Dziennik Gazeta Prawana logo

Kim jest naprawdę Nicolas Sarkozy?

5 listopada 2007, 12:17
Ten tekst przeczytasz w 38 minut

Uczestnicy dzisiejszej ankiety "Europy" odpowiadają na pytanie o to, kim w sensie politycznym jest Nicolas Sarkozy, a także jakie zmiany we francuskiej i światowej polityce przyniesie jego ewentualny sukces wyborczy. Wedle Alaina Finkielkrauta "Sarko" jest jedynym francuskim politykiem, który potrafi otwarcie mówić o francuskiej tożsamości narodowej i tożsamości cywilizacyjnej Europejczyków: "W programie Sarkozy'ego ostatecznie chodzi o uczucie przynależności i postrzeganie historii Francji jako wielkiego dziedzictwa. Sarkozy powiązał również problematykę Unii Europejskiej z cywilizacją europejską. Jeśli więc ktoś porównuje go do Berlusconiego, Mussoliniego, a nawet Hitlera, to nic nie zrozumiał z jego przesłania". Jeśli Sarkozy wygra wybory - twierdzi z kolei Alain Besan?on - będzie w stanie wyrwać Francję ze stanu "unieruchomionej rewolucji". Stan ten polega na zastygnięciu sceny politycznej w układzie prawica-lewica, gdzie obie strony mają skłonność do radykalizacji. Sarkozy proponuje wprowadzenie do tego układu silnego liberalnego centrum.

p

Już od czasów Robespierre'a polityka francuska naznaczona jest przez miłość do nienawiści. We Francji wciąż pokutuje idea, że polityka to nie proza codziennego działania, ale wojna ludzkości przeciwko jej wrogom. Teraz znów ulegamy temu staremu demonowi. Przemoc słowna i nienawiść wzbierają we francuskiej kampanii wyborczej od kilku tygodni. Zakładając, że sondaże się nie mylą, dla olbrzymiej części społeczeństwa francuskiego wygrana Sarkozy'ego może oznaczać zwycięstwo quasi-faszyzmu. Ten absurdalny ton diabolizujący kandydata prawicy, nadały kampanii skrajna lewica i skrajna prawica a także - jeśli można tak powiedzieć - skrajne centrum, czyli otoczenie Fran?ois Bayrou.

Wygrana Sarkozy'ego w pierwszej turze wyborów prezydenckich jest wynikiem oddziaływania jego wizji politycznej. Składa się na nią przede wszystkim umiejętność mówienia o tożsamości narodowej i próba godzenia Francuzów z ich historią. Sarkozy potrafił wznieść się ponad pragmatyzm, sprawił, że polityka znów nabrała smaku - m.in. właśnie poprzez ożywienie pytań o przeszłość Francji. Sarkozy jest, co więcej, prawdziwym kandydatem ludowym. Dowartościowuje pracę, zasługi i wysiłek, a krytykuje sprzeczności państwa opiekuńczego, w którym bezrobotni nieraz otrzymują zasiłki wyższe od dochodów osób ciężko pracujących. Opowiedział się za reformą podatku od spadków. Lewica skrytykowała Sarkozy'ego, twierdząc, że pragnie bronić bogatych, ale to krytyka absurdalna. Obowiązujące w tym zakresie przepisy są obecnie bardzo we Francji niepopularne, bo ludzie chcieliby móc myśleć, że ich życie nie kończy się na nich samych, że żyją po coś, dla kogoś. Ma to znaczenie nie tylko emocjonalne, ale również symboliczne: życie człowieka traci wymiar "ludzki", kiedy nie wykracza poza siebie zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społecznym. W programie Sarkozy'ego ostatecznie chodzi o uczucie przynależności i postrzeganie historii Francji jako wielkiego dziedzictwa.

