"Mój wspólnik wysadzi dom Lecha Wałęsy" - taką wiadomość dostali śląscy policjanci. Od razu zadzwonili do swych kolegów z Gdańska. Ci od razu wezwali saperów. Na szczęście okazało się, że to był tylko głupi żart.
Bomby w domu byłego prezydenta nie było. Policyjni saperzy przez kilka godzin sprawdzali rezydencję byłego prezydenta. Chcieli być pewni, że to faktycznie fałszywy alarm, a nie prawdziwy zamach.
Gdy policjanci z Ustronia odwiedzili dom mężczyzny, który ich zawiadomił, przyczyny alarmu stały się jasne. Mężczyzna był pijany. Alkomat pokazał aż 2,30 promila alkoholu. Dziś tłumaczy się prokuratorowi dlaczego wywołał fałszywy alarm.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz