Francuska polityka ulega dziś dynamicznym i radykalnym zmianom - twierdzi Guy Sorman. Wybory prezydenckie pokazują, że zarówno na prawicy, jak i na lewicy głos decydujący zaczynają mieć ludzie pragnący wyrwać Francję z wieloletniego politycznego marazmu. Francuskie społeczeństwo w swoich oddolnych działaniach od dawna już ów marazm przezwycięża - teraz pojawia się wedle Sormana szansa, że "dystans między narodem francuskim i jego państwem trochę się zmniejszy i że wzorem społeczeństwa państwo pójdzie z duchem czasów".
Przez ponad dwie dekady przywództwo socjalistów i gaullistów utrzymywało Francję w stanie skostnienia. Socjalistyczny prezydent Fran?ois Mitterrand i gaullistowski prezydent Jacques Chirac reprezentowali tradycję państwowego autorytaryzmu i ekonomicznego interwencjonizmu. Rządzili jak monarchowie elekcyjni. Zwiększali wydatki publiczne i w całkowicie przewidywalny sposób walczyli z "amerykańskim imperializmem". "Aby kierować dyplomacją francuską - głosiła słynna deklaracja Chiraca - trzeba tylko postępować odwrotnie niż rząd amerykański, który zawsze robi źle".
Nareszcie jednak Francja się zmienia. 22 kwietnia w pierwszej turze wyborów prezydenckich Francuzi wybrali dwoje stosunkowo młodych (pięćdziesięcioparoletnich) przywódców politycznych z lewicy i z prawicy. Pretendent lewicowy jest kobietą, co już samo w sobie pokazuje, że polityka francuska ulega przeobrażeniom. Chociaż Ségole`ne Royal należy do Partii Socjalistycznej, nie kandyduje na urząd prezydencki z socjalistycznym programem. Odrzuciła marksistowską retorykę, którą do tej pory posługiwali się wszyscy socjalistyczni politycy, i odcięła się ideowo od swoich dawnych towarzyszy. Z jej lewicowości pozostała wrogość do wielkiego biznesu - małe i średnie przedsiębiorstwa są według niej w porządku - oraz nienawiść do George'a W. Busha. Zadeklarowała, że nigdy nie poda mu ręki - gdyby wygrała wybory, czekałby nas protokolarny koszmar!
Jeśli pominiemy te wygłaszane raczej pod publiczkę deklaracje, to zauważymy, że Ségole`ne Royal bardziej niż którykolwiek wcześniejszy lider socjalistów przeciągnęła Partię Socjalistyczną w stronę centrum, a może nawet na prawo od centrum. Wyraźnie widać, iż wzoruje się na Tonym Blairze. Nie sprzeciwia się nawet udziałowi partii centrowej w rządzeniu. Kandydat tej partii, Fran?ois Bayrou, osiągnął w pierwszej turze dobry wynik, ale nie wszedł do drugiej. Jakby na potwierdzenie tego tektonicznego przesunięcia francuskiej lewicy ku bardziej konserwatywnym rozwiązaniom niezreformowana i wiecznie żywa partia komunistyczna otrzymała w pierwszej turze 1,5 proc. głosów, co jest bezprecedensową klęską. Nadal mamy trzy partie trockistowskie, ale należą one co najwyżej do naszego politycznego folkloru. Zresztą prawdziwym celem tych skrajnie lewicowych partii nie jest wszczynanie rewolucji, lecz utrwalanie przywilejów związków zawodowych sektora publicznego, które reprezentują. Znacząca jest też porażka ekologów i antyglobalistów. Osiągnęli śladowe poparcie mimo wielkiego zainteresowania mediów i mnóstwa sympatii ze strony pozujących na radykalizm dziennikarzy. Ich antyrozwojowa postawa, demonstracje przeciwko genetycznie zmodyfikowanej żywności i podsycanie strachu przed globalnym ociepleniem dobrze sprzedawały się w telewizji, ale naród francuski nie dał się przekonać. W końcu jest to kraj Pasteura.
Podobne jak na lewicy przesunięcie nastąpiło także na prawicy, która zaszła dalej w głąb konserwatywnego terytorium niż kiedykolwiek w dziejach ruchu gaullistowskiego. Nicolas Sarkozy, oficjalnie gaullista i prawdopodobnie przyszły prezydent Francji, nie boi się wizerunku szeryfa twardo walczącego z przestępczością. Powiedział, że odeśle nielegalnych imigrantów do ich macierzystych krajów. Pomogło mu to zbić notowania Frontu Narodowego, partii skrajnej prawicy, do historycznie najniższego pułapu. W ramach paskudnej kampanii zorganizowanej przez lewicę Sarkozy, pochodzenia węgierskiego i żydowskiego, wielokrotnie został nazwany rasistą, chociaż nigdy nie wykazał ani śladu ksenofobii w jakiejkolwiek formie.