Sarkozy powiązał również problematykę Unii Europejskiej z cywilizacją europejską. Powiedział wprost, że jego zdaniem Turcja nie stanowi części Europy. Mówił o cywilizacji europejskiej, gdy tymczasem pewna część zwolenników, a nawet urzędników Unii Europejskiej całkowicie zapomniała, że są nie tylko innowatorami, twórcami bezprecedensowej formy politycznej, ale również dziedzicami wielkiej cywilizacji. Wbrew temu, co mówią, Europa nie narodziła się po II wojnie światowej. Jesteśmy Europejczykami, co już samo w sobie jest dziedzictwem, i to dziedzictwo musimy kultywować. Przeciwnicy Sarkozy'ego twierdzą jedynie, że w sprawie przyszłości Europy odbędzie się referendum i w nim lud francuski zadecyduje. A przecież przynależność Francji do Europy jest nie tylko kwestią decyzji podjętej w ramach demokratycznych procedur. Claudel mówił, że tradycja to demokracja zmarłych: trzeba, by zmarli również się wypowiedzieli. Sarkozy w swojej kampanii wyborczej umiał usłyszeć głos zmarłych. Jeśli więc ktoś porównuje go do Berlusconiego, Mussoliniego, a nawet Hitlera albo - jak czyni to Timothy Garton Ash - zarzuca mu postideologiczny, pragmatyczny blairyzm, to nic nie zrozumiał z jego przesłania.

To wszystko nie znaczy, że Sarkozy jest kandydatem idealnym. Żałuję jedynie, że w tej kampanii nie miała miejsca wymiana zdań godna tego miana. Uważam, że intelektualiści odegrali, jak to mają zresztą w zwyczaju, rolę absolutnie katastrofalną. Zamiast ukazywać złożoność sytuacji, po raz któryś z rzędu odegrali rolę patronów egzaltowanego upraszczania rzeczywistości. Cała ta sytuacja jest godna pożałowania. Kampanię Sarkozy'ego można przecież krytykować z pozycji znacznie bardziej merytorycznych - szczególnie gdy chodzi o zawarte w niej sprzeczności. Po pierwsze, choć Sarkozy krytykuje relatywizm kulturowy wywodzący się z ducha 1968 roku, nie jest wierny postulowanym przez siebie wartościom, skoro otacza się ludźmi, którzy nie są symbolami prawdziwej kultury, a jedynie produktami przemysłu kulturalnego - jak choćby gwiazdki show-

-biznesu biorące udział w jego mityngu przedwyborczym. Po drugie, powołuje się na wartości republikańskie, jednocześnie popierając akcję afirmatywną. To sprzeczność, gdyż moim zdaniem akcja afirmatywna nie jest dobrym sposobem na reintegrację politycznej wspólnoty. Po trzecie, Sarkozy odwołuje się do wartości wyższych, w tym samym czasie popierając otwieranie sklepów w niedzielę, zupełnie jakby w życiu człowieka nie było innego horyzontu niż praca i konsumpcja. Taką właśnie krytykę Sarkozy'ego wolałbym usłyszeć zamiast robienia z niego rasisty i małego despoty, który nie myśli o niczym innym niż to, jak zdobyć władzę i pozbawić ludzi wolności politycznych.

Problem nienawiści nie ogranicza się jedynie do Francji. Podobne nastroje, powiązane tym razem z trwałością mentalności totalitarnej w demokracji, można dziś zaobserwować choćby w Polsce w związku z groteskową sytuacją wokół Geremka i Mazowieckiego. To niedopuszczalne praktyki. Co do Francji, nie sposób zapomnieć, że jest dziś ona podzielona bardziej niż kiedykolwiek. Jeśli Sarkozy przegra, to przez zbudowaną wokół niego retorykę nienawiści. Jeśli natomiast wygra, jego przeciwnicy będą nadal żyć w melodramatycznej iluzji antyfaszystowskiej i intensyfikować swoją nienawiść. Ponieważ obraz Sarkozy'ego jako rasisty poczynił nieodwracalne szkody, w przypadku jego zwycięstwa§ będziemy mogli oczekiwać kolejnych wybuchów przemocy na przedmieściach.

p

Obserwowanie wyborów prezydenckich we Francji z drugiej strony Renu to zajęcie zarazem szokujące i fascynujące. Pomimo udziału w I turze wyborów kilku poważnych kandydatów mam wrażenie, że wybory prezydenckie degenerują się, stając się czymś w rodzaju publicznego pokazu dziwów. Nasz najważniejszy sąsiad odgrywa prawdziwy karnawał zinstytucjonalizowanego napoleonizmu.

Zachowanie Francuzów wpisuje się w objawy choroby, tkwiącej w samym systemie politycznym. Zgodnie z hipotezą zawartą w książce Waltera Lippmanna "The Phantom Public" demokracja francuska opiera się na błogosławionej, acz absurdalnej fikcji kompetentnego wyborcy. Jakkolwiek od ponad wieku go szukamy, ten wyborca jest równie nie do odnalezienia co yeti w Tybecie. Aby zrekompensować niedostatki systemu ufundowanego na hipotezie tyleż śmiechu wartej, co niezbędnej, w Stanach Zjednoczonych wymyślono systematyczną personalizację polityki. A zatem, jeśli już nie rozumiemy nic z zagadnień podstaw demokracji, przynajmniej trzymajmy się twarzy polityków. Tyle tylko że po pół wieku rozszalałej hipermediatyzacji, dzikiego rozrostu mediów, już nawet te mechanizmy więcej nie działają.

