Dziennik Gazeta Prawana logo

Za co warto umierać w Europie

5 listopada 2007, 12:17
Ten tekst przeczytasz w 91 minut

Targi, ostre negocjacje, zrywanie obrad i groźby weta towarzyszyły integracji europejskiej od samego początku. Z reguły wszyscy wiedzieli, jakich argumentów i zachęt użyć, by przekonać opornych partnerów. Francję kuszono zwiększeniem wydatków na rolnictwo, Hiszpanii oferowano fundusze strukturalne, Wielkiej Brytanii - trwałą redukcję składki do wspólnej kasy. Za wszystko płaciły Niemcy. Na przyszłotygodniowym szczycie w Brukseli nie będzie tak łatwo. Polski rząd nie dał jasnego sygnału, co chciałby uzyskać w zamian za zgodę na porzucenie nicejskiego systemu głosowania w Radzie UE. Plany budowy "solidarności energetycznej" nie wyszły poza ogólnikowe deklaracje, premier Kaczyński szybko wycofał się ze swojej wypowiedzi o potrzebie stworzenia wspólnej europejskiej armii, sugestia szefa Parlamentu Europejskiego Pötteringa, by Polskę uhonorować podpisaniem nowego traktatu w Warszawie, przeszła niezauważona. Nawet pieniądze mają dziś małą moc oddziaływania, bo do uchwalenia nowego budżetu Unii pozostało jeszcze parę lat, a Polska i tak ledwo nadąża z wydawaniem tego, co już dostaje. Przestraszeni doświadczeniami epoki Schrödera i wizją powrotu niemieckiego nacjonalizmu, polscy negocjatorzy chcą osłabić pozycję Berlina w przyszłej Unii - i nie interesuje ich nic w zamian za odstąpienie od tych celów. To zawęża pole manewru i utrudnia znalezienie kompromisu. Ponieważ w ciągu ostatnich miesięcy Polsce nie udało się znaleźć sojuszników w boju o pierwiastek, zrzucenie na nią winy za fiasko reformy traktatowej będzie łatwe i wygodne. Poseł Komorowski i senator Sikorski próbują wytłumaczyć czytelnikom "Europy", w jaki sposób znaleźliśmy się w tym impasie.

p

Język jest w polityce ważny, ale jeszcze ważniejsza jest praktyka polityczna, która za tym językiem idzie. Obecny polski rząd popełnia grzech zaniechania, to znaczy woli wyżywać się w twardości języka, zamiast dążyć do skutecznego załatwienia sprawy. Przykładem jest chociażby kwestia wypędzonych. Łatwiej jest mówić o Steinbach niż skutecznie działać na rzecz zmiany doktryny prawnej państwa niemieckiego - działać aktywnie, środkami dyplomatycznymi, na rzecz takich regulacji prawnych, które zabezpieczyłyby interesy polskich obywateli, którzy boją się roszczeń ze strony obywateli niemieckich na Ziemiach Odzyskanych. Podobnie jest z kwestią reformy UE. Łatwiej jest sformułować hasło "umrzemy za pierwiastek", niż jak najszybciej i jak najbardziej precyzyjnie określić - także z udziałem opozycji, bo tu współpraca jest możliwa - czego Polska oczekuje w zamian za odejście od Nicei.

Ostateczna ocena polskiego weta w stosunku do rozmów UE z Rosją będzie zależeć od jego skuteczności, a nie od twardości. Na razie weto doprowadziło do przyspieszonej edukacji zarówno polskiego rządu, jak i Unii. Edukacja ta może przynieść dobre skutki, wzmacniając poczucie wspólnotowej solidarności wewnętrznej. Ale wiele zależy od tego, co polski rząd zamierza zrobić już po zgłoszeniu weta. A tu jestem mniejszym optymistą.

Możemy się zgodzić na system podwójnej większości pod warunkiem, że Niemcy odstąpią nam ze swojej puli miejsca w Parlamencie Europejskim, które przypadłyby na sześć milionów obywateli polskich, którzy zginęli podczas drugiej wojny światowej... A mówiąc poważnie, to zgłoszenie weta w sprawie rosyjskiego szantażu ekonomicznego było uprawnione. Wykorzystaliśmy rosyjski błąd, bo Rosja Unii nie rozumie i przeholowała, nie biorąc pod uwagę tego, że w sprawach handlowych państwa narodowe oddały część swojej suwerenności Unii Europejskiej, ale w zamian za to Unia musi - i to na mocy bardzo wyraźnych regulacji prawnych - bronić państw członkowskich. Unia jest w tej dziedzinie suwerenem, negocjuje w imieniu państw członkowskich zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z resztą świata. Zmusiliśmy Unię do aktu solidarności, który oby był początkiem konsekwentnej wspólnej polityki. Im prędzej Rosja zrozumie swój błąd, tym lepiej. Natomiast mam wrażenie, że można było lepiej przygotować grunt pod to weto. Grając twardo, można budować wiarygodność albo wywoływać irytację, w zależności od sposobu, w jaki się wyjaśnia swoje motywacje i przygotowuje partnerów na swoje decyzje. Przypomina mi się trochę sytuacja z listem w sprawie Iraku w przeddzień amerykańskiej inwazji. Premier Miller miał rację, podpisując go, ale gdyby dał znać europejskim partnerom, że na coś takiego się zanosi, można było uniknąć niepotrzebnych zadrażnień. Dlatego słusznie premier Kaczyński wysyła tym razem sygnały ostrzegawcze.

Jednak zmiana polityki Unii Europejskiej wobec Rosji jest tylko po części skutkiem polskiego zachowania. W ogromnej mierze jest skutkiem zmiany rządu w Niemczech. To, że w Berlinie rządzi Merkel, a nie Schröder, to, że na miejsce Chiraca przychodzi Sarkozy - ma ogromne znaczenie dla polityki europejskiej. Obawiam się, że rządzący Polską tej zmiany nie zauważają albo nie potrafią jej skutecznie wykorzystać. Stąd język oblężonej twierdzy, język umierania za różne rzeczy, podczas gdy nasza dyplomacja powinna po prostu bardziej owocnie i ofensywnie pracować.

A ja podejrzewam, że gdyby Niemcy nie mieli interesu w tym, żeby uzyskać naszą zgodę na zmiany traktatowe, to tak solidarnej postawy ani Niemiec, ani Unii byśmy nie mieli. Myślę, że powodem realizmu naszych partnerów jest to, że zdali sobie sprawę, że jeżeli zostawią nas samych sobie wobec Rosji, to nie mogą liczyć później na nasze wsparcie wspólnej polityki zagranicznej Unii Europejskiej. Bo muszą nas przekonać, że ona będzie realizowana także w naszym interesie.

Tu bym z panem polemizował. Oczywiście, w polityce umiejętność stawiania żądań i warunków jest rzeczą ważną. Ale pamiętajmy, że polskie weto zostało zgłoszone i zadziałało w kontekście wcześniejszych deklaracji właśnie pani kanclerz Merkel, która jeszcze przed wyborami zapowiadała w Warszawie, że europejska polityka wschodnia będzie prowadzona w oparciu o polsko-niemieckie współdziałanie i że przysłowiowe już samoloty lecące z politykami niemieckimi do Moskwy będą lądować w Warszawie. Ona była i jest pełna dobrej woli. Problem w tym, że my z tej deklaracji nie skorzystaliśmy. Myślę choćby o słynnej przygodzie ministra spraw zagranicznych Niemiec, który chciał lądować w Warszawie w drodze na szczyt NATO w Rydze, żeby odbyć konsultacje ze stroną polską i został odprawiony z kwitkiem. Obawiam się, że strona polska zamiast iść drogą porozumienia i wykorzystania tych deklaracji, nie tylko niemieckich, idzie drogą pozornej twardości. Ale jest dużo poważniejszy przykład, że sam twardy język w polityce europejskiej nie wystarczy. Brak precyzyjnego określenia przez stronę polską, co chcielibyśmy osiągnąć w zamian za odejście od Traktatu Nicejskiego, przedstawianie weta jako jedynej propozycji politycznej, może spowodować, że inne państwa członkowskie UE kontestujące nowy traktat być może dostaną coś w ramach prezydencji niemieckiej, a my zostaniemy postawieni w kącie.

Zgoda o tyle, że nawet gdy się nie zgadzamy, trzeba ciągle rozmawiać. Historia historią, ale Niemcy są naszym sojusznikiem i jesteśmy w tej samej rodzinie. Ja starałem się utrzymywać dobre stosunki z moim niemieckim kolegą, Franzem Jozefem Jungiem, nawet w lodowcowej epoce stosunków polsko-niemieckich w pierwszym roku obecnej prezydentury. Odbyliśmy między innymi spotkanie ministrów obrony trójkąta weimarskiego w Wieliczce, na którym Polska została zaproszona do Eurokorpusu i zapewniono nas, że otrzymamy w nim stanowisko generalskie. Natomiast w sprawie traktatu jest jeszcze pole do gry, bo ten traktat w wersji zbliżonej do obecnej ma małe szanse. Wielka Brytania będzie mieć za chwilę nowego przywódcę, który wie, że poprzednia wersja traktatu nie przejdzie w brytyjskim referendum. Ten wielki Traktat Konstytucyjny został, pamiętajmy, odrzucony w referendach w "starej Unii". Myślę, że jest o co grać.

Otworzyłoby to przynajmniej możliwość nowej dyskusji. Stary traktat jest moim zdaniem nie do obrony choćby ze względu na niechlujność prawną i stylistyczną. Jest jedenaście razy dłuższy niż konstytucja Stanów Zjednoczonych, ale wątpię, aby był jedenaście razy lepszy.

Jednak również w takim wypadku konieczne będą rozstrzygnięcia dotyczące procedur podejmowania decyzji i będziemy musieli odzyskać zdolność do aktywnego negocjowania i wypracowywania kompromisu. Żeby nie było wątpliwości - dla Polski, z punktu widzenia siły naszego głosu, pozostanie przy ustaleniach z Traktatu Nicejskiego wcale nie byłoby złe. Tylko że nic nie wskazuje na to, abyśmy byli w stanie to stanowisko obronić. Nie mamy sojuszników. Hiszpania prowadzi zupełnie inną grę, a poparcie Czech nie wystarczy. I właśnie dlatego pojawia się pytanie, czy zablokowaniu przez nas prac UE w obronie Traktatu Nicejskiego nie będzie towarzyszyć izolacja i bardzo poważne osłabienie pozycji Polski.

Nie przypominam sobie takich stwierdzeń.

Proszę zwrócić uwagę, że to opozycja mówi o konieczności przymuszenia Niemiec do zmiany doktryny prawnej państwa niemieckiego, aby chronić prawa Polaków na Ziemiach Zachodnich. Rząd wolał skupiać się na straszeniu Eriką Steinbach. To opozycja pierwsza zaczęła mówić o konieczności twardych negocjacji z Amerykanami w sprawie tarczy - a jednocześnie zauważamy i traktujemy jako pozytywną zmianę to, że rząd zaczął mówić takim językiem w ostatnich dniach. Platforma nie dystansuje się od weta w sprawie Rosji, tyle że my mówimy to, co przemilcza Jarosław Kaczyński - że jest to sukces Unii Europejskiej, konsekwencja naszej do niej przynależności. To właśnie Platforma Obywatelska stara się pomagać rządowi, podpowiadając korzystne dla Polski rozwiązania. Przypominam o propozycji rozszerzenia w nowym traktacie UE klauzuli solidarności na bezpieczeństwo energetyczne. Cieszę się, że rząd skorzystał z naszej oferty, która z zainteresowaniem została przyjęta przez Komisję i Prezydencję. Opozycja nie zakłada, że wina jest zawsze po stronie rządu. Ale pod jednym względem tak właśnie jest - jeśli chodzi o wizerunek państwa polskiego na świecie, w tym szczególnie w Unii Europejskiej. Nie wiem, czy to jest wina premiera lub prezydenta osobiście, ale na pewno zaplecza politycznego obecnej ekipy. To jest katastrofa na własne życzenie! Bo jeżeli wcześniej ten wizerunek był dobry, przy takich samych zachodnioeuropejskich mediach, przy takich samych zachodnich politykach, to znaczy, że coś złego zdarzyło się w momencie politycznej zmiany w Polsce.

