na szczęście) odchodzi pokolenie skażone przeszłością. W swoich skrajnych postaciach jest ono skażone w dwojaki sposób - z jednej strony etosem konfrontacji i walki, podejrzliwością i negacją, przeżywanymi krzywdami swojej młodości i pragnieniem rewanżu (jak wśród będących dzisiaj u władzy kombatantów opozycji demokratycznej) i z drugiej strony etosem oportunizmu, "barw ochronnych", bierności, niewychylania się, ucieczki w prywatność - jak wśród wielu szarych członków społeczeństwa. I pierwszy, i drugi etos nie sprzyjają zaufaniu i współpracy. Ale między tymi biegunami jest przecież owa milcząca - na razie - większość zwyczajnych ludzi, którzy marsowemu obliczu zagniewanej władzy przeciwstawiają poczucie humoru, patrzą na naszą scenę polityczną jak na scenę kabaretową, wymyślają coraz to nowe "ornitologiczne" dowcipy i czekają na wyborczy test, by zawołać "sprawdzam!" i ujawnić blef. Ci zwyczajni obywatele odpowiadają na dawne wezwanie Wojciecha Młynarskiego, aby "robić swoje", i to dzięki nim idziemy jednak wszyscy do przodu.

Ale największe nadzieje pokładam w młodym pokoleniu światłych Polaków. Już dziś w masowej i bezprecedensowej skali podjęło ono najskuteczniejszą obronę przed wszelką traumą - budowanie własnej "polisy ubezpieczeniowej", "kapitału kulturowego" w miejscu najbezpieczniejszym, we własnej głowie. O ile uchroni się przed płynącą z góry demoralizacją i nie ulegnie oportunistycznej pokusie karier politycznych czy "przylepienia się" do bliskich emerytury rządzących - będzie patrzeć w przyszłość, a nie babrać się w przeszłości, będzie brać sprawy w swoje ręce, organizować się, podejmować inicjatywy samorządowe i akcje obywatelskie, powoływać ruchy społeczne.

A gdy dojdzie do władzy, będzie interesować się rządzeniem, a nie tylko nieustannym budowaniem przyczółków rządzenia. Nie będzie zapadać na tę chorobę polityków, którą już w 1928 roku diagnozował Florian Znaniecki: "Nie umieją jeszcze organizować się do zadań twórczych, a znają tylko organizację do trwania, a nie do stawania się". Wierzę też, że młode pokolenie stawiać będzie na rzetelne kompetencje, a nie deklarowaną wierność i potakiwanie liderom, będzie nasłuchiwać głosu obywateli, a nie besztać ich z wyżyn stolicy. I wreszcie, że zmieni wektor "polityki historycznej": zamiast IPN zbuduje IBN (Instytut Bohaterów Narodowych), gdzie na kilometrach półek będzie zbierać archiwa i ukazywać postaci wspaniałe, wzorce osobowe z naszej historii i współczesności, a nie piętnować za grzechy sprzed pół wieku. Sprawi, że będzie się pielęgnować, a nie deptać autorytety.

I właśnie tutaj, w tej "rzeczypospolitej młodych" (mniejsza o jej numer!), odrodzi się społeczeństwo obywatelskie. I razem z wyłonioną przez siebie władzą, zamiast skansenu na peryferiach Europy, zapewni nam godne naszego kraju miejsce w sercu zjednoczonego kontynentu - "In the Heart of Europe", jak pisał w tytule swego dzieła o Polsce brytyjski historyk Norman Davies. Utopia? Nie, to wizja możliwej - choć oczywiście nie zagwarantowanej przyszłości. Wizja, jakiej dzisiaj tak bardzo brakuje politykom zwróconym tyłem do przyszłości, tyłem do świata i tyłem do nowoczesności.

Piotr Sztompka

p

*Piotr Sztompka, ur. 1944, jeden z najważniejszych i najbardziej znanych polskich socjologów, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wyższej Szkoły Europejskiej im. J. Tischnera, członek rzeczywisty PAN i PAU, prezes International Sociological Association. Wykładał także m.in. na Uniwersytecie Columbia i John Hopkins University. Zajmuje się przede wszystkim socjologią teoretyczną i metodologią badań społecznych. Opublikował kilkanaście książek (głównie za granicą) - m.in. "Rethinking Progress" (1990), "Society in Action" (1991), tłumaczoną na wiele języków "Sociology of Social Change" (1993), której polskie wydanie ukazało się w 2005 roku pod tytułem "Socjologia zmian społecznych". W "Europie" nr 21 z 24 maja ub.r. zamieściliśmy jego tekst "O potrzebie wspólnoty obywatelskiej".