Dla wielu jest również zaskoczeniem, że Sarkozy nieustannie powołuje się na wartości chrześcijańskie, a jako swojego bohatera wymienia papieża Jana Pawła II. Ségole`ne Royal wtóruje mu sugestiami, że czwórka jej dzieci została ochrzczona. Gdzie się podziała laicka, antykościelna Republika Francuska?
Jeszcze bardziej prowokacyjna jest nieobecność antyamerykanizmu w myśleniu Sarkozy'ego. Udowodnił to, robiąc sobie zdjęcie z George'em W. Bushem we wczesnej fazie kampanii. To prawda, że czasem tonuje swój proamerykanizm, wygłaszając kąśliwe uwagi pod adresem Waszyngtonu, ale czyni to znacznie rzadziej niż np. amerykański demokrata.
Sarkozy rozczarował jednak twardych wolnorynkowców swoim ostrożnym stosunkiem do liberalizacji gospodarki. Czasem brzmi bardziej jak liberał w rozumieniu amerykańskim niż jak uczeń Miltona Friedmana. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy we Francji, gdzie każdy polityk boi się sprowokować bunt, naruszając uświęcone interesy sektora publicznego. Lepszym świadectwem są tu poczynania Sarkozy'ego jako przewodniczącego rady Hauts-de-Seine (departamentu z budżetem równym budżetowi całej Belgii), gdzie wprowadzał on prywatyzację usług publicznych. Prokonserwatywna i niemal wolnorynkowa zmiana francuskiego pejzażu politycznego to tylko część całego zagadnienia. Patrzenie na Francję wyłącznie przez pryzmat życia politycznego i salonowego byłoby poważnym błędem. W prawdziwym życiu społeczeństwo obywatelskie wyprzedza reformy wprowadzane przez państwo. Pouczający jest tutaj przypadek szkolnictwa wyższego. Nauczycielskie związki zawodowe zawsze sprzeciwiały się wszelkim próbom modernizacji naszych scentralizowanych, antyelitarnych uniwersytetów. W rezultacie ogromna liczba studentów otrzymuje kiepską edukację i uzyskuje dyplomy, które nie zwiększają możliwości odniesienia sukcesu w gospodarce. Mając dosyć czekania na reformy, które nigdy nie są wdrażane, przedsiębiorcy otworzyli setki małych prywatnych uczelni na terenie całego kraju. Naucza się tam głównie przedmiotów, którymi pogardzają nasi konserwatywni akademicy, takich jak marketing. Dyplom takiej uczelni jest niemal stuprocentową gwarancją znalezienia atrakcyjnej pracy. Inne krzepiące rzeczy dzieją się w imigranckich gettach. Kto przespaceruje się po przedmieściach Marsylii, ten zobaczy zatrzęsienie małych sklepów. Ludność imigrancka nie czeka, aż państwo znajdzie rozwiązanie jej problemów ekonomicznych. Najpopularniejsi raperzy pochodzenia arabskiego i afrykańskiego zostają przedsiębiorcami w dziedzinie rozrywki i mody, a w swoich tekstach wychwalają kapitalizm.
Pamiętajmy wreszcie, że korporacje międzynarodowe z siedzibą we Francji doskonale nadają się na cel ataków polityków podczas kampanii wyborczych, ale przez cały czas nakręcają francuską gospodarkę i eksport. Zbyt często się mówi, że Francja jest w kryzysie. Kryzys z pewnością przeżywa francuskie państwo, obciążone ogromnym deficytem finansów publicznych i potężnym przerostem zatrudnienia w sferze budżetowej. Ale społeczeństwo francuskie znajduje drogę wyjścia z kryzysu - to politycy zostają w tyle. Miejmy nadzieję, że po tych wyborach prezydenckich dystans między narodem francuskim i jego państwem trochę się zmniejszy i że wzorem społeczeństwa państwo pójdzie z duchem czasów.
p
, ur. 1944, pisarz, publicysta. Wydał m.in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985), "Le progre`s et ses ennemis" (2001) i "Made in USA" (wyd. polskie 2005). Niedawno nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się jego książka "Rok Koguta". Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - w poprzednim numerze opublikowaliśmy jego tekst "Zyski z globalizacji".