IZABELA LESZCZYŃSKA: Jak pan się dzisiaj czuje?
GAMBOLD AZZAYA: Dziś czuję się doskonale, ale wtedy doznałem urazu. Fala uderzeniowa rzuciła mną o ścianę wartowni. Doznałem wstrząsu. Nie słyszałem. Ale dzięki lekarzom,
którzy byli na miejscu, doszedłem do siebie.
Jest pan spokojny jak skała. Co wtedy działo się w pana głowie? Decydowały sekundy. Pan oddał strzał. Co się czuje, gdy strzela się do człowieka?
Przechodzimy intensywne szkolenie psychologiczne, na którym uczy się nas, jak zachowywać się w takich sytuacjach. Wtedy, gdy pod bazę podjechały ciężarówki, nie było nawet czasu, żeby
pomyśleć. Wykonałem to, co do mnie należało.
A jakie myśli przychodzą potem?
Były momenty, kiedy wahałem się, walczyłem ze sobą, zastanawiałem się, czy dobrze zrobiłem. Moja psychika nie była zrównoważona. Starałem się zachować spokój, musiałem wszystko
przemyśleć, dużo rozmawiałem z kolegami. To właśnie rozmowy z nimi pomogły mi wrócić do psychicznej równowagi.
Uratował pan życie wielu żołnierzy. Co mówili?
Atmosfera była niezwykle koleżeńska. Jednych znałem, drugich nie, ale wszyscy mi dziękowali. Ktoś nawet powiedział: "To jeszcze nie koniec, znów może dojść do zamachu. Będziesz
wtedy musiał się zachować dokładnie tak samo".
Które strzały oddane w życiu zapamięta pan najbardziej?
Nigdy nie zapomnę strzałów oddanych w Iraku. Cieszę się, że miałem honor służyć z polskimi generałami, z żołnierzami. Są bardzo dobrze wyszkoleni, to fajne chłopaki.
Czy ma pan dzieci, żonę? Co ona myśli o swoim bohaterze?
Żony jeszcze nie mam, mam dziewczynę. Spokojnie na mnie czeka, nie ma podstaw do obaw. Kocha mnie jako człowieka, a nie jakiegoś tam bohatera.