Dlatego właśnie znajdujemy się na gruncie pokazu osobliwości, a nie działań prawdziwie politycznych. Francja cierpi z nadmiaru retoryki gaullistowskiej. To, co jednak pasowało do de Gaulle'a i, od biedy, do jego pierwszych następców, nie działa już w odniesieniu do dzisiejszych polityków. To, czego Francja potrzebuje aktualnie, nie jest ani nową lewicą, ani nową prawicą. Nie potrzebuje już silnego prezydenta, ponieważ nikt nie musi jej ocalać. Wystarczy ją obudzić. Potrzeba jej skutecznego premiera, zaś w roli głowy państwa - jak we wszystkich cywilizowanych krajach - uśmiechniętego i jednocześnie poważnego, politycznie wykastrowanego prezydenta. Kastracja funkcji prezydenta, tzn. redukcja władzy głowy państwa do wymiaru symbolicznego, jest wręcz warunkiem powrotu francuskiej demokracji - obecnie głęboko neurotycznej - do kręgu państw europejskich: wiarygodnych i przewidywalnych.

Tymczasem trudno powiedzieć, czy wśród obecnych kandydatów na prezydenta Francji był ktokolwiek, dla kogo Francja jest czymś więcej, niż tylko środkiem do odgrywania swoich obsesji. Dla Sarkozy'ego i Royal jest ona tylko pretekstem, krajem, który ma pasować do ich złudzeń. Niemcy przeżyli siedem lat z kanclerzem Schröderem, który był czystym wcieleniem ambicji. Niemcy pod jego władzą były jego zabawką. To samo może się stać z Francją pod władzą Sarkozy'ego, który jest francuskim bliźniakiem Schrödera. Sarkozy usiłuje podtrzymywać fundacyjne kłamstwo gaullizmu. Tymczasem skończyła się epoka wielkich polityków. Ostatnim z nich na francuskiej scenie politycznej był właśnie de Gaulle. To w tym kontekście problem wkładek do butów Sarkozy'ego mógł przyciągnąć uwagę komentatorów: Sarkozy to ucieleśnienie polityki w butach z wkładkami. Jeśli Hegel mówił, że dla kamerdynera nie ma bohaterów, wielkich jednostek, to dziś każdy może być wielkim człowiekiem dzięki swemu szewcowi.

Ségole`ne Royal z kolei jest dla mnie postacią nad wyraz tajemniczą - nawet w sensie psychologicznym. Jej fotografie pozostają wobec siebie w takiej sprzeczności, że nie rozpoznałbym jej na ulicy. Potrafi być promienna, niemal piękna, albo przybierać wygląd nerwowej matki, zaiste przedszkolanki na progu załamania nerwowego. Jest także problem matriarchalizacji władzy. Tyle że możemy mieć do czynienia z matką karcącą. Feminizacja społeczeństwa idzie ręka w rękę z ewolucją systemu politycznego w stronę dominacji funkcji terapeutycznych. Jeśli Sarkozy identyfikuje się z oczekiwaniem bezpieczeństwa w czasach postdemokratycznych (tu: obowiązkowa walka z wyrzutkami społecznymi), Ségole`ne Royal wyraża trend terapeutyczny w społeczeństwie postpolitycznym.

Mamy więc do czynienia z wyborem między dwojgiem polityków, którzy tak naprawdę stoją w jednej linii, z tą jedynie różnicą, że jeden z nich jest z prawicy ocalającej kraj, a drugi z lewicy, która chce ratować każdego z osobna. Brak realnego wyboru widać w jeszcze jednym kontekście. Oswobodzenie Francji pod koniec II wojny światowej stało się mitologią fundującą dzięki dwóm falsyfikacjom równoległym: de Gaulle - co nazwałem fundacyjnym kłamstwem gaullizmu - przekształcił dwuznaczną porażkę w zwycięstwo prawdziwej Francji, odniesione przy boku Churchilla i Roosevelta przez prawicę pogodzoną z republiką. W tym samym czasie lewica francuska symulowała zwycięstwo u boku Stalina w imię komunizmu czy socjalizmu. Od tego czasu Francja stała się polem bitwy, na którym dwie ekipy szlachetnych fałszerzy walczą - jedna przeciwko drugiej, a obie przeciwko prawdzie. Jeżeli Francja nie wyjdzie z tej logiki symetrycznych kłamstw, imię zwycięzcy w wyborach nie ma najmniejszego znaczenia. Wybieramy między coca-colą i pepsi-colą.

