Pani Anna S. z trudem podnosi głowę z poduszki. Próbuje rozejrzeć się po pomieszczeniu i przypomnieć sobie, gdzie właściwie jest. Rozpoznaje szpitalną salę. Już wie, czemu się tu znalazła - pisze "Fakt".
"Wracałam z pracy. Nagle poczułam potworny ból z tyłu głowy. Jakby ktoś włożył mi w mózg rozpalony pręt" - opowiada. Napastnik podjechał do niej na rowerze i z całej siły uderzył w głowę. Straciła torebkę, w której była komórka i trochę pieniędzy. Leżącą na drodze znalazł przechodzień. Do szpitala dotarła w ostatnim momencie.
Pani Hanna S. jak co dzień rano wyszła po zakupy. Szła spokojnie przez centrum miasta. Nagle ktoś ją napadł. "Jak przez mgłę zobaczyłam postać w bluzie z kapturem. Szybko oddalała się na rowerze. W ręku trzymała moje zakupy" - mówi "Faktowi".
Napad na nią wyglądał niemal identycznie jak na panią Annę. Napastnik również poruszał się na rowerze. I też z całej siły uderzył łomem w tył głowy...
W Międzyrzeczu kobiety boją się wychodzić na ulicę. Zwłaszcza że policja nie ma portretu pamięciowego napastnika, choć po Międzyrzeczu krążą wzmocnione patrole.
"Robimy wszystko, by złapać łomiarza. Przecież my też mamy żony i córki, które w każdej chwili mogą stać się jego ofiarami." - wyjaśnia "Faktowi" naczelnik wydziału prewencji komendy w Międzyrzeczu, Piotr Karkuciński.