Najpierw słowo komentarza. To nie opozycja wpadła na to, że Stany Zjednoczone są obcym państwem i że nie możemy popełnić błędu SLD i zgodzić się na tarczę przedwcześnie i bezwarunkowo. Amerykanie oczekiwali, że podczas wrześniowej wizyty w Waszyngtonie premier Kaczyński poprosi ich o zainstalowanie tarczy w Polsce. Gdyby tak się stało, naturalnie nie mogłoby już być żadnych negocjacji, bo ten, kto prosi, nie może stawiać warunków. Myślę, że pan premier przyznałby, że miałem wkład w to, że do tego nie doszło. W sprawie tarczy, póki co bracia Kaczyńscy nie pękają i to jest dla kraju korzystne. Natomiast jeśli chodzi o wypowiedź Antoniego Macierewicza, to stawia mnie pan w niezręcznej sytuacji, bo nie ukrywam, że jest mi przykro, iż pan premier, mając do wyboru szefa SKW i mnie, wybrał jego. Chciałbym tylko przypomnieć, że za tę akurat wypowiedź wiceminister otrzymał ode mnie surową naganę, a potem na mój wniosek przestał być wiceministrem. Zresztą nie rozdzierajmy szat: takie sytuacje zdarzają się też gdzie indziej. Parę lat temu zastępca podsekretarza stanu w Pentagonie - właśnie do spraw wywiadu wojskowego - gen. William Boykin, powiedział, że widział szatana nad Mogadiszu, ale Ameryka i tak wygra wojnę z terrorem, bo, cytuję, "nasz Bóg jest silniejszy od muzułmańskiego". I też do dzisiaj piastuje swoje stanowisko. Może jest jakiś czar służb wojskowych, który przyciąga osobowości paranoidalne?

To jest jednak konsekwencja nie tylko siły wewnętrznego konfliktu. Wizerunkowa katastrofa Polski wynika przede wszystkim z zachowań rządzących polityków. Zakwestionowanie w Parlamencie Europejskim teorii Darwina nie jest przecież koniecznym elementem konfliktu politycznego. Sposób, w jaki oficjalni przedstawiciele Polski poruszają tam kwestie etniczne, historyczne czy obyczajowe to katastrofa, po prostu katastrofa wizerunkowa.

Pan europoseł Maciej Giertych nie jest członkiem polskiego rządu i, o ile wiem, jego występ nie spodobał się nawet liderowi LPR. Natomiast faktycznie, nasza prawica czasami okazuje ludyczną świeżość w głoszeniu swoich poglądów. Nie wszyscy w Europie wiedzą, że to, co my Sarmaci mówimy w duchu sejmikowego gardłowania, nie zawsze powinno być traktowane ze śmiertelną powagą. Natomiast w ostatecznej analizie te zadymy medialne rzeczywiście wpływają niekorzystnie na to, co Sowieci nazywali korelacją sił, czyli na zbiór wszystkich materialnych i niematerialnych przesłanek, które mają wpływ na zdolność państwa do osiągania swoich celów.

Może Maciej Giertych nie jest członkiem polskiego rządu, ale minister Roman Giertych czy minister Mirosław Orzechowski, którzy te światłe tezy postanawiają przełożyć na doktrynę wychowawczą Ministerstwa Edukacji Narodowej, są członkami polskich władz. Bardzo reprezentatywnymi. I nie trzeba Bronisława Geremka, żeby zachodni korespondenci w Polsce zauważyli ich obecność.



Nasi przywódcy mogliby lepiej wykorzystać szansę, jaką im daje to, że elity europejskie, szczególnie te teraz odchodzące, centrolewicowe, były wyalienowane ze swoich własnych społeczeństw. Wartości polskiej centroprawicy są bliżej wartości przeciętnego Europejczyka niż wielu ich własnych politycznych przywódców. I można było złapać "plusy dodatnie", był moment, w którym Polska mogła odegrać rolę przywódczą także w sensie ideowym, gdybyśmy mieli dość wyobraźni, żeby zaapelować ponad głowami lewicujących przywódców do ich własnych elektoratów. Tyle że charyzma, która umożliwiłaby pokazywanie polskiego doświadczenia w szerszym kontekście walki o przyszłość Europy, nie wszystkim została dana.