Miejmy pomimo wszystko nadzieję, że tym razem Francuzi wyjdą z muzeum złudzeń, do którego kartka wyborcza pierwszej tury wyborów zbyt często im służyła za bilet wstępu. Miejmy nadzieję, że tym razem dadzą oni się wypowiedzieć rzeczywistości.

p

W drugiej turze wyborów prezydenckich we Francji będę głosować na Sarkozy'ego. Uważam, że jeśli rzeczywiście uda mu się wygrać, w kilku istotnych aspektach francuskiej polityki nastąpią zmiany. Po pierwsze, "odświeżeniu" ulegnie polityka zagraniczna, w szczególności stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. Warto w tym kontekście pamiętać, że Europa i Stany Zjednoczone nie są w istocie rywalami ekonomicznymi, jak zwykł myśleć Jacques Chirac. Przeciwnie: istnieją na przykład przedsiębiorstwa francuskie, które przeniosły swoje siedziby do USA, a jednak dają pracę i pieniądze Francuzom. Po drugie, będziemy mogli zaobserwować zmianę kierunku, jeśli chodzi o politykę wobec Arabów, którą Francja prowadzi od jakichś 40 lat. Przemyślenia wymaga nastawienie proarabskie, zwłaszcza w związku z problemem zbrojenia się Iranu. Wreszcie, po trzecie i najważniejsze, wydaje mi się (choć oczywiście mogę się mylić), że Sarkozy dokona zerwania z wciąż we Francji żywą tradycją gaullistowską. Gaullizm rozumiem jako etatyzm, antyamerykanizm oraz szczególną politykę wobec Wschodu, która najogólniej rzecz biorąc

- dopuszcza dialog z Rosją oraz sceptyczne stanowisko wobec polityki Izraela. Gaullizm w swej czystej postaci był zawsze przeciwko Sarkozy'emu. Rzecz jasna nie wiem, jak Sarkozy zamierza potraktować Chiraca i jego otoczenie. To polityka personalna, a ja nie mam dostępu do sekretów Matignon i Pałacu Elizejskiego. Jeśli jednak Sarkozy nie rozprawi się z gaullizmem, który Chirac przecież uosabia, będę nim bardzo rozczarowany. Głosując na niego, mam nadzieję nie przeżyć takiego zawodu, jaki przeżyłem kilkakrotnie wcześniej, głosując we francuskich wyborach.

Sarkozy wniósł do polityki oddech świeżości, który uważam za wartościowy. Wiąże się to między innymi z faktem, iż znalazł się on na absolutnych wyżynach francuskiej polityki, nie będąc "stąd". Royal, Bayrou, Le Pen - wszyscy są Francuzami "stąd". Sarkozy jest jedynym z czwórki poważnych kandydatów, który ma korzenie emigranckie. Rzeczywiście, jego ojciec był Węgrem, a matka Żydówką. Nie uważam zresztą, by pochodzenie Sarkozy'ego odgrywało szczególną rolę w jego karierze. Sarkozy jest człowiekiem, który osiągnął ogromny sukces polityczny we Francji dzięki własnemu ogromnemu talentowi.

