Kosakowo pod Gdynią zamieniło się w ostatni weekend w prawdziwy poligon wojskowy. Dziesiątki żołnierzy z wrogich sobie armii zjechało tam, aby stoczyć prawdziwą bitwę. Wojska polskie, niemieckie i radzieckie po raz kolejny spotkały się w walce o wybrzeże. W ruch poszły najprawdziwsze czołgi, armaty i inne pojazdy z tamtego okresu. Było jak na wojnie – strzelanina, wybuchy, dym i ogień - donosi "Fakt".
Arma niemiecka przypuszcza szturm na wojska Armii Czerwonej. Niemcy otaczają zasłużony w boju czołg T-34. Potężna eksplozja wstrząsa pojazdem. Zaczyna się palić żywym ogniem. Pojawia się dym. Widzowie są pod wrażeniem - to wygląda jakby działo się naprawdę.
Bo to dzieje się naprawdę. Na czołgu umieszczono butelki z benzyną i w odpowiednim momencie je zdetonowano. Tak jak miało być. W tym momencie trzech znajdujących się w środku T-34 członków załogi miało szczelnie zamknąć właz. Niestety, jeden z nich nie dopełnił swoich obowiązków - pisze "Fakt".
Z płonącego czołgu wyskakuje człowiek. On płonie! To nasz bohater, pan Krzysztof. To już nie jest symulacja, to prawdziwy dramat. Na szczęście na miejscu jest karetka, która przewozi go do szpitala. Diagnoza nie jest pocieszająca: poważne poparzenia I i II stopnia. Głowa, kark i ręce mocno pokiereszowane - wylicza "Fakt".
Jednak nasz wojak nie ma zamiaru się poddawać. To twardy facet, z zawodu jest spawaczem i wysokie temperatury go nie przerażają. "Wyjdę z tego! – deklaruje dziarsko "Faktowi". "Tym razem to Niemcy byli górą, a ja poległem w walce. Ale to nie jest moje ostatnie słowo!"