Jednym ze źródeł braku podstawowej kultury politycznej w kontaktach z zagraniczną opinią publiczną jest brak w samej Polsce porozumienia co do głównych kierunków polityki zagranicznej. Od początku 1993 roku, to znaczy od momentu zmiany stanowiska postkomunistycznej lewicy w sprawie polskiej akcesji do NATO i jej poparcia dla integracji Polski z Zachodem, w Polsce istniał ponadpartyjny konsensus co do podstawowych strategicznych celów polskiej polityki zagranicznej. Załamał się on dopiero na przełomie lat 2000 - 2001. To było porozumienie, o które dbała nie tylko opozycja, ale przede wszystkim zabiegały kolejne ekipy rządzące, uzgadniając wspólnie wiele kwestii.

W Niemczech czy Ameryce sprawy zagraniczne są elementem sporu politycznego i to nikogo nie dziwi.

W takim razie nie dziwmy się, że kłótnie na przykład na temat naszej polityki wobec Unii Europejskiej są w tej Unii słyszalne.

Wszystko zależy od kontekstu. Co innego, jak się na ten temat kłócimy w Sejmie czy w TVN, a co innego, jak to robimy w Parlamencie Europejskim czy w CNN.

Jak się źle mówi o Rzeczypospolitej, to zgoda. To jest błąd, tak się mówić nie powinno. Natomiast im ostrzej się mówi w świecie zachodnim o Giertychu, o Lepperze, o Samoobronie, o Lidze Polskich Rodzin, tym bardziej chroni to wizerunek naszego kraju. Pokazuje, że reprezentatywność tych ludzi jest bardzo ograniczona.

Przepraszam, że przez moment spojrzę na to z perspektywy człowieka, który mieszkał parę lat za granicą. Zapewniam Panów, że szeroka Wspólnota Atlantycka, czyli to, co kiedyś nazywaliśmy wolnym światem, żyje w głębokiej nieświadomości faktu istnienia panów wicepremierów Giertycha i Leppera. A egzotyczne koalicje nie są niczym nadzwyczajnym, lecz prostym skutkiem proporcjonalnego systemu wyborczego. Wystarczy przyjrzeć się historii politycznej Włoch czy Izraela. To między innymi dlatego byłem przeciwny obecnie obowiązującej konstytucji. A już zupełnie nie zgadzam się z tezą, że im gorzej mówimy wobec zagranicy o niektórych polskich politykach, tym lepiej dla wizerunku kraju. Zagranica patrzy na nas tak, jak my na inne kraje, przez szybę. Jedyne wrażenie, które im zostaje po takiej krytyce to takie, że Polacy, zgodnie ze stereotypem, żrą się między sobą. Zarówno tradycja endecka, jak i plebejski nihilizm są w Polsce realnymi bytami społecznymi, tak jak realny jest protestancki fundamentalizm religijny na południu USA. Ale prawicowym politykom amerykańskim nie przyszłoby do głowy, że wizerunek Ameryki zyska, jeśli na przykład w europejskich mediach będą pyskować na Pata Robertsona. W Izraelu ministrami w prawicowych rządach bywają, także teraz, politycy, którzy wyrażali pogląd, że ich współobywatele pochodzenia arabskiego powinni być obywatelstwa Izraela pozbawieni, a nawet wysiedleni z kraju. Ale nie słyszałem, aby politycy Likudu trąbili na wszystkie strony świata, jak się tym brzydzą. Tak samo nie słyszałem, aby brytyjscy laburzyści donosili w Parlamencie Europejskim na burmistrza Londynu, Kena Livingstona, który nie kryje swego sentymentalnego przywiązania do stalinizmu. Nadawanie do zachodnich mediów na Giertycha i Leppera to sposób na poprawienie sobie samopoczucia, na pokazanie zagranicy i samym sobie "patrzcie, ja z tą hołotą nie mam nic wspólnego, ergo, jestem bardziej godny miana Europejczyka". Jest to zarazem grzech pychy i przejaw mentalności postkolonialnej, bo oddajemy pod osąd obcych, kto jest słusznym, a kto niesłusznym Polakiem. Tymczasem żelazną zasadą zdrowych psychicznie narodów jest to, że brudy pierze się w domu. Powiedzenia, "right or wrong, my country" nie ukuł jakiś hitlerowiec, lecz Stephen Decatur, oficer marynarki amerykańskiej. I aby panów upewnić, że mówię to z przekonania, a nie z oportunizmu, oświadczam niniejszym, że jeśli dojdzie do zblokowania list koalicji w wyborach parlamentarnych, to ja z tak zblokowanej listy kandydować nie będę.



