Katarzyna Bartman: Jak do tego doszło, że ksiądz biskup został mediatorem między wojewodą a związkowcami?
Bp Marian Florczyk: Zaprosili mnie. Trudno było odmówić. Tyle lat tu służę. Wszyscy mnie w Kielcach znają. Wojewoda i związkowcy. Tym ostatnim odprawiałem msze w stanie
wojennym.
To oni właśnie zadzwonili do księdza biskupa?
Nie. Było tak: w środę wieczorem ksiądz biskup ordynariusz dostał telefon od wojewody świętokrzyskiego, Grzegorza Banasia z prośbą byśmy my - biskupi kieleccy - pomogli rozwiązać im
konflikt z pracownikami MPK. Zgodziliśmy się bez wahania. Od razu wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do związkowców. Rozmowy trwały do późnego wieczora. Rozmowy były bardzo merytoryczne.
Przerwaliśmy je na noc. Daliśmy sobie czas na odpoczynek i, by emocje opadły. Rano, po godz. 10 wznowiliśmy negocjacje. Spotkaliśmy się u mnie w mieszkaniu i dokończyliśmy rozmowy w
życzliwej już atmosferze.
Nie obawiał się biskup wtrącać w ten spór?
Nie, dlaczego? Na tym m.in. polega posługa kapłańska: żeby ludziom pomagać szukać dobra tam, gdzie nie potrafią go sami dostrzec. Mam już doświadczenie w negocjacjach. Najtrudniejsze
mediacje wcale nie dotyczą dużych sporów społecznych, ale rozgrywają się w rodzinach. To jest najlepsza szkoła dla kapłana.
To, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło w rozmowach w MPK, to wzajemna otwartość negocjujących. Żadna ze stron nie wypominała drugiej doznanych krzywd. Ludzie nie ranili się wzajemnie. Raczej szukali porozumienia. Uznali swoje winy, padło też słowo "przepraszam" i "zacznijmy od nowa".
Kto powiedział "przepraszam"?
Bardzo ładnie zachował się wojewoda Banaś. Pierwszy wyciągnął rękę do związkowców. Oni również przeprosili
kielczan za to, że utrudnili im życie swoim strajkiem. Wszystko się dobrze skończyło.
Bez księdza biskupa pewnie słowo przepraszam by nie padło...
Nie wtrącałem się do ich rozmów. Prawie wcale się nie odzywałem. Nie miałem z resztą do tego żadnych uprawnień. Byłem raczej jak anioł stróż: pilnowałem ich i chroniłem. Czuwałem, by nikomu nie stała się krzywda. Nie musiałem wiele mówić. Wystarczyło, że tam byłem. Patrzyli na mnie i widzieli po mojej minie, że coś akceptuję albo nie. Znam ich przecież od dziecka...