Jednakże pochodzenie i talent Sarkozy'ego to nie najważniejsza nowość, jaką mógłby on wnieść do francuskiej polityki. Mógłby on mianowicie położyć także kres bardzo francuskiej formule, którą nazywam rewolucją unieruchomioną. Aby zrozumieć, na czym ta rewolucja polega, należy przyjrzeć się uważnie francuskiej scenie politycznej. We Francji wszystkie tradycje polityczne w mniejszym czy większym stopniu wywodzą się z rewolucji francuskiej. Dlatego obowiązująca ordynacja wyborcza zmienia wybory prezydenckie w rodzaj dramatu: zmusza francuski elektorat do podzielenia się na pół, opowiedzenia się za jednym z dwóch kandydatów, deklarujących, że znajdują się na przeciwległych biegunach sceny politycznej, a jednak prezentujących dość podobne poglądy. W tych okolicznościach Partia Socjalistyczna bywała zwykle (tak jest również dziś) zmuszona przesuwać się jeszcze bardziej na lewo, ku komunistom. Tworzył się długotrwały sojusz, a komuniści byli dopuszczani do rządów. Z kolei prawica francuska prezentowała się dotychczas jako socjalna, w gruncie rzeczy bardziej lewicowa niż partie określane takim mianem. Co prawda, tym razem walka nie odbywała się tylko pomiędzy dwoma kandydatami - pojawił się także centrysta Bayrou. Proponował on, by wyjść poza opisany system podziału i by Francja przypomniała sobie o tradycji dotąd niedowartościowanej, czyli tradycji skonsolidowanego centrum, skonsolidowanego republikanizmu. Niestety Bayrou zbyt szybko zaczął dowartościowywać lewicę: zamiast orientować się na centrum prawicowe, wybrał lewicowe.

Osobiście jestem raczej zwolennikiem rozwiązania zakładającego istnienie wspomnianego skonsolidowanego centrum. Głęboko pragnę, by Francja dołączyła do grona krajów, które naprawdę próbują rozwiązać swoje problemy społeczne i ekonomiczne - jak Niemcy, Anglia, Szwecja, Belgia, nawet Włochy. Aby to jednak się powiodło, nie można pozwolić, by w drugiej turze wyborów wygrała Ségole`ne Royal. Rewolucja unieruchomiona wyraża się właśnie poprzez myśl lewicową, w pozorowaniu zmian. Lekarstwem może być natomiast Nicolas Sarkozy i jego nowe rozumienie prawicy. Przy okazji tych wyborów po raz pierwszy mogliśmy obserwować prawicę, która prezentuje się jako rzeczniczka prawa i praworządności. Co za tym idzie, w debacie publicznej po raz pierwszy od wielu lat pojawił się temat liberalizmu, który był nieobecny w retoryce prawicy od niemal 20 lat. Z tego powodu wszelkie próby zaklasyfikowania Sarkozy'ego po prawej lub po lewej stronie sceny politycznej w rozumieniu niefrancuskim lub porównywanie go do innych wybitnych polityków europejskich uważam za całkowicie chybione. Peter Sloterdijk porównał go np. do Gerharda Schrödera - uważam to za absurd. Sarkozy prezentuje po prostu ekonomiczny program liberalny, twierdząc, że należy wyjść z socjalnego modelu francuskiego, który stwarza ludziom trudności w zdobyciu pracy i uczciwym zarabianiu pieniędzy. Tymczasem jeśli wygra Royal, czeka nas 5 lat rewolucyjnego unieruchomienia. To bardzo długo, za długo!

p

Bez względu na to, kto wygra wybory, należy mieć nadzieję, że nowy prezydent Francji zdoła przezwyciężyć narosły w tym kraju kryzys zaufania do klasy politycznej i podejmie bardziej energiczne działania na rzecz integracji europejskiej. Bez aktywnego zaangażowania Francji Unia Europejska nie jest zdolna do sprawnego działania, ale również Francja nie jest w stanie realizować swoich interesów narodowych inaczej niż w ramach Unii i we współpracy z jej największym członkiem - Niemcami. Dla wielu francuskich obywateli zależność ta nie jest jasna, ale rządzący nie mają co do tego najmniejszych wątpliwości. Wie o tym zarówno Ségole`ne Royal, jak i Nicolas Sarkozy i dlatego nadzieje na odblokowanie europejskiej polityki należy wiązać z samą zmianą lokatora Pałacu Elizejskiego, a nie ze zwycięstwem konkretnej osoby. Ludzie kształtują instytucje, lecz również instytucje mają wpływ na ludzkie zachowania i charaktery. W ostatecznym rozrachunku zatem różnica między prezydenturą Royal a Sarkozy'ego nie musi być zasadnicza.

Po pierwszej turze wyborów wielu obserwatorów francuskiej sceny odetchnęło z ulgą, wskazując na zdecydowanie gorszy wynik Le Pena niż w roku 2002. Ten fakt niewątpliwie cieszy, ale jest jeszcze za wcześnie, by ogłosić powrót umiarkowanej i odpowiedzialnej tradycyjnej polityki - tak samo jak pięć lat temu nie było podstaw, by alarmować, że Francja staje się państwem faszystowskim. Z wyniku wyborów prezydenckich zadowolony może być bez wątpienia Fran?ois Bayrou. Swoim umiarkowanym i koncyliacyjnym podejściem przekonał do siebie wielu wyborców, dla których Sarkozy był zbyt obcesowy. Odmawiając poparcia któremukolwiek z kandydatów w drugiej turze, zapewnił zaś swojej partii, UDF, rolę języczka u wagi po czerwcowych wyborach parlamentarnych, które de facto przesądzą o możliwościach działania nowego prezydenta.