Do Lecha Wałęsy mam prawo mieć pretensje, gdyż podejrzewam, że skierowana przeciwko mnie operacja "Szpak" była realizowana przez WSI w latach 1992 - 1995 na rozkaz z jego prezydenckiej kancelarii. Natomiast po stracie Ojca Świętego Lech Wałęsa jest jedynym Polakiem rozpoznawalnym na całym świecie i jest mi naprawdę smutno, że nie wykorzystujemy go w ramach szerszej akcji promocyjnej. Wydaje mi się, że szczególnie dzisiaj potrzeba jak najwięcej artykułów polskich przywódców, polskich ministrów w zachodnich gazetach - mówiących o Polsce jak najlepiej, jako o kraju ugruntowanej demokracji, kraju sukcesu gospodarczego. Ja z żoną sami tego nie uradzimy. Jako minister zaproponowałem projekt ustawy, która by pozwoliła Ministerstwu Obrony Narodowej, które zawsze dysponuje większymi środkami niż MSZ, na prowadzenie lobbingu w Stanach Zjednoczonych w sprawach współpracy wojskowej. Moją inicjatywę utrącono, jednocześnie obiecując, że MSZ ruszy ze sprawą promocji Polski z kopyta. Oczywiście nie ruszyło. O ile wiem, nie wykorzystano też zgodnie z ustaleniem 15 milionów złotych, które z własnej inicjatywy przekazałem z budżetu MON do budżetu MSZ na rzecz reprezentowania Polski w Berlinie i Waszyngtonie. A przecież, jeśli tak narzekamy, że Polska mogłaby mieć lepszy wizerunek, to pamiętajmy, że nie daje się prowadzić skutecznego lobbingu bez dużych pieniędzy.

Nie widzę w tym aż tak wielkiej niekonsekwencji, bo niezależnie od górnolotnych deklaracji, wspólna polityka europejska jako coś, co w ogóle można traktować poważnie, to dopiero kwestia ostatnich kilkunastu miesięcy. Przedtem mieliśmy całą serię kompromitacji, nie wspomnę o Bałkanach, ale choćby kryzys w 2002 roku wokół hiszpańskiej wyspy Perejil zamieszkanej przez stado owiec. Gdy wylądowali na niej marokańscy żołnierze, kryzys zażegnały... Stany Zjednoczone. Co więcej, polityka europejska określana przez Schrödera i Chiraca byłaby polityką proputinowską i szkodliwą dla Polski. I trudno się dziwić, że dopiero teraz uznajemy, że ona może być bardziej zbalansowana, że może nam służyć.

Nie zgadzam się z takim podejściem. Można oczywiście wymieniać tysiąc grzechów poszczególnych zachodnich polityków, ale to jest jedynie opis stanu dotychczasowego, rzeczywiście wymagającego zmiany, a nie odpowiedź na pytanie, co chcemy osiągnąć. Wypracowanie wspólnej polityki zagranicznej leży w interesie Polski. Polska ma jednak w tej kwestii bardzo ważną motywację różniącą nas od innych członków UE, szczególnie tych ze starej Europy, gdzie często na Europę patrzy się przede wszystkim jak na wspólny rynek umożliwiający skuteczniejsze uczestnictwo w globalnym wyścigu z USA czy Chinami. Polsce powinno zależeć na wciągnięciu Unii do potwierdzania naszego bezpieczeństwa, do umacniania więzi transatlantyckich, do potwierdzania wspólnej polityki zagranicznej czy obronnej...

Domagamy się wspólnej polityki energetycznej, bo w tej dziedzinie Unia ma instrumenty prawne i finansowe, aby wymusić rozwiązania korzystne dla wszystkich jej mieszkańców. Nie miejmy jednak złudzeń co do wojskowych zdolności Unii. Żeby było jasne: popieram ich rozwój, z mojej inicjatywy wysłaliśmy misję do Konga, weszliśmy do europejskiego korpusu żandarmerii, zaczęliśmy prace nad weimarską grupą bojową, przystąpiliśmy do kodeksu postępowania w zakresie zamówień obronnych. Pamiętajmy jednak, że awersja do spraw wojskowych jest zakodowana w unijnym DNA, bo Unia powstała w reakcji na dwie gigantyczne wojny. Unia jako wiarygodna siła wojskowa to perspektywa co najmniej dekady.
Ale Polska powinna myśleć o bezpieczeństwie zarówno energetycznym, jak i tym, które może zapewnić wyłącznie dobrze skoordynowana polityka zagraniczna i obronna. Nawet przy Schröderze i Chiracu nasza szarża w sprawach ukraińskich okazała się skuteczna, bo prowadziliśmy ją właśnie pod sztandarem UE, gdzie ostatecznie przygotowane pod wpływem Polski stanowisko Solany miało pozytywny wpływ na przebieg konfliktu. Dla mnie to był sygnał świadczący, że Polska jako członek Unii powinna być zainteresowana wzmocnieniem wspólnej polityki zagranicznej. A jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to polska polityka wobec Unii jest kompletnie niekonsekwentna. Rząd polski rzeczywiście idzie do Unii tylko dlatego, bo wie, że ogromna większość społeczeństwa tego chce, że są pieniądze unijne, i wreszcie się zorientował, że to jest także realny polski interes w relacjach z Rosją. Idzie jednak cały czas tyłem, opowiadając, jak to się tej Brukseli musi przeciwstawiać... Idzie tyłem, bo ciągnie go w dół jego własne zaplecze polityczne, które w dalszym ciągu Europy nie lubi, z różnych powodów, często zupełnie irracjonalnych, nie związanych z jakkolwiek rozumianym polskim interesem. I teraz pytanie, czy rząd potrafi pójść pod prąd oczekiwań własnego zaplecza politycznego w większym stopniu niż do tej pory? Bo przecież nie tylko LPR była antyeuropejska, nie tylko Samoobrona była niechętna Europie. Część liderów PiS-u przed wyborami była przecież przeciwko wejściu Polski do UE, deklarując swój głos na "nie" w referendum akcesyjnym.

Rolą opozycji jest krytyka rządu, ale prawda jest taka, że jeszcze parę lat temu mieliśmy sytuację, w której domagano się od nas bezwarunkowego poparcia wspólnej polityki zagranicznej Unii Europejskiej, a jednocześnie Niemcy starały się o miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nie dla Unii Europejskiej, tylko dla siebie. I istniało uzasadnione podejrzenie, że Niemcy uzyskają status mocarstwa, po czym będą traktować wspólną politykę UE nie jako mechanizm uzgadniania stanowisk, ale jako mechanizm wymuszania posłuszeństwa na słabszych partnerach. To się zaczęło zmieniać dopiero niedawno. Ukraina, zgadzam się, była pierwszym przykładem tej zmiany, przykładem, że Unia może być skutecznym instrumentem realizacji także naszych interesów. I dopiero dzięki temu zrewidowanemu podejściu naszych partnerów rozwijanie wspólnej polityki europejskiej zaczyna mieć dla nas sens.

To już jest bardzo ważne stwierdzenie. Niestety nie tylko w tej dziedzinie strona polska zachowuje się niekonsekwentnie. Bo proszę zwrócić uwagę, że pan premier z jednej strony w czasie wizyty u kanclerz Merkel mówi o utworzeniu euro armii, a z drugiej mówi "nie" wspólnej polityce zagranicznej. To jest brak logiki, bo armia zawsze jest instrumentem realizacji polityki. Inny przykład braku logiki to skrajna niekonsekwencja państwa polskiego w podchodzeniu do kwestii, która na zachodzie Europy jest traktowana trochę jak sprawdzian poziomu liberalnych swobód. W Polsce zabrania się parad gejowskich, a potem pan premier chwali się w Brukseli, że u nas na prawicy jest najwięcej homoseksualistów i niektórzy pełnią ważne funkcje publiczne. Wywołał powszechne tym zaciekawienie i zaniepokojenie, kogo miał na myśli.



Tak, i dlatego wszyscy musimy się uczyć. Ale jak mamy wicepremiera Giertycha, który żąda, żeby nie było parady gejów i obrzuca ich wyzwiskami, to potem jak pan premier jedzie do Brukseli, musi się w związku z tym w sposób dosyć śmieszny tłumaczyć, przerysowując sprawę, opowiadając, jak wielu gejów jest na polskiej prawicy, co wywołuje zdumienie na całym świecie. Ta sprzeczność jest dla polityki rządzącej koalicji symboliczna. Rządzący dziś Polską chcą kompletnie co innego mówić do opinii zachodnioeuropejskiej, a co innego do opinii polskiej. Ale w tej schizofrenii nie uda im się długo wytrwać.



Ale nie da się tego robić będąc politycznym Światowidem o dwóch różnych obliczach. Szczególnie w kwestiach europejskich, bo mamy naprawdę niespotykaną szansę przekonania większości Polaków, że miejsce naszego kraju jest w sercu Unii Europejskiej, a nie na jego sceptycznych, bojaźliwych obrzeżach. Ogromna większość, ponad 80 proc. z nas akceptuje członkostwo w Unii. A zawsze po uzyskaniu członkostwa przez jakiś kraj spadała akceptacja.

Dlatego że w przeszłości dla kolejnych państw członkowskich szok instytucjonalny, dostosowawczy, to był szok poakcesyjny. U nas on był przedakcesyjny, my musieliśmy 80 tysięcy stron rozmaitych regulacji prawnych wdrożyć przed akcesją.



Ja wolę wierzyć, że prawdziwsza jest pozytywna interpretacja naszego wzrastającego poparcia dla Unii, mianowicie taka, że Polacy umieją liczyć i 90 mld Euro robi na nich wrażenie. Przez ostatnie trzysta lat z zagranicy przychodziły do nas fale mniej lub bardziej morderczych okupacji. Tymczasem teraz, zamiast nas okupować i mordować, przysyłają nam pieniądze, żebyśmy sobie wreszcie drogi zbudowali. To nie jest zła sytuacja. Trudno się dziwić, że Polacy, nawet ci nauczeni przez historię największej ostrożności i pesymizmu, zauważają różnicę. Jeszcze parę lat i kto wie, może zdobędziemy się na odrobinę radości, że nasze pokolenie trafiło na tak fantastyczną koniunkturę?

Dobrze by było, żeby jeszcze ludzie rządzący Polską tę różnicę zauważyli i żeby wpłynęło to na zmianę oficjalnej polskiej polityki. Tak, abyśmy ten impuls europejski potrafili jak najlepiej wykorzystać.

p



ur. 1963, polityk, dziennikarz, senator VI kadencji z ramienia PiS, minister obrony narodowej w latach 2005-2007. Na początku lat 80. był działaczem opozycji demokratycznej. Później wyemigrował na Zachód, ukończył studia w Oksfordzie i pracował jako korespondent prasy brytyjskiej w Afganistanie, Angoli i Jugosławii. Autor ważnej relacji z wojny w Afganistanie pt. "Prochy Świętych - Podróż do Heratu w czas wojny" (2002) oraz książki "The Polish House - an Intimate History of Poland" (1997). W "Europie" nr 148 z 3 lutego br. opublikowaliśmy debatę między nim a Normanem Podhoretzem i Ryszardem Legutką "Czy Ameryka rządzi światem".

ur. 1952, polityk, poseł na Sejm Rzeczypospolitej. Jeden z najważniejszych konserwatywnych polityków Platformy Obywatelskiej. Przed 1989 rokiem działał w opozycji demokratycznej jako podziemny wydawca, współpracował między innymi z Antonim Macierewiczem przy wydawaniu miesięcznika "Głos", był redaktorem pisma "ABC". Po 1989 roku poseł na Sejm Rzeczypospolitej. Początkowo związany z Unią Demokratyczną, potem z AWS. Wicemarszałek Sejmu V kadencji, minister obrony narodowej w latach 2000-2001. Obecnie pełni funkcję wiceprzewodniczącego PO, a w stworzonym przez Jana Rokitę gabinecie cieni zajmuje się sprawami zagranicznymi.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj