Słuchając Alaina Finkielkrauta, kolejnego gościa "Debat Dziennika", można się zżymać, jak mało Zachód rozumie z naszych wewnętrznych sporów. I jak jednostronnie kibicuje w nich jednej tylko stronie. Ale nie sposób zarazem uciec przed pytaniem zasadniczym - dlaczego tak się dzieje? Dlaczego jeden z najbliższych Sarkozy'emu intelektualistów nie chce powiedzieć nic ciepłego o polskiej prawicy? Nie chodzi przy tym o lustrację, którą Finkielkraut tak ostro skrytykował. Bo to tylko jeden z przejawów generalnej niechęci Zachodu wobec tego, co robi w Polsce prawicowy rząd. Niechęci, która sprawia, że nawet prawicowe gazety - jak "Times" czy "Welt" - piszą o obecnej władzy jedynie w tonie krytycznym.
Wyjaśnienie fatalnej opinii, jaką ma polska prawica, jest proste. Przez lata nie wyjeżdżała na Zachód, pozwalając, aby jedynym źródłem wiedzy o Polsce - i o samej prawicy - były relacje jej ideowych przeciwników. Nawet dojście do władzy niewiele zmieniło. Wyraźnie stremowani spotkaniami na szczycie premier i prezydent ewidentnie stronili od kontaktów z Europą. A ich zaplecze zamiast ich do tego zmuszać pozwoliło z ewidentnej słabości uczynić ideologię - narodowej dumy, która nie pozwala polskim władzom tłumaczyć się światu ze swoich decyzji. O tym, jak błędna jest ta strategia, PiS przekonał się kilka tygodni temu, gdy okazało się, że jeden Bronisław Geremek ma większy wpływ na europejską opinię niż cała PiS-owska władza. Gdy nawet prawicowiec Sarkozy twardo opowiedział się za eurodeputowanym Geremkiem przeciw polskiemu premierowi. Jednak dziś słabość polityki izolacji wychodzi na jaw jeszcze ostrzej. Kiedy Polska chce przeforsować korzystny dla siebie system głosowania, okazuje się, że jedynym instrumentem, jaki posiada, jest toporna groźba weta. Bo prawicowej elicie nie udało się zawrzeć w Europie żadnych sojuszy, bo nie zbudowała sobie kapitału osobistych kontaktów, bo nie zdobyła za granicą przyjaciół, którzy by pomogli przekonać opinię europejską, że Polsce chodzi o coś więcej niż egoistyczny interes. Rząd nie ma nawet elementarnej wiedzy i do ostatniej chwili naiwnie wierzył, że ma poparcie Francji.
Kłopot jest szerszy i dotyczy całej prawicy. Bo przecież przy okazji groźby weta wyszła na jaw pozorność "europejskości" Platformy. Która, owszem, lojalnie poparła premiera, ale poza dobrym słowem w niczym mu pomóc nie potrafiła. Bo liderzy Platformy - z wyjątkiem Saryusza i Bieleckiego - rownież nikogo na Zachodzie nie znają.
Prawica jest bardzo dumna z tego, że ma odwagę twardo bić się o narodowy interes. I słusznie. To prawica jako pierwsza miała odwagę jasno i bez wstydu nazwać cel naszej dyplomacji - Polska zawsze ma mieć więcej, a nie mniej. Jednak słuszność obranej linii to za mało. Aby ją uwiarygodnić, aby do niej przekonać oponentów, prawica musi odnieść sukces. Wybierając ścieżkę twardych negocjacji, prawica musi się wykazać większymi talentami niż tak chętnie krytykowany przez nią Geremek. Póki co, jest tylko niezdarna.