Nawet jeśli UMP, na czele której stoi Sarkozy, zdobędzie większość mandatów, będzie to ciągle ta sama partia, która powstała po to, by zapewnić większość parlamentarną dla Jacques'a Chiraca w roku 2002, która rządziła przez ostatnie pięć lat i którą trudno kojarzyć z przełomem. Royal często zarzuca się oportunizm, którego przykładem ma być to, że stworzenie swojego programu wyborczego powierzyła internautom odwiedzającym jej stronę www. To zbyt surowa ocena - kandydatka socjalistów jest osobą mającą wyraźne poglądy i gotową o nie walczyć. Poza tym wsłuchiwanie się w głos obywateli, nawet w tej nieco pretensjonalnej formie, jest dokładnie tym, czego Francuzom potrzeba. Kryzys, w jakim się znaleźli, jest w o wiele większej mierze kryzysem moralnym, wynikiem zaniku więzi między wyborcami a elitami politycznymi, niż kryzysem społecznym czy gospodarczym. Do jego przezwyciężenia Royal może nadawać się lepiej niż Sarkozy, którego główną cechą jest upór w dążeniu do wyznaczonego sobie celu. Szczególnie w koalicji z UDF Bayrou skoncentrowanej na usprawnianiu konkretnych rozwiązań instytucjonalnych socjaliści mogą wyrwać Francuzów z marazmu i bardzo pomóc w ten sposób Europie.

p

Nie dostrzegam żadnych przesłanek do tego, by twierdzić, że objęcie prezydentury przez Nicolasa Sarkozy'ego przyniesie jakieś istotne zmiany w Europie. Trudno także przypuszczać, że zmieni się coś w stosunkach rosyjsko-francuskich. Nie sądzę, by stabilność tych stosunków mogła ulec jakiemuś zachwianiu. Mogą one się zmieniać pod względem formy, stylu, ale nie samej treści. Sarkozy nie formułuje jakichś przełomowych propozycji na tym polu. Jego program nie bierze Rosji pod uwagę.

Sarkozy reprezentuje pokolenie nowych przywódców politycznych. Kimś do pewnego stopnia podobnym jest w Rosji Władimir Putin. To politycy, którzy będą musieli budować nowy system światowy, nadając mu odpowiedni instytucjonalny kształt i porozumiewając się co do reguł jego funkcjonowania. Wątpię, by Jacques Chirac był do tego zdolny.

Kiedy mowa o nowym pokoleniu przywódców, nie chodzi tu bynajmniej o jakichś pragmatycznych bezideowców. Chodzi o ludzi, którym wartości w polityce nie pozostają obce. Są oni zdecydowani realizować je w swojej praktyce politycznej tak, by znajdowały właściwe odzwierciedlenie w rzeczywistości. Bez tego nie uda się zbudować systemu światowego, który działałby sprawnie. Jeśli jego budowa miałaby się odbywać w sposób całkowicie pragmatyczny, bez opierania się na wartościach, to sama geopolityka wielkich mocarstw nie upora się z tym zadaniem. Sarkozy jest człowiekiem zorientowanym na konkretne rezultaty. Nie lubi pustej retoryki, nie lubi retoryką zastępować podejmowania decyzji. Ale z tego nie wynika, że jest technokratą starego typu. Technokrata to figura dobrze znana w dawnej geopolityce. Na technokratach spoczywa odpowiedzialność za to, by w miejsce systemu światowego, który się rozpadł wraz z końcem zimnej wojny, nie pojawił się nowy. Dzisiaj technokraci są świetnym uzupełnieniem dla takich polityków jak Chirac czy Tony Blair.

Sarkozy jednak to już inny typ przywódcy. Należy on do tych, którzy mają świadomość, że działają w okresie przejściowym.Nie ma dziś ogólnie uznanego, efektywnego i umożliwiającego współpracę systemu, który reguluje życie międzynarodowe. Mamy przerwę. Pojawiła się ona na początku lat 90. w związku z rozpadem ZSRR i Układu Warszawskiego oraz w związku z tym, że USA nie objęły przewodnictwa w budowaniu nowego ładu światowego. Myślę, że nowy system będzie tworzony w większym gronie przywódców. To może być słuszne, lecz powoduje zarazem, iż zadanie staje się znacznie trudniejsze, ponieważ nowym przywódcom nie będzie się łatwo porozumieć. Ale muszą to zrobić, bo jak na razie w międzynarodowych rozgrywkach przestrzeganie zasad jest nader wybiórcze. Pokolenie nowych przywódców chce przekroczyć ten mało komfortowy dla światowej polityki punkt, w jakim obecnie tkwimy. Jest to możliwe wyłącznie za sprawą złożenia konstruktywnej i pozytywnej oferty, w sytuacji, kiedy przywódcy nie obawiają się przemiany dawnych ideowych wrogów we współpracowników. Te rzeczy łączą Sarkozy'ego z Putinem.

Sarkozy jest politykiem partii gaullistowskiej. Ale dzisiaj wizja stosunków międzynarodowych, którą nakreślił Charles de Gaulle, to już przeszłość. Oczywiście znaczenie różnic w poziomie rozwoju gospodarczego poszczególnych krajów europejskich, pozostaje aktualne, ale jednocześnie integracja Unii Europejskiej jest nieuchronna. To oznacza rzecz jasna włączenie w procesy decyzyjne UE takich państw jak Polska, Czechy i Węgry, a więc krajów środkowoeuropejskich. I ten kierunek jest właściwy. Tyle że nie będzie się to odbywać na warunkach Warszawy, Pragi czy Budapesztu. Sarkozy odchodzi od galijskiego antyamerykanizmu. Ale nie prezentuje bynajmniej jakiegoś euroatlantyckiego tradycjonalizmu. Owszem, stara się dystansować od antyamerykanizmu, który, ogólnie rzecz biorąc, jest bezproduktywny. Nie uważam jednak, by z tej przyczyny zasługiwał na miano romantyka integracji euroatlantyckiej.

Sarkozy przekracza dotychczasowe granice francuskiej poprawności politycznej. Dotyczy to przede wszystkim kwestii imigracji oraz sytuacji mniejszości etnicznych i religijnych. Ale w tym przypadku nie narusza zasad politycznych tak, jak czyni to Jean-Marie Le Pen. Widać u niego natomiast wolę rozwiązywania konkretnych problemów. Sarkozy nie chce odkładać rozstrzygnięcia problemów, które realnie dają o sobie znać w trapionym podziałami społeczeństwie. Francja wypracowała wspaniałą koncepcję, wedle której Francuzem jest się niezależnie od pochodzenia etnicznego, wyznawanej wiary oraz innych cech. Dzisiaj jednak koncepcja ta przestaje funkcjonować i Sarkozy głośno o tym mówi. Mimo to w żadnym wypadku nie chodzi mu o dzielenie Francji, o wywołanie jakiejś wojny rasowej. Wręcz odwrotnie, on po prostu nazywa rzeczy po imieniu.

p

Zwycięstwo Nicolasa Sarkozy'ego w wyborach prezydenckich we Francji może ożywić sojusz północnoatlantycki w wymiarze nie tylko politycznym, ale również cywilizacyjnym. Najwyższy czas. Społeczeństwa zamieszkujące Amerykę Północną i Unię Europejską stanowią nie więcej niż 12 proc. światowej populacji, jednak to właśnie one w czasach nowożytnych najbardziej przyczyniły się do ważnych odkryć naukowych i postępu cywilizacyjnego. To właśnie im zagrażały również nowoczesne formy barbarzyństwa - w szczególności komunizm i faszyzm.

XXI wiek przyniósł nowe zagrożenia. Rosja zawróciła ze ścieżki prowadzącej w kierunku demokracji. Grupa byłych czekistów pod wodzą Władimira Putina, przywróciła autorytaryzm jednocześnie coraz bardziej rozbudzając rosyjskie dążenia imperialne. Rosja ingeruje nie tylko politycznie, ale i militarnie w sprawy swoich bliskich sąsiadów, zaś wobec innych stosuje groźby lub dąży do uzależnienia ich od swoich zasobów energetycznych. Jednocześnie sprzedaje broń niebezpiecznym reżimom bliskowschodnim.

Kolejnym zagrożeniem już wkrótce staną się Chiny. Ich populacja to niemal dwa razy tyle ludzi, ile zamieszkuje współcześnie państwa zachodnie. Przez ostatnie 30 lat państwo to niezmiennie cieszyło się największym wzrostem ekonomicznym na świecie. Jeśli - jak przewidują niektórzy ekonomiści - wzrost ten będzie trwał i gospodarka chińska stanie się najpotężniejsza na świecie, a także jeśli rządzić będzie dalej partia komunistyczna, nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić sobie, jak bardzo niebezpieczne będą działania, w które mogą zaangażować się Chiny.

Świat zachodni zagrożony jest w tej chwili także radykalnym dżihadyzmem. Ruch ten jest silniejszy, niż chcielibyśmy przyznać. Niedawny sondaż w czterech relatywnie nowoczesnych państwach muzułmańskich - Maroku, Egipcie, Indonezji i Pakistanie - przeprowadzony przez Uniwersytet Stanu Maryland, przyniósł zatrważające rezultaty. Okazało się, że aż 25 proc. respondentów popiera zarówno cele, jak i środki stosowane przez Al-Kaidę, podczas gdy 35 proc. twierdziło, że co prawda nie popiera środków, ale cele uważa za bardzo szczytne. Jedynie 40 proc. oceniło zarówno środki, jak i cele jako niewłaściwe. Jeśli dżihadyzm zwycięży w jeszcze kilku bliskowschodnich krajach, staną się one bazami, z których wyjdzie atak w kierunku Zachodu. Ataki w Nowym Jorku, Londynie i Madrycie powinny nam uświadomić, jak bardzo niebezpieczne mogą to być działania i jak bardzo zagrożone są nie tylko Stany Zjednoczone, ale również państwa europejskie.

Wszystkie te zagrożenia są sygnałem dla Zachodu, że powinien się zjednoczyć. Francja reprezentuje, niestety, długoletnią tradycję rozbijania zachodniej jedności. W 1966 roku Charles de Gaulle usunął wojska NATO z Francji i zapowiedział, że francuskie rakiety z głowicami atomowymi będą wycelowane zarówno w stronę wschodnią, jak i zachodnią. W roku 1990 Francja sprzeciwiała się powiększeniu NATO i znacząco opóźniła interwencję w Jugosławii mającą na celu zakończenie rozlewu krwi, ponieważ głównym celem polityki francuskiej było wówczas zredukowanie obecności amerykańskiej w Europie. Jacques Chirac, ogłaszając, że nie będzie kandydować w następnych wyborach prezydenckich, stwierdził, że wszystkie lata sprawowania swojego urzędu poświęcił sprawiedliwości, postępowi, pokojowi i budowaniu "świetności" Francji.

Ten ostatni cel - "świetność" - jest jednak zdradziecki w przypadku polityków, którzy święcie w niego wierzą. "Świetność" to zawsze gra o sumie zerowej. To gra nakierowana na rywalizację. Niemożliwością jest, by jednakową "świetność" osiągnęły wszystkie państwa. W obliczu współczesnych zagrożeń dla Zachodu francuskie dążenie do "świetności" oraz rywalizacja z Ameryką są więc wyrazem infantylizmu i neurotyczności, niebezpiecznych dla nas wszystkich. Zwycięstwo Sarkozy'ego byłoby znakiem, że Francja dojrzewa i wydobywa się z tej neurotyczności.

W ostatnich latach wydawało się, że jedynie niewielu przywódców europejskich (takich jak Tony Blair albo politycy wywodzący się z narodów środkowoeuropejskich, które na własnej skórze odczuły ciężar komunistycznej tyranii) pamięta, iż świat jest miejscem niebezpiecznym, iż zło istnieje naprawdę, iż ludzie, którzy podzielają te same wartości polityczne i moralne, zwane zachodnimi, powinni stać w jednym szeregu. Pod przywództwem Chiraca i Schrödera Europa miała być rywalem Ameryki niepomnym na prawdziwe niebezpieczeństwa. W ubiegłym roku proamerykańska Angela Merkel zastąpiła na stanowisku kanclerza Niemiec Schrödera. Zwycięstwo Sarkozy'ego mogłoby dopełnić dzieła transformacji. Dopiero wtedy idea jedności europejskiej stałaby się tym, czym powinna być: częścią szerszej jedności cywilizacji zachodniej, jedności budowanej w partnerstwie ze Stanami Zjednoczonymi. Tak byłoby lepiej dla nas wszystkich.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj